![]() |
|
|
|
|
|
O wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki. Mitologia i teologia w tekstach Silmarillionu |
Kaj André Apeland |
|
|
|
|
W
krótkim artykule w Angerthas, piśmie Norweskiego Towarzystwa
Tolkienowskiego (nr 13 z 1984 r.) wprowadziłem rozróżnienie miedzy
Tolkienem Mitotwórcą, a Tolkienem Teologiem. Mówiłem to metaforycznie i
- przyznaję - z pewną ironią, była to jednak próba wskazania na napięcie
między miłością do pogańskiego mitu, a oddaniem katolickiej teologii,
jakie dostrzegłem w tekstach Silmarillionu. W tym czasie jednak dostępny
materiał ograniczał się do oficjalnego Silmarillionu oraz niedawno
opublikowanej Księgi Zaginionych Opowieści. Błędnie więc uznawałem
te dzieła za reprezentujące początek i koniec ciągłego procesu twórczego,
który pochłaniał Tolkiena przez całe dorosłe życie. Późniejsza
publikacja Historii Sródziemia dostarczyła materiału, niezbędnego
do lepszego zrozumienia dzieła Tolkiena, co pobudziło mnie do ponownego
sformułowania mego stanowiska w formie bardziej radykalnej, niż ośmieliłem
się przed trzynastu laty[1].
Proponuję
wam pewną grę: złóżmy, że teksty Silmarillionu są autentyczną
tradycją mitologiczną. Sam Tolkien uprawiał tę grę w swych tekstach, możemy
więc czynić to dalej. I nie będzie to takim nadużyciem, jakby się
wydawało. Dzięki świadomej pracy Christophera Tolkiena zbiór ten
przypomina autentyczne mitologie, gdyż zawiera pewną liczbę teksów,
pochodzących z różnych okresów i zawierających różne wersje,
niekoniecznie zgodne ze sobą. Dla porównania: dość spojrzeć na szacowne
mitologie klasycznej Grecji czy starożytnego Egiptu, by dostrzec sprzeczne
genealogie bogów i świadectwa o Stworzeniu. Mitologia
i teologia zajmują się bogami, ale ich podejście jest różne. Często
wskazywano, że świadomość mitopoetyczna jest ściśle spokrewniona ze
snem. Mit w swej pierwotnej formie można więc uznać za spontaniczny
przejaw irracjonalnych głębin duszy, posłuszny wyłącznie własnej
logice. Świat mitu jest oszałamiający, bujny i fantastyczny, jest pełen
wielkiego piękna i grozy. Bogowie budzą tu niepokój, często okazują się
istotami ambiwalentnymi i groteskowymi, działają kapryśnie, bez szacunku
dla etyki czy przyzwoitości. Mit
jest domeną poety, teologia - kapłana. Kapłani służą swym bogom, mając
za cel wychwalani ich. Mitologia dostarcza teologicznym spekulacjom
surowica, ale mity często nie zadowalają kapłana. Teologia, będąc
racjonalną i uporządkowaną dyscypliną, dąży do spójności logicznej i
etycznej. Gdy mitologia przedstawia boga w świetle dwuznacznym i
niekorzystnym, teolodzy oczyszczają jego działanie, nawet za cenę poważnego
wypaczenia mitu. Mit jest często oczyszczany z nieprzyjemnych szczegółów,
by mógł się stać kanonicznym tekstem religijnym. Uważam ten proces za
pobożne fałszerstwo, które może dobrze służyć interesom religii,
rodzi jednak złą mitologie, a więc też - złą poezję. Wielki indolog,
Heinrich Zimmer, komentując sposób, w jaki sekciarscy teolodzy redagowali,
komentowali i rewidowali stare mity wedyjskie, pisze: „prowadzi to
nas do wniosku, że teolodzy rzadko tworzą pierwszorzędną poezję lub
sztukę. Ich spojrzenie na dwuznaczne wątki ogranicza ich dogmatyzm. Ich
edukacja sprawia, że brak im tego cynizmu i tej niebezpiecznej niewinności,
szczerej i dziecinnej, które mają podstawowe znaczenie dla każdego, kto
ma do czynienia z mitem. Brak im też (co jest ich cnotą i powinnością)
tego rysu „amoralności”, które przynajmniej częściowo musi
określać podejście intelektualne i intuicyjne, jeśli mamy uniknąć ktoś
nie ma paść zastanych uprzedzeń i nie dać się odciąć od pewnych żywotnych
intuicji, ironicznych i niepokojących.”[2]
Teolodzy, rzecz jasna, nie są oddani poezji; są lojalni wobec artykułów
ich wiary. Mitologię
można uznać za formę poezji. Jak niegdyś powiedział Shelley, moc
tworzenia poezji wynika z wewnątrz, świadoma część naszej natury jest
może przewidzieć jej przybycia ani odejścia. Bardzo romantyczne to
stwierdzenie, ale stosowne, gdy mówimy o podejściu mitopoetycznym. Od około
1916 do końca 1937 r. J.R.R. Tolkiena pochłaniało tworzenie mitologii dla
Anglii. Głęboko przesiąknięty od dzieciństwa mitologią nordycką,
celtycką i fińską, Tolkien mógł pozwolić swemu „legendarium”,
by pisało się samo, za jego pośrednictwem. W liście do Miltona Waldmana
wspomina: „Najważniejsze były same opowieści. Powstały w moich
myślach jako rzeczy ‘dane’, i w miarę jak oddzielnie się
pojawiały, tworzyły się między nimi związki. Absorbująca, choć stale
przerywana praca (szczególnie dlatego, wyłączając nawet względy życiowe,
że myśli ulatywały ku drugiemu biegunowi i podejmowały kwestie językowe):
a jednak zawsze miałem poczucie zapisywania czegoś, co już gdzieś było
‘istniejące’, a nie ‘wymyślone’”[3].
Była to proteuszowa, pełna przemian praca, zawsze jednak w tym samym duchu
twórczym. Proponuję nazwać ten okres mitopoetyczną fazą prac nad Silmarillionem.
Jej owoce zawiera pierwszych pięć tomów Historii Śródziemia. W
1937 r. Tolkien próbował opublikować Silmarillion; dzieło zostało
jednak odrzucone, a potem porzucone na wiele lat. Zgodnie
z powiedzeniem, które Platon przypisał Heraklitowi, nie można wejść dwa
razy do tej samej rzeki: ani człowiek nie będzie taki sam, ani rzeka.
Prawdziwość tego stwierdzenia uderzyła mnie w zeszłym roku, gdy wziąłem
do ręki Morogoth’s Ring, dziesiąty tom Historii Śródziemia.
Ten tom dokumentuje końcowy etap prac nad tekstami Silmarillionu,
gdy Tolkien, ukończywszy wreszcie Władcę Pierścieni, wznowił
pracę nad „sprawami Starszych Dni”. Czytałem te książkę z
niezadowoleniem, rosnącym w miarę, jak zdawałem sobie sprawę, co ona
zawiera. Pierwszym złowieszczym znakiem był zamiar porzucenia kosmologii
„Płaskiego Świata” i wprowadzenia takiej, w której ziemia
jest kulista od początku. W tym stadium Tolkien niewątpliwie poddawał swe
legendarium testowi na zgodność z rzeczywistością. Innymi słowy,
rozwijał swą pracę zgodnie ze standardami zewnętrznymi wobec samej
mitologii. To jasno ukazuje, że nie był już w rzece, lecz obserwował ja
z brzegu. Uznałem, że nie możemy uważać ogółu tekstów Silmarillionu
za owoc ciągłego procesu twórczego, w który autor był zaangażowany,
stał on się bowiem zbiorem tekstów, z których autor ten nie był w pełni
zadowolony. Christopher
Tolkien wskazuje w swym wstępie do Morgoth’s Ring, że jego
ojciec, tworząc teksty „późnego” Silmarillionu, uwikłał
się w analityczne spekulacje dotyczące podstawowych elementów swego świata,
i nie mógł przygotować nowej, ostatecznej wersji przed wypracowaniem
koherentnego systemu teologicznego i metafizycznego. Nietrudno też
dostrzec, że standardy, którymi Tolkien mierzył w tym czasie swe dawne
teksty, nie były poetyckie ani mitologiczne, lecz teologiczne. Jest to
widoczne zwłaszcza w potraktowaniu przezeń Mocy, rządzących jego
mitycznym światem. Oto kilka charakterystycznych przykładów. Najpierw
sprawa statusu Ainurów. W Księdze Zaginionych Opowieści znajdujemy
następująca rozmowę: „-
Jednak - powiedział Eriol - wciąż wiele rzeczy
jest dla mnie niejasnych. Chętnie dowiedziałbym się, kim są Valarowie.
Czy są Bogami? -
Są nimi - rzekł Lindar - choć ludzie opowiadają o nich wiele niezwykłych
i poprzekręcanych opowieści, które są dalekie od prawdy, i nadają im
wiele dziwnych imion, których nigdy tu nie usłyszysz”[4]. Zaś
w Quenta Silmarillion, zawartej w tomie The Lost Road and Other
Writings, który kończy fazę mitopoetyczną, czytamy: „te
duchy elfy zwą Valarami, to znaczy Mocami, a ludzie często zwali ich
Bogami”[5].
Nie ma tu zasadniczej zmiany. Oba teksty potwierdzają, że Valarowie są
istotami, które ludzie zwą Bogami (z dużej litery!). Legendarium wydaje
się więc pogańską mitologią, przedstawioną z punktu widzenia lepiej
poinformowanych Elfów. Podczas późniejszej obróbki tych tekstów,
Tolkien powstrzymywał się już od mówienia o „Bogach”, można
przypuszczać, że z powodów teologicznych, gdyż chrześcijaństwo nie
uznaje Bogów oprócz Jedynego Boga. Spójrzmy
teraz na sprawę pochodzenia orków. W Księdze Zaginionych Opowieści
byli oni zrodzeni przez Melka z podziemnego żaru i szlamu[6].
Zaś wg Quenta Silmarillion z The Lost Road Morgoth „powołał
do życia rasę orków, które rosły i mnożyły się w trzewiach ziemi.
Tych orków Morgoth zrobił z zawiści, na szyderstwo z elfów. I byli oni
zrobieni z kamienia, a ich serca - z nienawiści.”[7].
Morgoth jest Bogiem, aczkolwiek złym, i ponieważ nie otrzymał własnych
stworzeń, stworzył je. Dla wyobraźni mitopoetycznej nie stanowi to
problemu. Jednak w świetle teologii chrześcijańskiej, odmawiającej Diabłu
mocy tworzenia, jest to kłopotliwe. Stąd Tolkien wikła się w mordercze
spekulacje o tym, jak orkowie mogli być wyhodowani z pojmanych i zepsutych
elfów. Wreszcie
przywołam tu przypadek mojej ulubionej postaci: straszliwej Ungolianty.
Wczesne teksty mówią o niej, jako o Pierwotnej Nocy uosobionej w pająku,
sugerując, że istniała ona zawsze. W fazie mitopoetycznej Prządka Mroku
pozostaje przerażającą obecnością nieznanego pochodzenia, rzeczywistym
wcieleniem Zewnętrznej Ciemności. Teologia jednak nie akceptuje wzmianek o
demonicznych istotach współwiecznych z Panem, i w późnych poprawkach
Tolkien sugeruje, że Ungolianta była sługą Melkora, która wypowiedziała
swemu Władcy posłuszeństwo. Zatem należałaby ona do pomniejszych Ainurów.
Przypomina to los Lewiatana, Smoka Pierwotnego Chaosu, którego zgodnie ze
starożytnym mitem hebrajskim, Bóg pokonał, zanim stworzył świat.
Hebrajscy teolodzy zredukowali go później do jednego ze stworzeń Pana, łatwego
do zabicia, a mit o ich walce zachował się w kilku drobnych wzmiankach w
Psalmach: klasyczny przykład teologicznego wandalizmu. Teolodzy
skłaniają się do zazdrości, cechującej Boga, któremu służą, a ich
cel jest oczywisty. Dość łatwo określić poglądy teologiczne, skłaniające
Tolkiena do autocenzury jego wczesnych tekstów. Chciałbym jednak wskazać,
że były to poglądy ex post. Nie było ich w fazie mitopoetycznej,
gdy powstawały mity i ich bohaterowie. Skłaniam się zatem do
kwestionowania ich ważności dla właściwego rozumienia mitologii. Można
oczywiście oponować, że legendarium jest osobistą własnością Tolkiena,
który mógł z nią zrobić, cokolwiek chciał, pamiętajmy jednak, że założyliśmy
tu traktowanie tekstów Silmarillionu jako rzeczywistej tradycji
mitologicznej. W ramach tego podejścia mój pogląd jest zasadniczy. Gdy
orkowie zostali poczęci, byli poczęci jako stworzenia Morgotha, Czarnego
Boga. I taka jest ich rzeczywista natura, zaś teoria o hodowli i zepsuciu
jest teologiczną zamroczeniem. Wiedząc, jak została poczęta Ungolianta,
za absurdalna uważam sugestię, że mogła być ona zaledwie Mają, która
zaczęła działać na własną rękę. Tego rodzaju poprawki nie wyjaśniają
ani objaśniają - one je podważają! Zmiany,
mające uczynić Silmarillion teologicznie „poprawnym”
nie są produktem wyobraźni mitologicznej. Są rezultatem obaw człowieka
starego, martwiącego się grzechami młodości. Uważam, że nie musimy czuć
się zobowiązani do popierania tych zmian z szacunku dla Starego Człowieka.
Powinnyśmy raczej zwrócić się ku jego dziełu z czasów, gdy jego serce
było młode i radosne. Zakończę więc propozycją śmiałą i obrazoburczą:
Zamiast
oficjalnego Silmarillionu, proponuję uznać za autorytatywny tekst
legendarium Quenta
Silmarillion, opublikowanego w The Tost Road... Przemawiają za
tym trzy argumenty. Pierwszy - to moje osobiste upodobanie, zawsze stawiające
mitologię ponad teologicznymi rewizjami, i uznające, że te wczesne są po
prostu ciekawsze. Argumentem
drugim jest to, że Tolkien usiłował opublikować tę wersję w 1937 r.,
zatem uważał ja wówczas za dzieło mniej lub bardziej zakończone i że
był zeń zadowolony. Późne prace nad tekstami Silmarillionu wydają
się natomiast rodzić niekończące się kłopoty autora, który był
niezdolny do doprowadzenia tej pracy do satysfakcjonującego zakończenia.
Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki! Ostatnim
argumentem jest zazwyczaj niedostrzegany, ale ważny fakt. Po odrzuceniu Quenta
Silmarillion przez wydawcę, projekt ten leżał nietknięty przez wiele
lat. Poważna praca nad nim nie została wznowiona, nim Władca Pierścieni
nie był bliski ukończenia. Zatem to właśnie wersja z 1937 r., a nie
oficjalne wydanie z 1997 r. jest rzeczywistym zapleczem mitologicznym Hobbita
i Władcy Pierścieni. Przełożył
Tadeusz A. Olszański
Od
tłumacza Ten
cokolwiek obrazoburczy, pisany z młodzieńczą arogancją i wyraźną niechęcią
do sformalizowanej religii tekst zasługuje na uwagę. Przede wszystkim
dlatego, że stanowi świadectwo tego, iż stworzone przez Tolkiena
Legendarium zaczyna już stanowić rzeczywiste corpus pism
mitologicznych, nie tylko w ramach gry, „chwilowego zawieszenia
niewiary”, że poddaje się podobnej refleksji, co dawne mitologie. Po
drugie zaś dlatego, że najważniejsza teza Apelanda jest trudna do podważenia:
po ogłoszeniu ostatnich tomów Historii Śródziemia nie ma już wątpliwości,
że „oficjalny” Silmarillion jest w znacznej mierze dziełem
Christophera Tolkiena. W takim zaś razie nie pozostaje nic innego, jak
przyznać, że ostatnim autorskim ujęciem tej opowieści jest wersja z 1937
r., kompletna (bardziej, niż wersja „oficjalna”, bo zawierająca
Drugie Proroctwo Mandosa) i zakończona, choć nie zredagowana „na
czysto”. Wreszcie trzeci argument Apelanda jest nieodparty: to wersja
z 1937 r. stanowiła punkt wyjścia do pisania Aneksów do Władcy
Pierścieni. Tadeusz
A. Olszański
[1]
Teks ten ukazał się w: Between Faith and Fiction. Tolkien and the
Powers of His World, Proceedings of the Arda Symposium at the Second
Northern Tolkien Festival, Oslo, August 1997, Arda Special 1, 1998
r., ss. 44-50. [2]
Heinrich Zimmer - Myths and Symbols in Indian Art and Civilisation,
Princeton University Press, New York 1974, s. 179n. [3]
J.R.R. Tolkien - Listy, Zysk i S-ka, Poznań 2000, nr 131, s.
218. [4]
J.R.R. Tolkien - Księga Zaginionych Opowieści, Atlantis-Rubicon,
Warszawa 1994, przekład skorygowany. [5]
J.R.R. Tolkien - The Lost Road and Other Writings, Unwin
Paperbacks, London 1989, s. 204. [6]
Por. J.R.R. Tolkien - The Book of Lost Tales , part II, Unwin
Paperbacks, London 1986, s.159; w obu polskich przekładach fragment ten
jest poważnie zniekształcony. [przyp.
tłumacza] [7]
J.R.R. Tolkien - The Lost Road and Other Writings, op. cit. s.
233.
|
|
|
|
|