Przekład Jerzego Łozińskiego

- cała prawda

Tomasz Fenske

 

 

Władca Pierścieni jest książką bezapelacyjnie kultową- od tego niezbyt odkrywczego stwierdzenia chciałbym zacząć poniższy tekst. Dlaczego jednak o tym przypominam, skoro to takie oczywiste? Dlatego, że tak wspaniałe dzieło, które zostało napisane w obcym języku, musi zostać możliwie najlepiej przetłumaczone, by oddać wspaniałość treści. W przypadku „zwykłych” książek, dajmy na to, kryminalnych, nie ma problemu - większość nazw własnych czy imion można zostawić w oryginalnym brzmieniu i formie. Jednak w przypadku powieści fantasy (oczywiście nieco bardziej skomplikowanej, czyli z własnymi językami, geografią itp.) jest już dużo gorzej - trzeba dokonać przekładu z języków, które... nie istnieją tak naprawdę! Ale po kolei.

W Polsce zostały opublikowane dwa tłumaczenia (a jeśli nawet więcej, gdyż słyszałem, że trzy, to jest to nieistotne z racji treści artykułu)- jedno Marii Skibniewskiej, drugie autorstwa Jerzego Łozińskiego. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że różnią się one od siebie praktycznie wszystkim. Tekst ten powstał zaś jako próba udowodnienia lub chociaż wyjaśnienia fanom prozy J.R.R. Tolkiena, na czym polega przekład wymienionego w tytule autora. Napisałem go, gdyż wiele osób, nawet nie zapoznając się z nowym tłumaczeniem, z góry skazała je na pożarcie, a ogólnie rzecz biorąc dlatego, iż zdania na temat przekładów są bardzo podzielone.

Jak zapewne większość zorientowanych w klimatach tolkienowskich wie, tłumaczenie Jerzego Łozińskiego wielce odbiega od tego, do czego od końca lat osiemdziesiątych przyzwyczaiła nas Maria Skibniewska. Jak już pisałem, większość „zatwardziałych” wielbicieli Mistrza często bez zapoznania się z „nowym” tłumaczeniem wydało werdykt- bez sensu, nie posiada za grosz klimatu, nazewnictwo jest śmieszne i pozbawione podstaw. Ci, o których teraz mówię zapewne powolutku zaczynają czuć się urażeni- i słusznie! Niemal wszyscy przeciwnicy nowego tłumaczenia nie mają o nim najmniejszego pojęcia, więc jakim cudem, a poprawniej by było- prawem, zdobywają się na tak radykalne stwierdzenia i oceny? Fakt, jest prawo tak zwanej wolności słowa itp., ale tym się ono różni od kompletnej anarchii, że w państwie cywilizowanym zwykle powinno się uzasadniać swoje opinie. Ręce mi opadają gdy widzę kogoś, kto na dźwięk nazwiska „Łoziński” prycha z pogardą, ale na proste pytanie „dlaczego?” wzrusza tylko ramionami i ze złożonością godną umysłu małego dziecka odpowiada- „bo tak” (względnie „bo nie” w zależności od treści pytania). Odbiegam jednak od tematu, w którym chciałem pochwalić wspomnianego w nim tłumacza.

Zasadniczą rzeczą, o którą toczyły się spory pomiędzy mną a znajomym, który obstawał przy tłumaczeniu Skibniewskiej było odejście od dotychczasowego nazewnictwa powszechnie już uznanego w świecie tak czytelników fantasy, jak i nawet samych pisarzy. Konkretnie chodzi nam o tzw. „krasnoludów”. Łoziński bowiem miast tej nazwy wprowadził inną- „krzat” - „krzatowie”. I chwała mu za to! Wprawdzie nic złego (w wartościach wymiernych) się nie działo, gdy chlebem powszednim był „krasnolud” i jego wszelakie odmiany, jednak określenie owo było owocem przekładu nieprawidłowego. Muszę teraz niekiedy niemal słowo w słowo powtórzyć słowa p. Jerzego wyjaśniającego, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej.

Zacznijmy od analizy słowa „krasnolud”. Jak wiadomo cząstka „krasno-” odpowiada barwie czerwonej. Powstaje zatem pytanie- dlaczego silny i odważny wojownik z toporem dwuręcznym ma się nazywać czerwonym ludkiem? Wszak ani na ciele ani na odzieży nie ma on śladu czerwonej barwy (oczywiście mógł nosić powiedzmy czerwoną kamizelę czy chustę jednak wątpię, czy czyniła tak cała rasa)! Wyjaśnienie jest proste, lecz muszę się cofnąć odrobinę w historii.

Gatunek baśni rozwinął się na świecie bardzo dawno. Można w zasadzie powiedzieć, że pierwsze baśnie rozwinęły się już wówczas, gdy starożytni Grecy tworzyli mitologię- stwory złe, bóstwa, dziwaczne istoty. Same jednak baśnie jako takie (czyli w znanej nam postaci) datowane są na koniec wieku XVIII. Wtedy też ukształtowane już były standardy- malutkie skrzaty, takich samych rozmiarów elfy z delikatnymi skrzydełkami, złe, zielone gobliny i wielkie, równie złe i jeszcze bardziej szkaradne trolle. Odwołać się muszę tym samym do utworu Beowulf, czyli potwory i krytycy J.R.R. Tolkiena, który to jest zbiorem esejów wyżej wymienionego autora, a w którym znajduje się niezwykle ciekawy wywód dotyczący baśni, jak i wszystkiego co z nimi związane- miedzy innymi historia elfów w ludzkich opowiadaniach i przekazach. Otóż Tolkien stwierdził, że współcześni elfowie (pozwolę sobie oprzeć się na ich przykładzie) są owocem długiej i, niestety, nieudolnej ewolucji w umysłach człowieczych. W dawnych przekazach i opowieściach elf czy elfina są postaciami podobnym ludziom, jednak znacznej urody. Nie ma mowy o karłowatych rozmiarach czy skrzydłach. Dlaczego więc obecnie włączając telewizor widzimy malutkie wróżki- elfiny trzepoczące srebrzystymi skrzydełkami, które z łatwością zmieszczą się w ludzkiej dłoni (że wspomnę przykład Piotrusia Pana)?

Kiedyś świat był dla człowieka ogromny i nie znany- większość populacji całe życie spędzała w tym samym miejscu, w którym się narodziła. Jeśli ktoś wyjeżdżał daleko to zwykle i tak ograniczał się do Europy- reszta świata była niezbadana, niedostępna. Pozostawiało to człowieczej wyobraźni ogromne pole do popisu- zacytuję teraz Mistrza- „Dziecko może uwierzyć, że w sąsiednim hrabstwie żyją ludożercze potwory; wielu dorosłych bez trudu uwierzyłoby w ich istnienie w innym kraju; a niemal każdy, kto wierzy w życie w kosmosie, zaludnia inne planety niegodziwymi potworami”. Choć te słowa Tolkien kierował głównie w stronę ludzi mu współczesnych (a więc i, w sumie, nam współczesnych) i mówił o nich również, to stwierdzenie powyższe doskonale oddaje działanie ludzkiej wyobraźni, która niewiele się zmieniła przez stulecia, a która pozbawiona faktów oraz informacji oczywistych i sprawdzonych snuje przeróżne fantazje na temat otaczającego jej właściciela świata. Wracając jednak do kwestii rozmiarów elfów- kiedy świat zaczął się kurczyć a nauka rozwijała się i wyjaśniała coraz więcej dziedzin życia człowieka pożywka dla wyobraźni zmniejszała się stopniowo aż do stanu dzisiejszego, czyli niemal do zera. Tak samo stało się z elfami- sprowadzono je do malutkich, latających stworków zamieszkujących domowe zakamarki. No bo spójrzmy prawdzie w oczy- kto dzisiaj ma odwagę otwarcie marzyć i snuć fantastyczne domysły czy historie (z ludzi dorosłych lub chociaż dojrzałych nastolatków) w świecie opanowanym przez racjonalizm i pęd do poznania i skatalogowania wszystkiego? Chyba tylko osoby o niezwykłej sile charakteru, które nie boją się być inni niż zalewająca ich masa lub bogaci, którzy hojnie szafując pieniędzmi mogą sobie „kupić” przychylność otoczenia. Wyobraźnia została zarezerwowana tylko dla dzieci i nawet dla nich, broń Boże, nie na za długo. Jakaż to jest duma rodzica, kiedy jego pociecha to mały geniusz- płynnie mówi, umie pisać czy, w początkach szkoły podstawowej, dobrze stawia pierwsze kroki na polu nauki. Jakieś fantastyczne bzdury? Zostaw to!

Najpierw wypleniono wyobraźnię z dorosłych, teraz robi się to samo z dziećmi. Byle szybko, byle szybko- rodzice chcą mieć miniaturkę siebie lecz pozbawioną wad, które sami posiadają. Chcą by ich dziecko jak najszybciej nauczyło się wszystkiego, co możliwe; żeby się można było pochwalić małym Adasiem czy Grześkiem przed sąsiadką, koleżanką czy kolegą z pracy, a może kimś jeszcze. Stąd też dzieciom nie poświęca się tyle uwagi, co kiedyś (w sprawie „historyjek”, choć ogółem też), oferuje się tanie wypaczenia pięknych niegdyś baśni czyniąc z nich proste bajeczki robione na poczekaniu i bez przemyśleń. Są przy tym często brutalne i nie uczące absolutnie niczego przydatnego, lub też przesadnie przesłodzone, gdzie wszystko dobrze się kończy. Co w tym złego, że są przesłodzone? Dziecko poznaje wtedy świat tylko z jednej strony, za strony zwycięzcy. Nie zna smutku pokonanego, nie płacze po bohaterze, który zginął dla sprawy w walce ze złem. Zapewne któryś z rodziców zakrzyknie teraz (pod warunkiem, że jakikolwiek w ogóle mnie czyta), że to by było zbyt brutalne... Taa... To niech się łaskawie przyjrzy, co ogląda jego dziecko od samego rana do późnego wieczora- zabijanie, śmierć... Niech posłucha sobie, jakich słów używają postacie z ulubionych kreskówek malucha... A potem to zaskoczenie- „skąd ono zna TAKIE słowa?!”. No, skąd?

Odbiegłem jednak od tematu. Jak już wykazałem, wraz z rozwojem ludzkości świat baśniowy uległ wypaczeniu wraz ze wszystkimi tego przykrymi aspektami. Dlatego mamy teraz takich, a nie innych elfów czy inne stworzenia. Dlatego też powstały krasnoludki- małe, śmieszne postacie z długą, białą brodą i z czerwoną czapeczką na głowie. Owoc upadku ludzkiej wyobraźni, stały bohater bajek dla dzieci (tych „słodziutkich”). Nic w tym złego tyle, że kiedy powstał gatunek krzata (dla wygody Czytelnika, który niedokładnie zapoznał się z początkiem tego tekstu- krasnoluda) nazewnictwo pochodzące z krasnoludka zostało przejęte. Po części pasowało- niscy wzrostem, z długą siwą brodą, często górnicy. To, że to rasa bardzo często brutalna- to nic, zmienimy końcówkę z „dki” na „dy” i już mamy siejących popłoch i pożogę morderców (choć tu już można wykryć, że nie pasuje od razu cząstka „krasno-”). Widać wyraźnie, że to bezsensowne, gdyż krzatowie to ród wiecznie walczący, najlepsi wojownicy wielu światów fantasy. A krasnoludki? Zabawne, przyjacielskie i towarzyskie. Jeszcze nigdy nie widziałem ogródkowego krasnala z bronią w rękach chyba, że za broń przyjąć łopatę...

Wydaje mi się tym samym, że udowodniłem przynajmniej to, iż krasnoludki i krzatowie to zupełnie inne postacie z dwóch różnych światów i przenoszenie nazewnictwa z tych pierwszych na drugich wyraźnie nie ma sensu mimo kilku drobnych podobieństw. Jak więc nazwać nowo powstałą rasę? Cóż, tu w pewnym sensie mogę nieco oddać pola wielbicielom starego nazewnictwa, gdyż nie do końca jest to pewne. Na pewno jednak nie „krasno-”, bowiem ten człon pochodzi jeszcze od krasnoludków. Na pewno nie ludków, gdyż, jak słusznie wyjaśnia J. Łoziński, poza pewnym podobieństwem twarzy krzatowie stanowią odrębny od ludzi gatunek. Jeśli ktoś zewnętrzne podobieństwo uznaje za argument- proszę bardzo, ale wtedy nawet elfowie muszą być okrzyknięci „ludami”, bo czyż nie są do nas podobni (nawet bardziej niż krzatowie- przecież mają ten sam, co my, wzrost).

Jednak pies nie całkiem jest pogrzebany. Niczego tutaj dokładnie nie udowodnię, ale odwołam się bezpośrednio do słów p. Łozińskiego: „Oto w zeszycie 22 „Rozpraw Wydziału Filologicznego Akademii Umiejętności w Krakowie” z roku 1893 zawierającym część II Średniowiecznej poejzyi łacińskiej w Polsce A. Brucknera znajdujemy tekst z 1466 roku, w którym występuje słowo „crzat”.” To samo w sobie stanowi już dostateczny powód użycia takowego określenia, jednak czytamy dalej: „Łaciński tekst darujmy tu sobie, gdyż chodzi przede wszystkim o inny trop, niestety, jak się zdaje, brutalnie urwany. Otóż w nadpalonym fragmencie zapisków poczynionych przez Brucknera przy opracowywaniu wzmiankowanego działa – zasadniczy korpus spłonął wraz z Biblioteką Krasińskich – czytamy na marginesie: „Skrzat- skrzaty; krzat- krzatowie (Khazad). Mar. Occ. Lib. Rub.”  Wzmianka w nawiasie nie pozostawia żadnych wątpliwości, że skrót należy czytać Marchia Occidentalii Liber rubidus = Czerwona Księga Marchii Zachodniej.” Tak więc kwestię powstania określenia „krzat” i jego liczby mnogiej uważam za zakończoną.

Często w tłumaczeniu pana Jerzego bezlitośnie wytyka się rzekome błędy w miarach odległości. Otóż od razu uspokajam, że mile, których użył Łoziński w książce były milami staropolskimi, co odpowiadało zastosowanym przez Tolkiena milom staroangielskim. Tak więc poprawna jest jednostka „mila” jako blisko osiem kilometrów miast, znanej przez nas „współczesnej” mili, około półtora kilometra.

Kolejną sprawą, która rzuca się od razu w oczy po przejrzeniu książki w przekładzie J. Łozińskiego, jest „wygładzenie” nazw własnych występujących w oryginalnym języku elfowym, służące głównie usprawnieniu ich wymowy. I tak zamiast Minas Tirith mamy Minas Tirit, zamiast Orthanku Ortank itp. Ma to jednak sens (wbrew twierdzeniom co niektórych)- takiego brzmienia nazw własnych używają tylko elfowie, ludzie i hobbici- rasy złe „mówią bez zmian”. W ten prosty sposób udało się pokazać polskiemu czytelnikowi, w jak odrębny sposób mówili np. orkowie i elfowie. Ci pierwsi twardo, gardłowo; ci drudzy dźwięcznie, czysto. Po drugie zaś czytelnik polski nie mający styczności z językiem angielskim nie będzie prawdopodobnie potrafił poprawnie wymówić słowo z niego pochodzące a w kwestii cząstek „th” czy innych Tolkien wzorował się na swoim ojczystym języku.

Ważniejsza od zmiany pisowni nazw jest całkowita ich zamiana na inne. To już jest sprawa bardzo, bardzo kontrowersyjna, do której o wiele trudniej jest przekonać, niż w przypadku krzatów. Postaram się jednak możliwie bezboleśnie przejść do tematu. Na początek zarzuty o małą zbieżność z oryginałem.

Twierdzi się powszechnie, że to właśnie Maria Skibniewska przełożyła tekst z maksymalną dokładnością i w sposób jak najbardziej zbieżny z oryginałem. To jest prawda, ale tłumaczenie było tym samym... hmm... jak to wyrazić... mało poetyckie? Myślę, że można tak powiedzieć. Proszę mi szczerze, bez uprzedzeń powiedzieć, który wiersz brzmi lepiej:

 

„Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,

Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,

Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,

Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie,

W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Jeden by wszystkimi rządzić, Jeden by wszystkie odnaleźć,

Jeden by wszystkie zgromadzić i w ciemnościach związać

W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.”

 

„Trzy Pierścienie elfowym władcom szlachetnego miana,

Siedem krzatów monarchom w kamiennych sal koronie,

Dziewięć ludzkim istotom, którym śmierć pisana,

Jeden dla Władcy Ciemności, co trwa na mrocznym tronie

W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.

Ten Jedyny, by rządzić wszystkimi, ten Jedyny

By wszystkie odnaleźć,

Ten Jedyny, by zebrać je wszystkie i w ciemności zespolić więzami

W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.”

 

Moim zdaniem widać wyraźnie, że wiersz, który podałem jako drugi jest bardziej wyszukany, choć opisuje to samo. Czy to nie lepiej? Fakt, kontrowersje może budzić pierwsza linijka, gdzie w oryginale jest „...under the sky”, oraz fragment „W Mordorze...”, gdzie w oryginale jest „In the land of Mordor, where the shadows lie”. Jednak ogólne wrażenia estetyczne są znacznie lepsze w wydaniu J. Łozińskiego (niewysokim kosztem wierności przekładu) i tak jest z większością poezji w Trylogii. Jeśli natomiast chodzi o treść pisaną prozą nie zauważyłem większych przekłamań. Jedyne, co w prozie jest uznawane za jakiś znaczący problem, to wypowiedzi Gulluma (względnie Golluma). Otóż jego słowa były najczęściej przekręcane, co pokażę na przykładzie „kieszeń”- „kieszenisko”. Niektórzy uznają to za błąd, że niby takich słów nie ma w słowniku (choć kieszenisko akurat jest), jednak w swoim zaślepieniu zapominają o jednym- Gullum był istotą zdegenerowaną do cna. Wiązała się z tym również zmiana wymowy i słów- przecież jeszcze przed metamorfozą, jaką przeszedł przez Pierścień, Gullum mówił nieco gulgocząc i sycząc, co Jedyny tylko spotęgował. Także zmiana imienia Golluma na „Gullum” ma sens- przecież skoro on wydawał z siebie gulgot (owo jego „gul, gul”) to przecież powinien nazywać się „Gullum” właśnie, nie zaś Gollum.

Wydaje mi się, że, nie umniejszając wkładu pani Marii dla rozwoju fantasy w Polsce, „poszła” ona po drodze najmniejszego oporu tłumacząc wszystko „jak leci” i dosłownie, przez co odjęła nieco uroku Władcy.... Przecież nawet laik wie, że jeśli słowo w słowo przekłada się jakiś tekst z obcego języka to zwykle „po wszystkim” wygląda on raczej kiepsko, a nawet śmiesznie. Dlatego sądzę, że „ubarwienie” i kilka zamian, jakie wprowadził J. Łoziński tylko wyszło książce „na zdrowie” bez znaczącej zmiany treści.

Taka mała dygresja- dla mnie pozostaje zagadką, dlaczego M. Skibniewska, skądinąd tłumacząca dosłownie, tytuł pierwszego tomu Władcy... nazwała Wyprawa, skoro tytuł oryginału brzmiał The Fellowship of the Ring, czyli Orszak Pierścienia lub Bractwo Pierścienia, jak w przypadku przekładu pana Jerzego. Słyszałem wprawdzie pewne wyjaśnienia, były one jednakże na tyle niejasne, że muszę nadal pozostać tak samo zdziwiony, jak przedtem.

Idąc tropem precyzji przekładu muszę nieuchronnie doprowadzić Ciebie, Czytelniku, do ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy tłumaczeń, to jest zmian na tle nazw własnych. O ile jeszcze nie zasnąłeś (a jeśli nie to gratulacje- jesteś godzien nazwania Cię „hardcorowym tolkienistą”) to uspokajam, że już niewiele zostało.

Wielu za betonowe buty na jednokierunkowej most- rzeka uznaje u J. Łozińskiego odejście od „tradycyjnego” nazewnictwa. Jednak to również ma swoje logiczne uzasadnienie- zmiany zaszły tylko na polu Wspólnej Mowy. No i co tu logicznego? To, że niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Tolkien napisał instrukcje dla przyszłych tłumaczy jego książki, w których były wyraźne sugestie, by, najprościej mówiąc, uczynić ją bliższą czytelnikowi. Ale jak odebrał i wcielił je w czyn nasz tłumacz? Zastanówmy się przez chwilę...

Tolkien pisał w swoim języku i dla swoich ziomków, tak więc Wspólną Mowę uczynił czymś na kształt j. angielskiego, by była ona zrozumiała dla anglojęzycznego czytelnika wśród obcych dialektów elfowych czy ludzkich. Hobbici zaś posługiwali się jego odmianą - Kudukiem. Jak wiemy cała historia Trylogii jest opowiedziana z punku widzenia hobbitów i tylko ich, więc i język, jakim się posługuje pisarz nawiązuje do tego, jak postrzegali świat hobbici. A jacy oni byli? Cóż, najprostszym, choć i najmocniejszym słowem ich opisującym byłoby mruknięcie- „to wieśniacy” (bez obrazy dla osób mieszkających na wsi). Wszystko się zgadza- mieszkają na prowincji świata, nikomu nie znani, żyją uprawiając ziemię i prowadząc ogródki. Ich imiona są proste i mało wyszukane (przyjrzyjmy się nazwiskom mieszkańców małych miejscowości- często pochodzą od warzyw, zwierząt, roślin ogólnie). Dlatego też dla hobbita, który całe życie spędził w takiej wiosce, świat jest jedną wielką niewiadomą. Frodo znał wprawdzie kilka słów z mowy elfów, ale była to wiedza doprawdy skąpa. Podróżując przez niemal całe zachodnie Śródziemie hobbici poznają obce języki, bogactwo określeń, inne kultury... No właśnie, dochodzimy do sedna- jak mają to poznawać, skoro wszystko jest takie same? O co mi chodzi? Maria Skibniewska nie podjęła się tłumaczenia nazw własnych z Wspólnej Mowy, więc niby skąd, Czytelniku, masz wiedzieć, że sindarin czy khuzul to są języki obce hobbitowi, skoro Wspólna Mowa również jest Ci nieznana? Fakt, istnieją pewne opisy typu „w nieznaną im mowę wsłuchiwali się z radością”, aczkolwiek takie rozwiązanie jest zdecydowanie płytkie. Przecież teoretycznie nie wiesz, co znaczy nazwisko Dad Twofoot czy, dajmy na to taki przykład, siedziba Froda po przeprowadzce w pierwszych rozdziałach- Buckland. Owszem, możesz wysilić wyobraźnię i powiedzieć sobie- no tak, tym językiem mówią elfowie, tym krzatowie, więc hobbici czy, ogólnie rzecz biorąc, inne rasy ich nie rozumieją, ten z kolei język to ich ojczysty itp., jednak tak nie powinno być. Dla osoby zagłębiającej się w lekturę Władcy... Wspólna Mowa rzeczywiście powinna być czymś znajomym; czymś, co rozumie. I tak oto bardzo łatwo jest o wczucie się w rolę postaci, która wyjeżdża z domu po raz pierwszy i nie wie, skąd się wzięły takie, a nie inne nazwy u elfów, ale na przykład, rozumie, że jego niedaleki sąsiad to Dwustopczyk, a nie jakiś tam Twofoot. Czy to nie logiczne? Tak samo jest z imieniem karczmarza z Bree/Biru-coś tu chyba nie gra, skoro nie potrafię zrozumieć, jak się nazywa ów karczmarz mimo, że postać, która z nim rozmawia zna ten język, w którym go nazwano? A tak przynajmniej wiem, że to nie jeden z wielu niskich grubasków, a Maślak, Chmielko Maślak...

Myślę, że udało mi się jeśli nie przekonać wielbicieli tłumaczenia p. Marii o jego błędności, to chociażby wyjaśnić, że przekład J. Łozińskiego ma jednak sens i skonstruowany został na drodze wielu analiz i przemyśleń.

Ps. Niegdyś zarzucano mnie porównaniami tłumaczenia J. Łozińskiego i M. Skibniewskiej, jednak stwierdzić muszę, że cytaty z rzekomo mojego przekładu ni w ząb nie pokrywały się ze stanem faktycznym, być może jednak są dwie jego wersje dlatego, gwoli ścisłości, tekst napisałem w oparciu o wydanie I, Zysk i S-ka, z roku 1996, Poznań.

P.S.

Wszystkie cytaty i nawiązania mają związek z: Władca Pierścieni, Potwory i Krytycy, Silmarillion.

 

 

Tomasz Fenske „Equinoxe”

Kontakt: fenske@poczta.onet.pl