Chorwacja 2001
Plan wyjazdu, towarzystwo
i kwatery
Tym razem postanowiliśmy pojechać do Dalmacji.
Termin wyjazdu (koniec lipca, sierpień) został mi niejako narzucony
przez "przymusowe" urlopy w pracy w tym terminie. Na Chorwacji to szczyt
sezonu. Wolałem więc nie ryzykować poszukiwań kwatery na miejscu i zarezerwowałem
4-osobowy apartament w miasteczku Murter na wyspie o tej samej nazwie.
Rezerwacji dokonałem w kwietniu, nie wiedząc jeszcze z kim pojedziemy.
Od kwietnia do lipca sporo naszych znajomych przymierzało się do wyjazdu
i rezygnowało. W końcu, nieomal w ostatniej chwili znalazły się dwie koleżanki
z dawnej pracy Zochy, obecnie obie na emeryturze. Tak więc współtowarzyszki
podróży już mieliśmy, ale za to zaczęły się wątpliwości, czy tak łatwo
jak w roku ubiegłym uda nam się zdobyć apartamenty na drugi tydzień pobytu.
Przyznaję się, że trochę spanikowałem czytając w lipcu newsgrupy
turystyczne, a także po relacjach mojej siostry która wtedy była z rodzina
w okolicach Dubrownika. Chorwacja przeżywała wtedy najazd turystów jak
za dawnych czasów i już w lipcu zaczęły się problemy z miejscami. Nie mając
specjalnie nadziei na rezerwację wysłałem e-maila do Ani Kubzdeli-Grugrev
która zgłaszała na pl.rec.turystyka kwatery w Vodicach. No i mieliśmy szczęście
- pani Ania, zamężna za Chorwatem z Vodic, znalazła dla nas całkiem przyzwoitą
kwaterę i za rozsądne pieniądze.
Droga
Za radą Zbigniewa z Wieliczki postanowiłem
przetestować nową trasę: Zilina - Bratislava - Mosonmagyarorvar - Szombathely
- Redics - Lendava - Varazdin - Zagreb - Karlovac i dalej trasą przez Plitvickie
Jeziora, Benkovac i Pirovac. Jako dwoje kierowców (ja i Zocha) planowaliśmy
jechać non stop, bez noclegu. Problemy zaczęły sie dzień przed wyjazdem
- jakaś infekcja u Zochy, temperatura,wizyta u lekarza i antybiotyk. O
prowadzeniu samochodu nie było mowy.Do tego doszły ulewy i powodzie na
południu Polski i kolejne drogi wyjazdu z kraju stawały się nieprzejezdne.
Zostałem więc jedynym kierowcą i bez planu dojazdu. Dopiero w dzień wyjazdy
zapadła decyzja - jedziemy z Krakowa przez Cieszyn. Ponieważ miałem już
kupioną nalepkę na autostrady na Słowacji, a na autostradzie koło Wiednia
były wtedy remonty i straszliwe korki, jazda przez Brno i Austrię odpadała.
Tak więc wybraliśmy trochę dziwną trasę - z Cieszyna przez Jablunkov do
Cadcy i Ziliny. Droga byłaby całkiem przyjemna gdyby nie straszliwy korek
w Pszczynie w której wtedy też remontowano jedną nitkę drogi. Z Michałowic
wyjechaliśmy około 16-tej, a koło północy byliśmy w Bratysławie. Tam kierowaliśmy
się na Budapeszt. Od przejścia granicznego z Węgrami zaczyna się już autostrada.
Niestety, parę kilometrów przed zjazdem na południe w kierunku Janosmorja
i Szombathely zaczyna się płatny odcinek autostrady M1. Można go ominąć,
zjeżdżając na Mosonmagyarorvar. Zjazd jest w prawo, niedaleko za dojściem
autostrady z Wiednia do trasy którą jedziemy. W Mosonmagyarorvar trzeba
bardzo uważać aby wybrać właściwy wyjazd z miasta na trasę. Trzeba też
przyzwyczaić się do trochę innych niż u nas drogowskazów.
Na Węgrzech planowałem zjazd na jakąś stację
benzynową i odpoczynek na parkingu. Nie liczcie na coś takiego w nocy!
Przy samej drodze nie ma żadnych stacji, nie ma też pobocza. Jedyne pobocza
i zatoczki są w miasteczkach i wsiach na przystankach autobusowych. Na
szczęście droga jest raczej prosta, równa i w nocy mało uczęszczana. Zmorą
są tylko przejazdy kolejowe na których trzeba zwolnić chyba do 50, a w
niektórych rejonach co parę kilometrów jest taki przejazd. Po przejechaniu
około 190 km Węgier dotarliśmy do Słowenii. Przejazd przez całą Słowenię
między Redics a Lendawą to zaledwie kilkanaście kilometrów. Można tam jednak
się zatrzymać choćby po to, aby zatankować tanią benzynę. Czynna całą dobę
stacja benzynowa jest przy drodze na Murską Subotę, ze 100 m w bok od naszej
trasy. W miejscowości Dolga Vas nie ma czego w nocy szukać, wszystko zamknięte.
Przy wspomnianej stacji benzynowej jest toaleta i malutki parking. Tam
też przespałem się pół godziny przed dalszą jazdą. Zaczynało się przejaśniać
gdy ruszyliśmy w dalszą drogę. Trasa przez Varazdin, autostradę koło Zagrzebia
aż do Karlovaca przebiegła spokojnie. Problemy zaczęły się przy zjeździe
z autostrady. Korek! Z godzinę trwał wyjazd z miasta, a korek ciągnął się
jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, mimo wysiłków licznych patroli policyjnych
aby go rozładować.W miarę jak słońce wspinało się coraz wyżej, temperatura
w samochodzie i zmęczenie rosły.
Teraz wyszło że jazda non
stop nie była dobrym pomysłem. Najbardziej męczący był górski odcinek przez
pasmo Velebit. Z jednej strony prażyło nas słońce przez szybę a z drugiej
żar od nagrzanych skał. Po tej przeprawie konieczny był krótki postój.
W dalszej trasie drogowskazy poprowadziły nas przez Benkovac, Stankovci
i Pirovac. |
 |
Na tym odcinku najbardziej widać było skutki wojny
- całe wsie zniszczone, domy zburzone i spalone. W innych miejscach trasy
też były ruiny, ale nie tak blisko szosy. Robiło to naprawdę przygnębiające
wrażenie.
Murter
Po sforsowaniu ostatniego pasma wzgórz, nareszcie
dojechaliśmy do morza i wyspy Murter. Cieśnina oddzielająca wyspę od lądu
stałego wygląda jak byle jaki kanał, a i most zwodzony też wygląda niepozornie.
Tak więc wjazd na wyspę nie nastęcza specjalnych wrażeń, nie to co wjazd
na Krk. Jeszcze kilka kilometrów jazdy i około 14-tej lądujemy w centrum
Murteru. Agencja Kornat Turist, przez którą mieliśmy rezerwację apartamentu,
mieści się właśnie w samym centrum miasteczka. Jak się okazuje, nasz apartament
mieścił się w oficynie za biurem.W niedzielę rozpoczęliśmy rekonesans po
najbliższych plażach. Te w Murterze i Betinie wyjątkowo nam nie odpowiadały.
Albo ostre skały, albo płytko i muliście.
Za to na planie interesująco
wyglądała plaża koło campingu Slanica i zaznaczony przy brzegu pas zieleni.
Nie jesteśmy fanatykami opalania i cenimy sobie cień naturalny nad wodą.
W środku zatoki była żwirowa plaża z tłumem dzieci i ich rodziców,
z płytką i zmąconą wodą. |
|
 |
Za to na bokach zatoki zupełnie
inaczej - płaskie kamienie, dobre wejścia do wody, zróżnicowana głębokość
i cień lub słońce do wyboru. No i znacznie mniej ludzi. Zdjęcia po prawej
pokazują średnie "zaludnienie" w tej części plaży.Plażę tę nazwałbym najlepszą
ze spotkanych przez nas, gdyby nie spora odległość od kwatery. |
 |
 |
Ponad kilometr w jedną stronę. I to z pokonaniem
sporego wzniesienia po drodze.
Przy upalnej pogodzie taki
spacerek pod górkę po rozgrzanym asfalcie nie należy do dużych przyjemności.
Za to bardzo przyjemne były spacery wzdłuż wybrzeża. Po jednej stronie
ulicy ciągnącej się wzdłuż wybrzeża były pobudowane domy, ale od strony
morza był wąski zagajnik piniowy a w nim wydeptana na dziko ścieżka. |
 |
 |
W tym lasku i w skałach
nadbrzeżnych kryły się różne egzotyczne dla nas rośliny: rosnące na dziko
agawy, mikołajki, zarośla rozmarynu. Tam też znaleźliśmy pływak zrobiony
z butli gazowej. Lakieru jeszcze nie zniszczyła woda, a już go obrosły
skorupiaki. Przy jednej posesji był ten piękny mur wykonany z wapienia
podziurawionego i wymytego przez fale. |
 |
|
Kornati
Po kilku dniach plażowania i spacerów
zachciało nam się innych wrażeń. Murter jest miejscowością położoną najbliżej
parku narodowego "Kornati". Grunt na wyspach jest też po części własnością
mieszkańców Murteru. Tylko nie wiem po co komu takie pustynne, bezwodne
wysepki. Mają one swój niezaprzeczalny urok, ale mieszkać bym tam nie chciał.W
Murterze można znaleźć najwięcej ofert rejsu po archipelagu. |
|
Nam udało się załatwić zniżkowe bilety przez
"nasze" biuro.
Większość takich rejsów polega
na przepłynięciu dookoła wyspy Kornat z odwiedzaniem okolicznych
mniejszych wysepek, z postojami na kąpiele i z obiadem wliczonym w cenę
rejsu. Po drodze podziwiamy z bliska przewieszone skały, przy których dno
spada na niezmierzoną głębokość. Aby wzmocnić wrażenie na pasażerach, sternik
podpływa prawie pod samą skałe.
Brzegi w innych częściach wybrzeża są zazwyczaj
płaskie. |
|
 |
Pustynny charakter wysp z rzadka
urozmaicają kępy drzew lub krzewów, pojedyncze domki lub malutkie osady
rybackie. Dla mnie najciekawszy był "sad" - kilkanaście oliwek i kilka
pinii, wszystko ogrodzxone solidnym murem. Ciekawe też dla kogo pobudowano
ten kościółek, na zupełnym odludziu. |
 |
 |
Vodice
Minął tydzień pobytu na Murterze. Na następny
tydzień mieliśmy zarezerwowany apartament w Vodicach.
Vodice to miejscowość o zupełnie
innym charakterze niż Muter. Przede wszystkim są większe, bardziej znane,
toteż przyjeżdża tu znacznie więcej turystów. Mimo długiego odcinka zagospodarowanego
wybrzeża wygląda ono najczęściej tak jak na zdjęciu. Ale dla pragnących
spokoju znajdzie się tez kawałek odludnego miejsca w cieniu. |
|
 |
W centrum znajduje się port jachtowy, a plaże
ciągną się z jednej strony do Srimy a z drugiej do Tribunja.
Morze w Vodicach jest płytkie.
Dla pływaków czy nurków nie ma tam zbyt wielu miejsc w których się nie
szoruje brzuchem po kamieniach. Za to dla dzieci i dla plażowiczów z rodzaju
brodzących po kolana jest to teren idealny. Zmęczeni brodzeniem mogą wypić
piwko siedząc przy stoliku i mocząc stopy w wodzie. Wieczorami jest w Vodicach
mnóstwo atrakcji dla ludzi młodych i lubiących zabawę. |
 |
Liczne knajpki, dyskoteki i inne atrakcje sprawiają,
że wieczorem centrum i nabrzeże jest pełne młodzieży. My potraktowaliśmy
Vodice jako bazę wypadową do zwiedzania bliższej i dalszej okolicy.
Wodospady rzeki Krka
W planie pierwszego wyjazdu mieliśmy park
narodowy Krka i zwiedzanie Šibenika. Rano wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy.
Musiałem źle zrozumieć wskazówki naszego gospodarza i wjechałem do
centrum Šibenika. Przed południem panował tam niezły ruch i dopiero po
dłuższej chwili udało mi się wyrwać na drogę w kierunku Drniš. Dalej oznakowanie
było już czytelne i bez problemu dojechaliśmy na parking przy wejściu do
parku.
Dostaliśmy bilety wstępu i krótkie
foldery po polsku. Spod bramy do wodospadu Skradinski Buk dowożą ludzi
autobusy. Tam zaczyna się trasa piesza. Prowadzi ona przez rzeczki
i strumyczki, na które dzieli się Krka przy przekraczaniu garbu skalnego.
Trasa prowadzi w cieniu ogromnych drzew, trzcin i bluszczów. |
|
 |
Wilgoć i temperatura sprzyjają
szalonej wegetacji. Choćby dlatego warto zwiedzić te wodospady, takich
roślin nie ma w Plitvicach.
Schodząc coraz niżej widzimy jak drobne strumyki
łączą się w coraz potężniejszą rzekę, która na końcu spada jednym wielkim
wodospadem. Pod wodospadem jest rozlewisko w którym można się kąpać. Woda
jest zaskakująco ciepła. |
 |
 |
Obok rozlewiska można odpocząć
na łące, posilić się w jednym z barów lub połazić po okolicy. Jest tam
też przystań stateczków dowożących turystów od strony morza prawie pod
sam wodospad. Do autobusu można wrócić lewym brzegiem. Z tej strony droga
pnie się zboczem ponad rzeką. Jest stamtąd doskonały widok z góry na kolejne
wodospady i na młyny pobudowane nad wodą. |
 |
 |
Kilkaset metrów za przystankiem autobusu
jest przystań stateczku kursującego po rzece powyżej wodospadów, ale wysoka
cena biletu raczej nie zachęca do skorzystania.
Mimo że nie spieszyliśmy się specjalnie, zakończyliśmy
zwiedzanie około trzynastej. O tej porze z niechęcią myśli się o szukaniu
parkingu i zwiedzaniu Šibenika. Wróciliśmy więc do Vodic, planując przyjazd
autobusem w innym terminie.
Šibenik i Zadar
Bilet autobusowy z Vodic do Šibenika
kosztował kilka Kn, a podróż trwała mniej niż pół godziny. Na zwiedzanie
przenaczyliśmy około trzy godziny. Zaczęliśmy od katerdry Św. Jakuba, a
potem postanowiliśmy dojść do cytadeli na wzgórzu nad katedrą. Z dołu droga
wyglądała prosto - przejść uliczkami pomiędzy tymi tarasowo postawionymi
domami i tyle. Ale po kilku stromych uliczkach i schodach tchu zaczęło
brakować. |
|
 |
Za to widok z góry wynagrodził
zmęczenie. Panorama calego miasta i zatoki jak na dłoni.
Powrót inną trasą nie był już tak męczący.
Wędrując przez wąskie uliczki znaleźliśmy plac Jana Pawła II. Jak pewnie
wszyscy Polacy poczuliśmy się dumni w tym miejscu. Do odjazdu powrotnego
autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu który spędziliśmy na targu w pobliżu
dworca. |
 |
 |
W myśl zasady "kierowca też ma
wakacje", do Zadaru również pojechaliśmy autobusem. Tym razem trafiliśmy
jeszcze lepiej - dalekobieżny autobus był klimatyzowany, a bilety kupione
u konduktora tańsze niż w kasie. Jadąc autobusem mogłem spokojnie patrzeć
nie tylko na drogę ale i na okolicę.
Tam dokładnie zauważyłem że wojna
dotarła kiedyś do Zadaru. Na przedmieściach sporo domów zburzonych a na
innych ślady kul.
Stare miasto w Zadarze położone jest na półwyspie.
Wystarczy pytać o drogę do jednego zabytku a zobaczy się wszystkie. Idąc
od dworca autobusowego najpierw dochodzimy do Placu pięciu studni (jedna
z nich na zdjęciu), a dalej dalej kierujemy się w stronę najstarszego |
|
 |
zabytku tej części Dalmacji -
kościoła św. Donata z IX wieku. Inne zabytki również wiekowe - na lewym
zdjęciu z prawej strony kościół św. Marii z wieku XI. Wnętrze rotundy Donata
pokazuje, że wybudowano ją na fundamentach zrobionych z jeszcze starszych
kolumn rzymskich. |
 |
 |
Idąc do końca półwyspu dochodzimy do przystani
promowej. W czasie naszej bytności odpływał prom do Ancony. Wracając robiliśmy
zwiad w którym sklepie najtaniej można kupić "Maraskino" - tamtejszy likier
z wiśni. Mieliśmy szczęście - trafiliśmy na "sklep fabryczny" zakładów
Maraska. Likier był o dobre 30% tańszy niż w sklepach.
Plitvickie jeziora i powrót
Ponieważ w Vodicach spędziliśmy osiem dni,
wyjazd do domu wypadł nam w niedzielę. Dzięki temu uniknęliśmy największego
ruchu na drogach w tradycyjnym dniu zmiany turnusów - sobotę. Droga powrotna
prowadziła w zasadzie tą samą trasą co przyjazd. Zrobiliśmy tylko zmianę
początku trasy, aby przejechać koło jeziora Wranskiego z rezerwatem ptaków.
Niestety, z szosy niewiele było widać. Nie zatrzymywaliśmy się bo planowaliśmy
poświęcić sporo czasu na zwiedzenie parku narodowego Plitvicka Jezera.
Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do parkingu przy wejściu nr 2.
Wybraliśmy najczęściej polecaną
trasę zwiedzania - przeprawa jednym stateczkiem z P1 do P2, potem drugim
do P3 i pieszo wzdłuż dolnych jezior aż do Wielkiego Wodospadu. |
 |
Następnie dojście do stacji kolejki ST1 i przejazd
do ST3. Powrót pieszo wokół górnych jezior do P2.
Stateczki na jeziorze są
chyba elektryczne, bo wcale nie słychać pracy silnika. Można zauważyć,
że woda w poszczególnych jeziorach ma inne kolory. Zauważyłem, że zależy
to przede wszystkim od koloru dna i od oświetlenia. We wszystkich jeziorach
jest mnóstwo ryb. |
|
 |
Wielki wodospad stanowi
chyba najważniejszy punkt programu wycieczki. Wszyscy muszą wejść prawie
pod samą kaskade i zrobić zdjęcie. Spod Wielkiego Wodospadu przechodzi
się na drugą stronę rzeki. Tam ścieżką pod górkę dochodzi się do stacji
kolejki, a w zasadzie autobusu zbudowanego na bazie potężnej ciężarówki
i z dwoma dodatkowymi wagonikami. Kolejka dojeżdża do górnych jezior. |
|
 |
Jeziora górne są płytsze niż dolne
i zarośnięte trzciną i szuwarami. Ciekawych wrażeń dostarcza spacer pomostami
przez środek jeziora. Pomiędzy górnymi jeziorami jest znacznie mniejsza
różnica poziomów. Toteż i połączenia między nimi rzadko tworzą efektowne
wodospady. Pokonanie całej trasy zwiedzania jest obliczone na około 5 godzin. |
 |
 |
Późnym popołudniem ruszyliśmy w kierunku Zagrzebia.
Przed Karlovacem znów zaczęły się korki.
Ruch na autostradzi zmniejszył się wyraźnie
dopiero za Zagrzebiem - sporo samochodów kierowało się w kierunku Mariboru.
Do granicy w Lendawie dojechaliśmy spokojnie. Na Słowenii tankowanie samochodu
i jazda dalej. Przed granicą słowacką obowiązkowe błądzenie po źle oznakowanych
drogach w Mosonmagyarorvar a w Bratysławie poszukiwanie nalepek opłaty
autostradowej, Wtedy już się zaczynały kłopoty z ich nabyciem. Mnie się
udało na trzeciej z rzędu stacji kupić nalepkę za 130 koron, choć potrzebowałem
tylko za 60. Za Bratysławą krótki odpoczynek na parkingu i rano dojechaliśmy
do przejścia w Zwardoniu/Myto. Objazd Żywca zgodnie
ze wskazówkami Przemka i dalej na Kęty. Na trasie do Kalwarii korki, szczególnie
długie stanie w Andrychowie. Do domu dojechaliśmy kilka minut po 12-tej.