Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
27 wrzesień 2020
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Mój Barańczak

Zmarł Stanisław Barańczak. Drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiałam się ostatnio, kiedy to nastąpi, po tym jak odszedł Joe Cocker . Myślałam o czasach, w których jeszcze nie było mnie na świecie, o tym co mnie ominęło. Ja stoję w miejscu, a świat się zmienia. Epoki lecą, chociaż bardziej umierają, jedna za drugą, jak domino. Elvis, Jackson, Szymborska, Cocker, Barańczak. Każdy ucieleśniał przeskok, przemianę kulturową.

2 dni

Na koniec epoki Nowej Fali czekałam jakieś 5 lat, od liceum. Byłam wtedy na wyjeździe integracyjno-edukacyjnym ze swoją klasą. Oprócz integracji, obowiązkowo związanej z pizzą, grillem i alkoholem, mieliśmy całe 2 dni Barańczaka. Tłumaczenia, wiersze, hamlety, a później wiadomość o jego stopniowym umieraniu. Wtedy zaczęłam widzieć znaczenie „powolnego zanikania”. Nauczycielka powiedziała nam, że teraz (czyli 5 lat temu) Barańczak tworzy, ale już tylko z pomocą żony, gdyż nie jest w stanie pisać. Kreuje w swojej głowie, mówi, a ona pisze. Wtedy rozmazuje się prywatność tworzenia. Kiedy jesteś sam ze sobą, a twoje myśli dryfują, starasz się je uchwycić i przelać na papier – tak pisze chyba większość ludzi. Myślałam wtedy: czy on dalej umie tworzyć w tym samym stylu, pomimo tego, że jego żona słucha, poprawia i komentuje? Jak ja bym się z tym czuła, gdybym nie mogła zapisywać prywatnych myśli prywatnie?

Poznałam go

Poznałam go trochę przez te dwa dni. Staraliśmy się zrozumieć trudy tłumaczenia tekstów angielskich na język polski i odwrotnie. Ewidentnie nam to nie szło. Później przeczytaliśmy jego wersje. Byliśmy oczarowani tym, jak potrafił przekładać: dosłownie, ale dodając coś od siebie. Wyciągając esencję z tego, co autor chciał przekazać. Dając idealną dawkę humoru, tragedii i dramatu dokładnie tam, gdzie trzeba. Na zakończenie wycieczki, niczym małe dzieci usiedliśmy na podłodze wokół fotela, w którym siedziała nauczycielka. Trzymała na kolanach Geografioły. Słuchając zabawnych i skojarzeniowych rymów czuliśmy się jak u babci, o 10 lat młodsi. Poczuliśmy mieszany zapach gotowania, domowej pomidorówki i przypraw. Poczuliśmy ciepło kominka i smak gorącej czekolady. Nagle zaczęliśmy marzyć o tych podróżach, które odbędziemy po całym świecie, gdy tylko będziemy trochę starsi. Poczuliśmy dziecięcą radość odkrywania świata. Poczuliśmy nawet ruszające się nam w buziach mleczne zęby. Chociaż na chwilę zapomnieliśmy, że to „starsi” już przyszło i nie jest takie fajne, jak sobie wymarzyliśmy.

Znikam

Wracając do „powolnego zanikania”, które mnie najbardziej z jego całej historii dotknęło. Po przygodach z Barańczakiem, poznałam Tony’ego Judta. Barańczak – chory na Parkinsona, Judt – na stwardnienie rozsiane. Obaj tworzyli do końca, obaj tworzyli w sposób niezwykły. Pod koniec życia, kiedy choroba doprowadziła Judta do całkowitego bezwładu ciała, napisał książkę. W Pensjonacie pamięci przekazywał myśli i wspomnienia, które przelatywały przez jego głowę, kiedy zasypiał. Zostając sam ze sobą, nie mogąc się ruszyć, podrapać ani przekręcić z boku na bok musiał się czymś zająć, więc wspominał. Wspominał autobus, którym jeździł z jednego końca Londynu na drugi. Wspominał ludzi, których tam widywał. Ten autobus był dla niego linią życia. Znał ludzi, którzy nim jeździli. Wszyscy jadą tą samą linią, codziennie, zawsze do tego samego celu, chociaż czasami wysiadają wcześniej. Aż dojeżdżasz do samego końca linii i musisz wysiąść. Albo jechać w kolejny kurs.

Takie choroby są najgorsze. Zanika władza nad ciałem i nic nie możesz zrobić. Powoli tracisz możliwość wyrażania siebie. Jesteś sam ze sobą w swojej głowie. Najgorszy rodzaj samotności: wśród ludzi, ale bez komunikacji.

Sara Serein Szymańska
Studentka III roku socjologii Wydziału Humanistycznego AGH