Ciemna strona Śródziemia

Tadeusz A. Olszański

 

 

Latem 1997 roku przeczytałem (w Śródziemiu, biuletynie Towarzystwa Hobbitycznego, nr 5) o zamiarze założenia Sekcji Nazguli (lub czegoś w tym rodzaju), zajmującej się ciemną stroną mocy. O samym zamiarze wiedziałem już wcześniej i skwitowałem je wzruszeniem ramion - skoro komuś do twarzy w czerni, to czemu nie - ale niemile zaskoczyło mnie wyrażenie „ciemna strona mocy”. Po namyśle doszedłem do wniosku, że nie jest to lapsus, lecz przejaw tendencji do odczytywania Tolkiena przez późniejszą fantasy, niestety, coraz bardziej rozpowszechnionej. A także - fascynacji złem w kulturze współczesnej, w skrajnych formach wyrażającej się satanistycznym black-metalem (kapele tej formacji niejednokrotnie sięgają po takie nazwy jak Morgoth czy Carcharoth, ale także - Vader). Co do form łagodniejszych - cóż, jeden z najstarszych klubów fantasy w Polsce zwie się Angmar...

Czemu się zresztą dziwić, skoro firma produkująca tolkienowskie RPG, działająca za zezwoleniem spadkobierców Profesora, zwie się - nieprzypadkowo przecież -  Iron Crown Enterprises! Choć przecież Profesor pisał: Ja się nie kłaniam Żelaznej Koronie... Cóż, oni jej hołdują. Bo też ich bogiem jest pieniądz. Ale przecież nie naszym!

Dopóki ogranicza się to do samej tylko fascynacji złem lub pragnienia zła (jak w black-metalu), bez prób reinterpretacji Tolkiena, można na to machnąć ręką. W końcu to wolny kraj, nikt nie ma obowiązku być ani mądrym, ani dobrym... Trochę szkoda, ale tak jest.

Nie można natomiast zaakceptować wprowadzania kategorii „ciemnej strony mocy” itp. do Śródziemia, ani używania ich jako kluczy do interpretacji dzieła Tolkiena. Ta koncepcja jest najgłębiej sprzeczna z niezmiennym, podstawowym ładem Śródziemia, w którym są moce Dobra i moce Zła, ale nie ma ambiwalentnej Mocy, mającej dobry i zły aspekt. Zło nie ma w sobie pierwiastków Dobra, Dobro - pierwiastków Zła. Nie ma i nie może być też nic trzeciego pomiędzy nimi. Tylko na poziomie naszych myśli i czynów mogą mieszać się elementy dobra i zła. A jest tak między innymi dlatego, że nad światem istot żywych jest też świat transcendencji, a zaludniające go byty są także jednoznacznie dobre - lub złe. A także dlatego, że są to liczne, zróżnicowane i osobowe byty, a nie - pojedyncza i bezosobowa Prajednia szamanizmu czy buddyzmu, która z konieczności logicznej musi być ambiwalentna.

Idea ciemnej strony Mocy pochodzi z Gwiezdnych Wojen. Ich świat rządzi się jednak innymi prawami, niż świat Tolkiena. Tam Moc jest rzeczywistością na pograniczu immanencji i transcendencji; czasem wydaje się być siłą przyrody, chwilami wydaje się być traktowana jako nieosobowe (i amoralne) bóstwo. Taka idea Mocy (lub Magii) jest szeroko rozpowszechniona w fantasy, zazwyczaj traktującej magię jako jeden z żywiołów, moc naturalną, immanentną (choć jednocześnie w jakiś sposób nadprzyrodzoną, tj. należącą do sfery sacrum). Taka moc musi być, rzecz jasna, amoralna (tak jak amoralne są inne żywioły), można się nią posłużyć (bo ona sama nic nie czyni) tak w dobrych, jak i złych celach.

Dojrzalsze, bardziej psychologiczne ujęcie Mocy (wciąż jednak rzeczywistości z pogranicza świata przyrody i sacrum) znajdujemy u LeGuin, która wprowadza też ideę Równowagi, współniezbędności nie tyle Dobra i Zła (bo już same te pojęcia sprzeczne są z ideą Równowagi), ile światła i Ciemności dla istnienia świata. Ta idea, wywodząca się bezpośrednio z chińskiej koncepcji jin/jang, męskiego i żeńskiego, a zarazem jasnego i ciemnego pierwiastka świata, które muszą pozostawać w równowadze, stała się public domain fantasy, zapewne oddziałując także na twórców Gwiezdnych Wojen. Tolkienowi jest ona z gruntu obca, podobnie jak „klasycznej” kulturze europejskiej.

W Gwiezdnych Wojnach nie ma jednak mowy o Równowadze. Ciemna strony Mocy istnieje i jest nieusuwalna, ale też – „jasnej stronie” Mocy (charakterystyczne, że to wyrażenie w ogóle nie występuje, „jasna strona” jest po prostu Mocą) nie jest do niczego potrzebna (chyba że jako próba). Jest ona pokusą, zagrożeniem, któremu można - i koniecznie trzeba - przeciwstawić się, oprzeć. Jest tu więc obecny wyraźny podział na dobro i zło, współobecne, ale nie - równie potrzebne. Pogląd ten zgodny jest z doktryną moralną nie tylko buddyzmu, ale i chrześcijaństwa - skłonność do zła, pokusa zła istnieje i nie da się jej wykorzenić, ale można ją odrzucić, zapanować nad nią.

Władca Pierścieni, a także inne dzieła Tolkiena nie są opowieściami o walce „jasnego” i „ciemnego” aspektu świata (Mocy), ale o walce Dobra ze Złem, walką sił współobecnych, ale jednoznacznie odrębnych, przeciwstawnych i wrogich. Jest to też opowieść o atrakcyjności dobra, o jego sile przyciągania i zwyciężania. To dobro (wręcz - dobroć!) przynoszą ostateczne zwycięstwo - gdy Frodo załamie się w końcu pod Brzemieniem, ocalenie przyniesie „niemęska” litość, parokrotnie okazana Gollumowi (choć także - wymuszona na nim przysięga i groźba-klątwa Froda).

Dobroć, litość, wierność najpewniej prowadzą do celu (wręcz - one jedynie doń prowadzą), one też zostają nagrodzone. Zło ponosi zupełną klęskę (a zdrada - także klęskę haniebną, jak w przypadku Grimy i Sarumana). Na jego gruzach wyrośnie New Row, jedyny mallorn między Górami a Morzem i rój dzieci wiernego sługi. A także Odrodzone Królestwo pod berłem świętego Króla. Także Powiernicy, śmiertelnie zranieni Brzemieniem, otrzymują nagrodę: Bilbo długie lata w Rivendell, Frodo - ukojenie za Morzem (choć to już nie jest tak proste - prawdziwość zakończenia Opowieści leży w tym, że nie wszyscy mogą „ustatkować się i żyć długo i szczęśliwie”).

Dlatego nie potrafię zrozumieć, a tym bardziej - zaakceptować fascynacji złem akurat we Władcy Pierścieni, złem tak słusznie ukaranym i unicestwionym. Nie trafiają do mnie argumenty o tolerancji, postrzeganiu racji „drugiej strony” itd. Można (i trzeba) żywić tolerancję dla odmiennego sposobu życia, dla zróżnicowanych poglądów moralnych - ale nie ma miejsca na tolerancję dla wroga, sięgającego po nasze życie. Tym bardziej, że orkowie, to nie są „barbarzyńcy”, ale demony, tak jak ich pan, to nie Atylla czy Hitler, ale Lufycer czy inny transcendentny sługa Szatana. Za nimi nie stoją żadne „racje”, oprócz ślepej nienawiści. Tym bardziej nie trafia do mnie argument, że „taka jest uroda naszych czasów” (uroda w tym kontekście wywodziłaby się chyba od rosyjskiego urod - potwór?). To my kształtujemy tę „urodę”, nie możemy się więc nią zasłaniać. Nie mówiąc o tym, że żaden „kontekst kulturowy” nie może zmienić tego, że struktura dzieła Tolkiena jest właśnie taka, i inna być nie może. Raz i na zawsze.

Jeśli zaś ktoś koniecznie chce zachwycać się złem, czy rozwijać teorie o rasistowskim charakterze dyskryminacji orków, a uprzywilejowaniu elfów - niech mu tam będzie. Ale niech da spokój Tolkienowi.

Wracając do wyjściowego tekstu. Dziewczę, stające na czele sekcji Nazguli, podpisuje się imieniem... Nienna. Piękne, nieprawdaż? Jest w tym głębokie pęknięcie psychologiczne - i nadzieja, że nie wszystko jeszcze stracone.