Pierścień mroku

(fragmenty)

Tom 1 Ostrze elfów

Część druga Los Arnoru

Nik Pierumow

 

 

 

Od redakcji: prezentujemy obszerne fragmenty książki rosyjskiego pisarza Nika Pierumowa, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Zamieszczając te fragmenty pragniemy w ten sposób wspomóc promocję tego tytułu w Polsce i skłonić Was do zakupu całości w księgarniach.

 

 

Kilka słów od tłumaczy: prezentujemy brudnopis. Właściwie nie powinniśmy tego robić, ponieważ pozwoli to przeciwnikom przekładu zakrzyknąć, wskazując jakiś błąd:Ha! Tak się kończą próby dopisywania czegoś do genialnego Profesora! Ale sądzimy, że rzesza miłośników Tolkiena i potencjalnych - Pierumowa, jest spora i apetyt ich na książkę ciągle nie jest zaspokojony. Póki dojdzie do wydania - posmakujcie okruchów. Jeśli ktoś nie lubi tekstów niezredagowanych, nie mających początku ani końca - odradzamy czytanie. (Ewa i Eugeniusz Dębscy)

 

 

Rozdział czwarty KHAZAD-DUM

 

 

 

"Czegóż to ci Duzi nie naplotą! - myślał wieczorem Folko układając się do snu. - O jakiej trwodze paplali?! Ziemia jak ziemia, skały, wzgórza, rzeka... wspaniałe sady... Tylko popracować trzeba". Westchnął przypomniawszy sobie ogrody i pola Hobbitanii. Jego dłonie zdążyły odzwyczaić się od motyki, i teraz nagle odczuł niejasną ochotę, ot tak, po prostu pójść i podciąć czy okopać jabłonie nad rzeką.

Jednakże noc, spędzona pod Wrotami Czarnej Otchłani zmusiła go do porzucenia takich myśli. Zasnąwszy zwalił się od razu w ciężki, mroczny sen; obudził się pośród nocy zlany lepkim zimny potem. Nie pamiętał, co mu się śniło, wiedział tylko, że było to obrzydliwe i wstrętne aż do mdłości. Leżąc na plecach otworzył oczy i niemal udusił się - powietrze w furgonie było stęchłe i ciężkie, dusiło, jak zwalone na pierś worki z piaskiem, a na dodatek kurtyna ciemności, wydało mu się, zebrała się w dziesiątki i setki głęboko czarnych kłębków, a z każdego na Folka patrzyło czyjeś zimne, martwe oko. Hobbit znieruchomiał i zadrżał, jak motyl na szpilce; nie miał siły się poruszyć, sięgnąć do broni, krzyknąć. Gdzieś w głębinach świadomości zaczął się rodzić, wyczuwalny ciałem, nie tylko uszami, niejasny łoskot, furgon podrygiwał nieznacznie. Skąd dochodził ten łoskot, nie wiedział, po prostu zrozumiał, że jeszcze chwila i jego oddech się urwie. Nie czuł strachu; na hobbita zwalił się niebyt, niekształtny, wszechogarniający, nieodwracalny...

Obok rozległ się ciężki jęk, i ten dźwięk nagle dodał hobbitowi sił. Rozrzuciwszy w niedobrym śnie ręce, z szeroko otwartymi, ale nic nie widzącymi mętnymi oczami, obok Folka głucho jęczał Torin. Jego ręka wolno, niepewnymi ruchami, ale jednakże pełzła do toporzyska dopiero co wykonanego z podarowanego przez Olmera kostura.

Hobbit szarpnął się - poczuł ból, jakby w środku wszystko mu się oberwało - i rozpaczliwym ruchem ręki podsunął broń bliżej do rozwartej drżącej ręki krasnoluda. Palce Torin wpiły się w rękojeść; opierając się na toporze zaczął wolno się prostować.

Włosy na karku hobbita zjeżyły się - nigdy jeszcze nie widział takich oczu Torina. Wyszły mu z orbit i nawet w absolutnych ciemnościach pod pokryciem furgonu widział w nich słaby odblask wpadającego przez jakąś szczelinę promienia księżyca. Te szeroko otwarte oczy był tak samo ślepe, jak i kilka chwil temu, gdy Torin leżał i wydawał się spać. Krasnolud poderwał się niepewnie i ruszył do zasznurowanego wyjścia, i runąwszy całym ciałem na płótno wypadł na zewnątrz. Rozległ się głuchy tępy odgłos i to wyrwało hobbita z osłupienia. Jego palce mocno trzymały w zaciśniętej, mokrej od potu dłoni sztylet, prezent od Olmera. Duszność stopniowo ustępowała. Zebrawszy wszytkie siły rzucił się na pomoc Torinowi.

Ten leżał na ziemi, bezładnie rozrzuciwszy dziwnie wykręcone ręce, obok walał się topór. Hobbit rozejrzał się zaszczutym wzrokiem - przez żółte chmury wyglądało blade oblicze martwego księżyca; mrok otaczał ich ze wszystkich storn, widmowe światło księżyca tylko zaznaczało cieniami upiorną czerń dokoła. Folko był jeszcze w stanie dojrzeć bok furgonu obok siebie, ale dalej wszystko tonęło w bezdennej i bezdźwięcznej ciemności. Zimne, obojętne spojrzenie niezliczonych niewidocznych oczu wciąż obmacywało postać hobbita, ale teraz miał w ręku broń i mógł się bronić. Gdyby miał czas na pewno przypomniałby sobie Annuminas i upiora Mogilników, ale to tu było inne, zupełnie inne.

Z ciemności dotarł do niego ochrypły jęk. Hobbit drgnął i zrozumiał, że to nie Torin jęczy, a ktoś inny. Strach tak sparaliżował hobbita, że nie miał nawet siły by pochylić się i sprawdzić co się dzieje z przyjacielem. Jęk dochodził z furgonu, cierpiał inny jeszcze krasnolud. Lęk Folka przekształcił się w niemożliwą do opanowania chęć ucieczki; uciec nie patrząc na drogę, precz byle dalej od tego dzikiego miejsca. Przed oczami wił się purpurowy wir. Kolana hobbita załamały się i runął obok Torina. Nic więcej nie widział.

Ocknął się z zimna i otworzywszy oczy od razu je zamknął - z góry lała się na niego lodowata woda. Czyjeś ręce troskliwie uniosły hobbita, ktoś ocierał mu chustką twarz, dokoła rozlegały się czyjeś głosy, znajome głosy jego przyjaciół i współtowarzyszy. Krasnolud wolno wypływał na powierzchnię z ciemnej przepaści niepamięci. Spróbował się odezwać - z gardła wyrwał się tylko jęk, spróbował więc usiąść - to się udało, bo ktoś mu pomógł. Dopiero teraz mógł rozejrzeć się dokoła i zrozumieć, co się z nim dzieje

Był jasny poranek, leżał na płaszczu, przewidująco rzuconym przez kogoś na mokrą od rosy trawę. Obok, obejmując głowę rękami siedział Torin, spomiędzy jego palców sączyła się woda i sterczały mokre pasma włosów. Dokoła zgromadzili się ludzie i krasnoludowie; ci ostatni, jak jeden, mieli potwornie wystraszone twarze i byli wycieńczeni - wszystkim po jednej nocy zapadły się policzki, zaogniły oczy, a u niektórych pojawiły się siwe włosy w brodach. Ludzie wydawali się być w lepszym stanie - byli raczej zaniepokojeni, choć i ich twarze zdradzały, że przeżyli niespokojną noc.

Obok hobbita klęczał Malec, podtrzymywał Folka za ramiona, obok niego wyżymał mokrą chustę Rogwold, ciasnym pierścieniem otaczali ich pozostali. Rogwold pytał o coś Folka, ale minęło jeszcze kilka minut, zanim do hobbit a zaczął dochodzić sens jego pytań.

- Co to było? Co się działo w nocy? Co się z wami stało?!

Folko skinął głową, chcąc dać do zrozumienia, że rozumie o co się go pyta, ale, z trudem otworzywszy usta, nagle poczuł, z jakim trudem przebija się do tak nieodległych wspomnień. Mógł tylko wykrztusić, że obudził się w środku nocy, że było źle, tak źle, jak nigdy dotąd, nic nie można było zrobić, a potem zaczął jęczeć Torin i powiedział coś, a potem sięgnął topora i zaczął się gramolić na zewnątrz, wypadł i on, Folko polazł za nim, a na zewnątrz było już naprawdę źle, on też upadł, i potem już była tylko ciemność...

Słuchający popatrzyli na siebie, a potem Rogwold zadał te same pytania Torinowi. Ten odpowiadał z trudem, ledwo-ledwo zdobywając się do słów - zmuszał się z całej siły do mówienia, jakby usiłując zemścić się na niewidzialnym wrogu za nocny atak:

- TO wyszło z Wrót Morii. A potem przysunęło się do mojego serca, i serce stało się zimne, jak śnieg na szczycie gór; miałem się pogrążyć w wieczny sen w Komnacie Oczekiwania na granicy między snem i śmiercią, ale poczułem ból, i ocknąłem się, a potem TO nakryło tego, który był obok mnie - hobbita, ale okazało się, że złamanie go było trudniejsze, potrafił opanować się i nawet podsunął mi topór. Widziałem TO tak wyraźnie, że, tak mi się wydawało, mógłbym je przeciąć toporem - błękitnawy niekształtny obłok, kawałek galaretowatej mgły - usiłowałem nawet sięgnąć do NIEGO, obudzić was, ale wszystko we mnie się pomieszało, i z trudem mogłem zrozumieć, co powinienem zrobić. Wiedziałem tylko, że muszę TO przegonić, ale kiedy zwaliłem się z wozu - co okazało się bardzo trudne - to nogi przestały mnie słuchać. TO zwaliło mnie w mrok, chociaż nie mogło zamrozić i pozbawić życia - nie poddawałem się już tak łatwo. Już leżałem, ani ręce, ani nogi nie słuchały mnie, ale widziałem idącego mi na pomoc hobbita, i widziałem jak TO stopniało, potrąciwszy biedaka Folka.

Nastąpiła martwa cisza, Folko również osłupiał, nigdy wcześniej nie słyszał, żeby Torin tak mówił; lodowaty robaczek strachu ponownie poruszył się gdzieś na dnie jego świadomości. W tym czasie Torin z wysiłkiem podniósł się, oparł się na toporze i mówił dalej, ciężki wzrokiem mierząc towarzyszy:

- Zapytacie mnie - jak TO wyglądało, czego chciało, jak atakowało, jak można się obronić?! Odpowiem tak - TO wyglądało nijak. Nie ma rąk ani nóg, ani głowy, ani ciała - wyglądało jak jakiś strzęp mgły, którego właściwie oczami nie widziałem, wyczuwałem tylko jakoś inaczej. O ile dobrze zrozumiałem, TO nie polowało specjalnie na mnie czy na nas. TO w ogóle nie ma żadnej woli, rozumu, a tym bardziej celu. Wyrwało się z Morii i rozpłynęło w niebie, rozpłynęło, jak dym z ogniska. Zapytacie: dlaczego tylko ma z Folkiem straciliśmy przytomność?! Sądzę, że tylko odartego, że spaliśmy nie tak mocno jak inni, a kiedy się poderwaliśmy, to chyba wciągnęliśmy do płuc jego truciznę, jak trujący dym... Tyle, że nie było to powietrze, oczywiście... Nasze myśli usiłowały znaleźć sposób na stawienie oporu TEMU, dlatego TO nieznane wpiło się w nas, podczas gdy nad umysłami innych, śpiących i nie opierających się, przemknęło jak wicher, jak przelatuje nad kimś zagrzebanym w piasku, a wali z nóg usiłującego utrzymać się na nogach. Domyślam się, że z powodu czegoś podobnego tangarowie porzucili Morię. Musimy nauczyć się walczyć, a - co najważniejsze - zrozumieć naturę TEGO. Przecież ONO działa na nas tangarów, o wiele mocniej niż na ludzi!

- Mylisz się - wolno powiedział Rogwold. - Ja również nie zapomnę tej nocy do końca swoich dni, i niech mnie strzeże duch Wielkiego Króla przed czymś podobnym w przyszłości! Teraz wiadomo dlaczego odeszli stąd mieszkańcy... No więc - co robimy?

Niczym od dawna powstrzymywany przez tamę strumień wody, który znalazł sobie w końcu ujście, tak ze wszystkich stron runęły podniecone, wystraszone, zdezorientowane odgłosy i okrzyki ludzi. Folko aż przysiadł i zatkał uszy; te krzyki w pierwszej chwili ogłuszyły go. Rogwolda wiele trudu kosztowało uspokojenie towarzyszy. Folko ze zdziwieniem i lekkim strachem przyglądał się wykrzywionym przez złość i zwierzęcy strach twarzom tych ludzi, o których odwadze i zdecydowaniu mógł wcześniej przekonać się sam.

- Wszystko jasne! - pryskając śliną, gorączkował się Igg. - Nie-e... Niech kto chce zostaje, ja wracam. Nie mamy tu nic do roboty, kopniemy w łopatę i nawet tego nie zauważymy opętani tymi krasnoludzkimi sztuczkami.

- Uzgodniliśmy, że idziemy do Morii, i doszliśmy! - wrzeszczał Dowbur. - Możemy się bić i biliśmy się i jesteśmy gotowi bić się z każdym, ale z żywym przeciwnikiem, jeśli tylko miecz może go sięgnąć! A z tymi podziemnymi widmami - nie, dziękuję bardzo, nasze ostrza tu się nie nadają! Może czcigodni krasnoludowie mają coś lepszego?!

- Dowbur ma rację, ma rację! - podtrzymało go kilku ludzi.

Wśród nich był również Alan, i Weort, i Reswald - najmłodsi, najodważniejsi i najzuchwalsi ze wszystkich. Po jakimś czasie podzielili się na dwie grupy - ludzie po jednej stronie, krasnoludy - po drugiej, a pośrodku - wystraszony, oszołomiony hobbit, i ponury, spokojny, poważny, stojący w dumnej wyprostowanej postawie Torin. Wydawało się, że nie słyszy tych wściekłych okrzyków swoich niedawnych towarzyszy, nie widział, jak nalały się ołowiem spojrzenia krasnoludów a ich dłonie wolno zaczęły zbliżać się do broni, szczególnie po tym, gdy Gerdin krzyknął, że nie zamierza ginąć za krasnoludzkie złoto, nie wiadomo kiedy i jak zdobyte.

- Dość tych wrzasków! - rozkazał Grolf. - Zbierajmy worki i - na koń! Nie mamy tu nic do roboty. I wy - krasnoludy - też. Jeśli chcecie - wracajmy razem!

Rogwold w milczeniu kąsał wargi, opuścił głowę, palce zaciskały rękojeść miecza. Hobbit rzucił na łowczego spojrzenie pełne błagania - Rogwold był ostatnią jego nadzieją. Tymczasem ludzie rzeczywiście rzucili się do pakowania swych bagaży, wyciągając je z furgonów. Torin, jak i poprzednio, stał w milczeniu, krasnoludowie zaczęli wymieniać zdziwione spojrzenia, widząc jego niezwykły spokój. Tymczasem Rogwold zdecydowanie podniósł opuszczoną wcześniej głowę i rzucił pełnym pogardy głosem:

- Krasnoludowie przyszli tu nie po pieniądze, czcigodny Gerdinie, a spełniając swój krasnoludzki los, i nie wolno nam podejrzewać ich o chciwość. Podziemie to ich świat, i nie zmuszali nas, żeby z nimi iść, ale z tym, co nie z powierzchni ziemi - powinniśmy walczyć my! Nieważne, kim będzie nasz wróg, skąd wyjdzie, ponieważ o ile trzewia ziemi należą do krasnoludów, to cała reszta - do nas, ludzi. Jak oderwiesz powierzchnię od wnętrza, dom od fundamentu? Nasz świat jest całością, i to, co dziś zagraża krasnoludom, jutro zwali się na nas, i powinniśmy potrafić przeciwstawić się temu. Hańba nam, Tropicielom, jeśli my, których i tak nikt nie ciągnie na dół, porzucimy tu przyjaciół, z którymi walczyliśmy ramię przy ramieniu! Róbcie jak chcecie, pokryjcie swoje imiona hańbą, ale beze mnie, zostanę tu nawet samotnie.

Rogwold zamilkł, podniósł głowę i stanął w szeregu z krasnoludami. Ludzie stojący naprzeciwko nachmurzyli się, drapali po głowach, odwracali spojrzenia, ktoś coś mruknął, ale tylko Igg zaczął się sprzeczać:

- Przemierzyliśmy z tobą wiele lig, Rogwoldzie, synu Mstara - zaczął - nie zarzucają mi więc tchórzostwa! Wyjaśnij mi tylko, jak mam walczyć z tym bladym koszmarem? Czym, skoro ja, który nigdy nie dał w boju tyłu, nie potrafię poruszyć ani ręką, ani nogą, ani nie mogę unieść miecza, ani zasłonić się tarczą, gdy TO się zbliża? Gdy zimno śmierci przenika do kości i czuję, że życie wycieka ze mnie, niczym woda z sita? I jeszcze to - dlaczego uważasz, że TO zagraża naszemu światu? Przecież zrodziło się w głębi, gdzie niepodzielnie królują krasnoludowie. To oni swoją krzątaniną wywołali tę potworność! Więc kto ma się MU przeciwstawić - my czy oni? Odpowiedz mi na to!

Igg uśmiechnął się ponuro i ciężko opadł na leżący obok niego worek.

- To coś nie mogło zabić Torina i Folka - nie odwracając od niego spojrzenia odpowiedział Rogwold. - Wynika z tego, że można MU się przeciwstawić. A co do tego, czy zagraża nam - popatrz dokoła! Czy te porzucone wsie i zarastające niwy nie są odpowiedzią?

Przez szereg ludzi przetoczyły się ciche pomruki ni to zgody, ni to zdziwienia, i Gandalf pojął, że ich zdecydowanie zaczyna się kruszyć.

- Tracimy w tej chwili czas - odezwał się zwyczajnym powszednim tonem Torin. - Tangarowie muszą iść do Wrót, ludzie - rozbijać obóz, jeśli, oczywiście, ktoś zechce zostać. Ale wszyscy i tak nie mogą zostać - czy chce się nam tego czy nie - jedna część naszej wyprawy zakończyła się i pora nam wysłać wieści do Annuminas, jak to było umówione z Namiestnikiem. Wy, ludzie, musicie sami zdecydować kto pojedzie do Stolicy, a my w tym czasie spakujemy swoje toboły.

Torin nie oglądając się za siebie ruszył do furgonów. Za nim bez słowa ruszyli krasnoludowie. Ludzie zaś znowu zbili się w ciasną gromadę, znowu dały się słyszeć ich zaniepokojone głosy, ale teraz coraz mocniej przebijał z nich wstyd. Po jakimś czasie Folko zobaczył, że Dowbur i Igg siodłają dla siebie cztery konie i przytraczają sakwy. Rogwold, usiadłszy na płaskim kamieniu, coś szybko pisał na kartce żółtawego pergaminu. Pozostali ludzie stali dokoła odjeżdżających. Nieco później podeszli do nich również krasnoludowie.

Pożegnali się spokojnie, z powagą, bez zbytecznych słów i długich pożegnalnych rad. Gońcy mieli przekazać Namiestnikowi list i opowiedzieć o wszystkim, co zaszło w drodze. Zamierzali ruszyć na północ nie Zieloną Ścieżką, a na wprost, przez opuszczony przez ludzi Eregion, a następnie wyjść na Zachodni Gościniec o kilka dni jazdy na wschód od Przygórza.

Jeźdźcy po raz ostatni pomachali pożegnalnie rękami, kopyta uderzyły w pył i po kilku minutach postacie na koniach skryły się w zieleni zdziczałych sadów. Za jakieś trzy tygodnie wieści powinny dotrzeć do stolicy Północnego Królestwa.

Reszta dnia minęła w nieustannej krzątaninie. Tropiciele wyszukali dla siebie odpowiednie miejsce w niewielkim parowie, gdzie stało kilka starych, ale mocnych jeszcze szop, i postanowili przysposobić je na mieszkanie; krasnoludowie przepakowali swoje rzeczy w worki, wywlekli z samego dna furgonów narzędzia; przygotowywali pochodnie, nie zapomniano też o długich cienkich linkach, żeby rozwijać je w ciemnym podziemnym labiryncie oraz, na wszelki wypadek - duże kawałki białego wapienia, którym można rysować znaki na ścianach. Dobre dwie trzecie prowiantu przeniosło się do krasnoludzkich worków; liczyć na to, że uda się coś upolować na dole, nie można było. Malec uparcie nie chciał rozstać się z pękatym antałkiem piwa; Torin długo usiłował zmitygować przyjaciela, w końcu splunął wściekły i machnął ręką - jeśli Malec chce nieść piwo na własnych plecach, niech niesie. Mały Krasnolud ucieszył się bardzo i nie minęły dwie godziny, jak miał gotową uprząż, założył ją na antałek, zrzucił na plecy i dość raźnie przemaszerował się z bagażem.

Wśród całej tej krzątaniny i bieganiny, pośpiesznie rzucanych pytań i poszukiwań zgubił się na chwilę Folko, syn Hemfasta, siedzący z opuszczoną głową obok swojego niewielkiego worka. Strach zawładnął nim ponownie i teraz ze smutkiem myślał o tym, co będzie robił pod ziemią, w tej strasznej i - jak się wydawało - rzeczywiście zasiedloną jakimiś widmowymi potworami Morii? Z dwojga złego wolał Mogilniki, setkę upiorów zamiast tej jednej istoty! Zabawa się skończyła, po ciele hobbita przebiegał krótki nerwowy dreszcz, chociaż dzień był ciepły. Folko patrzył na zieleń sadów i błękit rzeki - ile czasu przyjdzie mu zadowalać się widokiem czarnych ścian podziemia?

Takiego, we władzy mrocznych myśli znalazł go bez celu pętający się po obozowisku Rogwold - młodsi towarzysze nie pozwolili mu ciężko pracować. Stary setnik usiadł obok smętnego hobbita i delikatnie położył mu dłoń na ramieniu.

- Jesteś na rozdrożu, mały - powiedział ze smutnym uśmiechem setnik. Folko drgnął - głos Rogwolda zabrzmiał jak głos leciwego starca, w nim pojawiły się nieznane dotąd hobbitowi delikatne nutki. - Posłuchaj, mały, posłuchaj człowieka, który wiele widział i wiele przeżył. Nie idź tam.

Folko rzucił krótkie spojrzenie na bywałego setnika i opuścił oczy. Rogwold dokładnie odgadł jego myśli.

- Pozostaw krasnoludzkie krasnoludom - ciągnął Rogwold. - Jesteś hobbitem, ty i twoi współplemieńcy jesteście bliżsi ludziom, niż to dziwne podziemne plemię. Co ty będziesz tam robił? Jak im pomożesz? A tu jesteś nam potrzebny, bardzo potrzebny! Kto lepiej niż ty potrafi lepiej poruszać się po lesie? Kto lepiej strzela z łuku? Czekają nas tu niełatwe dni, ale i tak lżejsze niż tam, na dole... No i jeśli zginiesz tam, nigdy sobie tego nie wybaczę, synku.

Łowczy zamilkł i odwrócił twarz. Folko siedział skonfundowany, czuł się niezręcznie i niepewnie. O czym mówi Rogwold? Jakże nie chce się iść... Jednak w właśnie w tej chwili hobbit zdecydował się. Nie do pomyślenia było pozostać tu właśnie po tej rozmowie, po prostu nie można! To by znaczyło, że skazuje siebie na wieczne męki wyrzutów sumienia.

- Powinienem iść, Rogwoldzie - wykrztusił.

Wciąż patrzący gdzieś w bok łowczy drgnął.

- Cóż... - rzekł wolno. Odwrócił się do hobbita i kilka chwil patrzył mu prosto w oczy; Folko nie odwrócił spojrzenia, łowczy ponownie opuścił głowę. - Cóż, ty też stałeś się niewolnikiem słowa... - Nagle wyprostował się gwałtownie. - Ale skoro zdecydowałeś - idź. Tylko pamiętaj - wlezę wszędzie, żeby cię wyciągnąć.

Rogwold odwrócił się o pomaszerował dokądś, wysoki, wyprostowany, poważny, wcale jeszcze nie stary. Hobbit otarł pot z czoła.

Wieczorem, kiedy słońce opadło i dolina utonęła w przedwieczornym zmroku, nagle okazało się, że wszystko zostało przygotowane i krasnoludy nie mają już co robić na powierzchni. Pewien czas wszyscy stali w rozterce, wpatrując się w olbrzymie urwiska, oświetlone purpurową wieczorną zorzą; tam, szczególnie wyraźnie widoczne stały się teraz, stało kilka potężnych dębów, a między nimi znajdowały się Wrota.

- Idziemy?! - na poły pytająco, na poły twierdząco rzucił Torin.

Krasnoludowie, popatrując na siebie i cicho rozmawiając, zaczęli zarzucać na plecy potwornie ciężkie wory. Ludzie rzucili się im pomagać, na chwilę nad doliną panował lekki rozgardiasz, ale oto wszystko zostało załadowane i oddział krasnoludów zgrupował się, teraz już niecierpliwie zerkając na Torina. Ten westchnął głęboko i ciął ręką powietrze:

- Ruszamy!

Ciasną grupą pomaszerowali po drodze do Wrót. Ludzie szli obok, Folko jeszcze raz przechwycił błagalne spojrzenie Rogwolda i pośpiesznie odwrócił spojrzenie. Droga urywała się nagle. Przeszli jak pod arką, nad stykającymi się nad ich głowami koronami stuletnich dębów, i droga wbiła się w gładkie skaliste urwisko, w szarą kamienną ścianę jednego z olbrzymów Gór Mglistych. Dalej nie było drogi. Doszli.

Torin odwrócił się do Moryjskiej Ściany, uniósł prawą rękę i głośno, wyraźnie powiedział:

- Mellon!

Szarą gładką powierzchnię skały przecięły w różnych kierunkach cieniutkie srebrzyste linie, które splotły się w znany Folkowi i Torinowi wzór z gwiazdą Feanora i herbem Durina - młotem i kowadłem. Jednakże kamienne wierzeje Wrót nie poruszyły się ani o cal. Krasnoludowie osłupieli.

- Mellon! - jeszcze głośniej, z rozpaczą w głosie wykrzyknął Torin, przyciskając zaciśnięte pięści do piersi.

Rozległ się głuchy podziemny łoskot, powierzchnię kamienia w centrum rysunku przecięła wąska czarna szczelina, rysująca krawędzie skrzydeł, ale Wrota pozostały zamknięte.

Krasnoludowie zrzucili worki, zgrupowali się wokół Torina. Ludzie, zdumieni i zaniepokojeni, wymieniając niespokojne spojrzenia, półkolem stanęli za ich plecami. Ponownie i ponownie powtarzał Torin magiczne słowo, Moria odpowiadała przygłuszonym łoskotem, ale Wrota nie otwierały się. W końcu ogarnięty rozpaczą Torin odwrócił się i jak stał usiadł na kamienie, opuszczając głowę. Zaległa ciężka cisza.

W pierwszej chwili wszyscy zwrócili się do krasnoludów z Morii, ale Dwain i Gloin rozłożyli tylko ręce. Coś się stało z powstałym już w dniach Drugiej Epoki dziełem krasnoludów i elfów; droga do Morii była zamknięta.

- Może są zamknięte od wewnątrz? - nieśmiało zakłócił ciszę Dorin, jednakże Gloin pokręcił przecząco głową.

- Kiedy zasuwy są opuszczone, ten występ powinien być ukryty - jego palce dotknęły skały - a wystaje, jak zwykle. To coś innego...

- A co? - szybko zapytał Dorin.

- Kto wie, może osłabła moc elfijskiego zaklęcia?! - wyraził przypuszczenie Gloin. - Tylko dlaczego? Dwanaście lat temu, gdy opuszczaliśmy Morię wszystko było jak zwykle.

- No to co - idziemy z powrotem? - zapytał któryś z tropicieli.

Mrok gęstniał. Słońce utonęło w otulających zachodni horyzont kosmatych chmurach, nastąpił krótki południowy zmierzch, w wyrwie obłoków pokazały się pierwsze gwiazdy. Wszyscy przestępowali z nogi na nogę przed Wrotami, nie wiedząc, co przedsięwziąć, krasnoludowie zbyt dobrze znali potęgę swej twierdzy, by próbować przebić się do jej wnętrza siłą.

I nagle z szeregu krasnoludów wystąpił Hornborin. Miał skamieniałą twarz, oczy błyszczały, szedł wolno w kierunku Wrót, jak na spotkanie śmiertelnego wroga; władczym gestem wyciągnął przed siebie rękę; hobbit zobaczył złociste światło, jakim, na krótką chwilę, rozjarzył się pierścień na palcu krasnoluda. Światło rozbłysło i znikło, a Hornborin, przysiadł, jakby zwalono mu na plecy potworny ciężar, ale pociągnął rękę z pierścieniem do siebie, jakby uchwyciwszy za niewidzialną klamkę. Niezbyt głośno wypowiedział "mellon" - i nagle z trzech dziesiątków gardeł wyrwał się radosny okrzyk. Wierzeje poruszyły się i nieco rozsunęły! Szczelina rozszerzyła się i pogłębiła, a Hornborin, oblewając się potem i ocierając go rękawem, wciąż ciągnął skrzydła do siebie, pierścień na jego ręku lśnił, a czarny kamień zaczął promieniować słabym światłem. Wrota otworzyły się jeszcze trochę, w szparę można już było wsunąć palec, ale w tym momencie coś się stało z Hornborinem: nagle znieruchomiał, zachwiał... Wierzeje zaczęły się zamykać.

Trudno powiedzieć, co pchnęło do czynu hobbita w tej chwili; działał instynktownie, jak we śnie, a może po prostu niespodziewanie poczuł ciepło przenikające go przez wiszący na piersi sztylet ozdobiony błękitnymi kwiatami, i cudownym sposobem zrozumiał, że powinien coś zrobić. Coś pchnęło go w kierunku Wrót, przypadł do czarnej szczeliny całym ciałem.

Sztylet z Gundabadu sam znalazł się w jego ręku, błyszczące niebieskim światłem ostrze wśliznęło się w szczelinę, hobbit przejechał nim od góry do dołu, jakby przecinając mocną szczelną przegrodę, i Wrota znowu zaczęły się otwierać. Coraz mocniej i pewniej ciągnął je do siebie Hornborin, a w następnej chwili, gdy sztylet Folka znalazł się na poziomie oczu hobbita, coś skrzypnęło za wierzejami, szczęknęło głucho, i skrzydła rozwarły się, odrzucając i Folka i Hornborina. Gdyby hobbit stał nieco dalej, a krasnolud, odwrotnie, nieco bliżej, wierzeje zmiażdżyłyby im głowy. Jednakże skończyło się na kilku stłuczeniach i siniakach.

Krasnoludowie i ludzie zapomniawszy nawet o Wrotach, rzucili się na pomoc leżącym, jakiś czas minął na podnoszeniu i otrzepywaniu hobbita i krasnoluda; stękając i jęcząc podnieśli się w końcu, i dopiero teraz wszyscy, jak na komendę, zamilkli i odwrócili głowy. Wrota Morii ziały mrokiem niczym przepaść bez dna. Za nimi widniała wysoka arka, a dalej wszystko tonęło w nieprzeniknionej czerni.

Słowa zamarły na ustach. Ostatnia przeszkoda runęła, czas był brać się do dzieła, dla którego pokonali tę odległą i niebezpieczną drogę.

Gloin i Dwalin przekroczyli próg, płomień ich pochodni rozpędził mrok za czarną arką - stał się widoczny niewielki placyk, za nim dwoje szerokich stromych schodów - jedne prowadziły do góry, drugie w dół. krasnoludowie starannie obejrzeli rozwarte wierzeje od środka i nie znaleźli niczego szczególnego; nie wiadomo był nadal, co przeszkodziło Wrotom w otwarciu się.

Krasnoludowie popatrzyli po sobie. Przed nimi było otwarte wejście do Czarnej Otchłani. Przełożyli przez ramiona pasy ciężkich tobołów, trzeszczały rozpalające się smolne pochodnie. Krasnoludowie stłoczyli się na progu, ludzie nieco cofnęli się i między tymi dwoma grupami legła ta niewidzialna, ale wyraźnie wyczuwalna krecha, która zawsze w ostatniej chwili dzieli odchodzących i pozostających. Nagle Rogwold zrobił gwałtowny krok naprzód, pochylił się i w milczeniu objął hobbita, mocno przycisnął do piersi i puścił.

- Pilnuj się - cicho powiedział stary setnik, gwałtownie wyprostował się i wycofał.

Folko przez chwilę dreptał w miejscu przed progiem Morii, ale w tym momencie Torin wysoko uniósł syczącą, tryskającą iskrami pochodnię i pewnie ruszył pod pierwsze sklepienie, za nim ruszyli pozostali, Folko szedł na końcu. Torin i Gloin z Dwalinem zaczęli wchodzić po stopniach, a hobbit obejrzał się ostatni raz.

W czarnym półowalu okalającej Wrota arki, zalanej ostatnimi promieniami zachodu, w szarym świetle nadchodzącej nocy, w ciasnej grupie stali Tropiciele, unosząc ręce w ostatnim pożegnalnym geście. Rozstawali się - na ile? Kto wie, jak długo potrwają ich podziemne wędrówki?

Hobbit potknął się o pierwszy stopień i pośpiesznie odwrócił się - tu nie można było się gapić się na boki. Zaczęło się długie podejście, stromiznę którego potęgował ciężki worek na plecach. Hobbit przygiął się, usiłując wygodniej rozłożyć ciężar na plecach - odciągał szelki rękami, korzystając z tego nie dostał pochodni. Musiał natomiast trzymać się blisko pełgającej plamy światła z pochodni idącego przed nim Brana. Najpierw Folko nie myślał o niczym - zaczął liczyć stopnie i sapał, oblewając się potem, zapomniawszy na jakiś czas o wszystkich swoich lękach.

Jednak schody skończyły się i krasnoludowie stanęli przed długim łukowatym korytarzem, wkroczyli doń. Szli w milczeniu, tylko z przodu, od czasu do czasu dochodziły ciche głosy Gloina i Dwalina, wymieniających jakieś niezrozumiałe uwagi. Folko teraz maszerował przedostatni - chwilę wcześniej Bran obejrzał się i nachmurzywszy przepuścił hobbita przed siebie. Wkrótce minęli pierwsze rozwidlenie, w świetle pochodni Folko zobaczył odchodzące jednym marszem w dół, drugim w górę schody. W głębi za nimi majaczyły ledwo widoczne zarysy nowych korytarzy. Chwilę potem owionął ich słaby, ale wyczuwalny strumień chłodnego powietrza - Folko przypomniał sobie, że w skałach nad Morią wyrąbane zostały liczne szyby wentylacyjne. Na razie szli szlakiem Drużyny Pierścienia, pamiętając opis z Czerwonej Księgi Folko zdziwił się, dlaczego na ich drodze nie ma szczelin, których tak się bał Peregrin. Od czasu do czasu skądś z dołu dochodził ich plusk wody, płynącej w niewidzialnych chodnikach: raz przeszli po prawdziwym moście, przerzuconym przez głęboką jaskinię, sufitu której nie sięgało światło pochodni. Z ciemności z obu stron ciągnęło niezbyt przyjemnym zapachem. Uwadze hobbita nie uszedł pobrzmiewający w niewyraźnie wypowiedzianych przez Gloina słowach niepokój.

Jak i zapowiadała Czerwona Księga, tunel łagodnie skręcił i zaczął wyczuwalnie się wznosić, na dodatek zaczął się rozgałęziać. Zwolnili, Folko zauważył, że prowadzący drużynę moryjczycy częściej zatrzymują się na rozwidleniach, a zamykający pochód Rna od czasu do czasu robi znaki na ścianach. Sam hobbit, mimo że jego lud przywykł do życia pod ziemią, dawno zginąłby w tym nie mającym końca labiryncie, z trudem utrzymywał w myślach kierunek - najpierw szli na północ, teraz zaczęli skręcać na wschód.

Porównując widziane w skąpym świetle smolnych pochodni z wyczytanym w Czerwonej Księdze, Folko kolejny raz przekonał się, jaki ogrom pracy i starań włożyli krasnoludowie, żeby załatać wszystkie szczeliny, wyłożyć wszystkie podłogi gładkimi płytami i przekształcić ponure niegdyś pieczary w sale, o sufitach błyszczących górskimi kryształami. Minęli amfiladę takich sal, chyba pięć, całkowicie jednakowych, jak na niewprawne hobbicie oko. Nieoczekiwanie drużyna skręciła z szerokiego korytarza i zaczęli wspinać się po stromych schodach. Zeszli ze szlaku Drużyny Pierścienia i szli pod górę.

Podejście trwało długo. Składające się z wielu marszy schody wiły się w ciele góry. Z każdego placyku oddzielały się wciąż nowe i nowe przejścia, wąskie i kręte. Ciężar na plecach hobbita, wydawało się, rósł w oczach. Oczy zalewał mu żrący pot, szelki werżnęły się w ramiona; hobbit niespodziewanie zatoczył się w bok i zrozumiał, że dziś już daleko nie zajdzie.

Jednakże krasnoludowie zauważyli to i natychmiast zarządzili postój. Zatrzymali się na jednym z balkonów, z którego odgałęział się i ginął w nieprzeniknionym mroku wąski, niedbale obrobiony korytarz. Kilka kroków od balkonu zakręcał, światło pochodni oświetlało szarą powierzchnię zaokrąglających się przy podłodze i suficie ścian. Gloin i Dorin poszli na zwiady, wkrótce wrócili; moryjczyk wyglądał na zadowolonego.

- Trafiliśmy akurat tam, gdzie należało - powiedział siadając. - To jedne ze schodów prowadzących z Pierwszego Poziomu na Siódmy. Siódmy Poziom był zamieszkały, jak i Szósty. Sztolnie zaczynają się pod Pierwszym. A te balkony, czyli spoczniki, to odgałęzienia do magazynów. Musimy wejść na Siódmy Poziom i dojść do Komnaty Kronik - teraz się znajduje obok mogiły Balina, syna Fundina.

Folko usiłował wyobrazić sobie, gdzie to się znajduje, ale nie potrafił; z Czerwonej Księgi wynikało, że Drużyna Pierścienia szła do Komnaty Kronik dwa dni, oni natomiast szli dopiero kilka godzin.

Zapadła cisza. Szczerze mówiąc, hobbit oczekiwał jakichś uroczystych, pasujących do okoliczności przemówień Torina, Gloina czy Hornborina, jednakże krasnoludowie tylko zrzucili z ramion worki, porozkładali się pod ścianami i zapalili. Folko wiercił się niecierpliwie, a jego towarzysze wyglądali, jakby weszli nie do wielkiego Moryjskiego Królestwa, Khazad-Dumu, a do jakiejś mizernej oberży gdzieś między Przygórzem i Mglistymi Górami. Ktoś rozwiązał i puścił w koło zawiniątko z suszonymi owocami, ktoś odszpuntował manierkę. Folko już zamierzał zapytać Hornborina o to, co pomogło mu otworzyć wierzeje, gdy nagle, przypadkowo popatrzywszy w dół, w czarną głębię wydającej się nie mieć dna sztolni schodów, za krawędzią drżącego światła pochodni, zobaczył wolno unoszące się do góry błękitnawe lśnienie, zimne, podobne do nieoczekiwanie ożywionej i pełznącej do góry studziennej wody. W tej samej chwili, zapomniawszy o wszystkim, wrzasnął rozpaczliwie i rzucił się w bok, nic już nie widząc i nie rozumiejąc. Jego wola zgasła, ślepy bezkształtny strach pogonił go przed siebie zanim zrozumiał czego się boi... Przed oczami mignęły ściany korytarza, jeszcze kilka chwil i hobbit z całego rozpędu uderzył piersią w kamienne drzwi, zamykające przejście. Nogi odmówiły posłuszeństwa, opadł na szorstką podłogę i zwinął się w kłębek, osłaniając rękami głowę. Czyjeś ręce podchwyciły go, jakieś głosy rozlegały się dokoła - Folko niczego już sobie nie uświadamiał. Ktoś przyłożył mu do czoła dłoń, poczuł się nieco lepiej; przemykające przed oczami z ogromną prędkością jakie niezrozumiałe sceny ustąpiły miejsca ponurym sklepieniom korytarza i zaniepokojonemu obliczu pochylonego nad nim Torina.

- Tak, znowu coś z Głębin - odpowiadając na niezadane pytanie szybko wyszeptał krasnolud.

Dłoń Torina przesunęła się na tył głowy hobbita, więc teraz Folko mógł się rozejrzeć. Paniczny strach powoli zanikał, ale dłonie Folka nadal drżały. Z trudem odwrócił głowę. Gloin i Dwalin już otworzyli drzwi, o które walnął z rozbiegu hobbit, za nimi pochodnie skąpo oświetlały przestronne puste pomieszczenie z niskim sufitem. Hobbit z trudem przeniósł wzrok na spocznik - dokoła niego zgrupowali się gotowi do walki przyjaciele, a na samym końcu korytarza stał Hornborin, z wysoko uniesioną pochodnią i opuszczonym toporem w drugiej. Lśnienie znikło, ale strach, który zeszklił również oczy znajdującego się obok hobbita Malca, nie mijał tak szybko.

Minęło sporo czasu, zanim opanowali się po tym wydarzeniu. Nie wdając się w długie rozmowy Gloin i Dwalin szybkim krokiem poprowadzili wszystkich do góry po tych samych schodach - Hornborin zamykał teraz pochód, a wszyscy krasnoludowie zerkali na niego z zainteresowaniem, szacunkiem i pewną bojaźnią.

Naliczyli niemal trzysta stopni prowadzących do góry zanim schody nieoczekiwanie skończyły się. Pod hobbitem uginały się kolana, ale za żadne skarby nie zgodziłby się teraz zatrzymać się na popas tu, przy tej mrocznej przepaści, w której nurzały się nie mające końca schody. Wyszli na szerokie i wysokie przejście, i, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, hobbit odkrył, że ciemność tu nie jest tak nieprzenikniona jak na niższych poziomach. Przestronną galerię zalewało miękkie różowe światło zachodu słońca; okazało się, że gdzieniegdzie w skałach wyrąbane są okna. Drużyna ruszyła korytarzem na południe, jak zrozumiał Folko - wzdłuż krawędzi Moryjskich Skał. Z lewej strony co i rusz napotykali puste sale, ciągnęły się szeregi niskich kamiennych drzwi, w galerii natrafiali na zręcznie obrobione ławki, Liczne drzwi prowadziły do mieszkalnych komnat. Drużyna zajrzała do jednej.

Pochodnie oświetliły przestronną komnatę z wysokim sufitem; wspaniale obrobione skamieniałe strugi, zwisające z sufitu, wydawały się być bajkowymi potworami, które nagle wysunęły z kamieni swoje połyskujące w świetle głowy. Pokryte misternymi wzorami białe płyty kontrastowały z szarymi o czarnych żyłkowaniem. Wysoko nad drzwiami widniało wąskie łukowe okno. Wzdłuż ścian ciągnął się szereg głębokich nisz; pośrodku stał duży kamienny stół, jego blat był rozłupany i duży jego fragment leżał na podłodze obok. Nisze wypełniały stosy porzuconych w pośpiechu ubrań wymieszanych z narzędziami, miednicami, kuframi, drewnianymi ławkami i krzesłami - połamanymi, jakby ktoś w szale tłukł nimi o ściany. Gliniane garnki i szklane naczynia stały się pod czyimiś ciosami nieforemnym szklanym kruszywem, dywany, którymi niegdyś były nakryte kufry zostały pocięte na drobne kawałki, a ciemnopurpurowe strzępy porozrzucane po całej jaskini.

Oszołomieni odkryciem krasnoludowie przemierzali pomieszczenie od ściany do ściany - w każdej z nisz zastając ten sam widok. Ktoś znalazł stertę dziecinnych rozbitych dziecinnych zabawek - rozdeptane odłamki glinianych i drewnianych lalek i ze szczególną nienawiścią połamane na kawałki małe miecze i tarcze.

Gdyby zajrzeli do jaskini tylko od progu pewnie odeszliby spokojnie, uznawszy, że bałagan w komnacie jest wynikiem pośpiesznej ucieczki. Jednak teraz wszystkie wątpliwości zniknęły - zła, tępa i mściwa wola, skorzystała z nieobecności gospodarzy i okazała swą do nich nienawiść niszcząc naczynia i niewinne zabawki. W ten sposób pokazała też swoją obecność.

Krasnoludowie, z poszarzałymi twarzami, ciężko oddychający z gniewu, sprawdzali jedną jaskinię po drugiej - wszędzie chaos, pogrom, zniszczenia...

Tymczasem nad Śródziemiem zamknęła się kurtyna lekkiej letniej nocy, światło w galerii zgasło całkowicie. Znowu zapalono pochodnie, ale postanowiono, że dzisiaj już nie pójdą do zachodniego odgałęzienia Północnego Skrzydła, gdzie znajduje się Komnata Kronik. Wyszukawszy niewielką przytulną jaskinię ze sklepionym sufitem, który podtrzymywany był szeregiem rzeźbionych kolumn, urządzili się na nocleg. Znalazł się tu i stół, i szerokie skrzynie z płaskimi wiekami, które mogły służyć za łoża, a - co najważniejsze - obok w galerii pod kamiennym misternie rzeźbionym daszkiem biło ze skały źródełko. Struga kryształowo czystej wody, od zimna której trzeszczały zęby, spadała w kamienną misę, skąd brał początek wyłożony białym kamieniem wodociąg, znikający w kamiennych trzewiach gór, płynąc dokądś w dół, na niższe poziomy.

Rozpalili ogień i zjedli w pośpiechu, potem zalali płomień, który mógł zdradzić ich obecność. Pochodnie zgaszono - w ciemnościach słabo migotał znaleziony wcześniej przez Malca miedziany kaganek, zalany olejem z cudem ocalałej butli. Były to jedyne dwa ocalałe przedmioty, znalezione przez nich wśród odłamków.

Kamienne drzwi zamknięto od środka ciężką stalową zasuwą - jak wyjaśnił Gloin, zwyczaj zamykania wewnętrznych drzwi zrodził się po pierwszych oznakach niepokoju na Głębokich Poziomach. Potem przysunęli bliżej do siebie kufry i zaczęli nieśpieszną rozmowę - mieli o czym rozmawiać.

Po pierwsze, wszyscy krasnoludowie, jakby runęła powstrzymująca ich ciekawość tama, zarzucili gradem pytań hobbita i Hornborina, próbując wyjaśnić, co się stało w dotąd bezbłędnie działającym mechanizmie Wrót. Hornborina zmuszono do pokazania pierścienia.

- Opowiadaj wszystko, Hornborinie - położył mu rękę na ramieniu Dorin. - Coście tam przy Wrotach z Fokiem wyczyniali?

Zadał pytanie wesołym tonem, ale hobbit wyraźnie wyczuwał w jego głosie napięcie kryjące się w uśmiechu, Hornborin rozłożył ręce i, jakby dostosowując się do gry Dorina, odpowiedział przygnębionym tonem:

- Cóż, widzę, że niczego się przed wami ukryć nie da. Będę musiał do wszystkiego się przyznać i liczyć na wasze miłosierdzie. Wszystko przez ten pierścień!

Dokoła wszyscy zamilkli. Folko poczuł chłód w piersi, na jego oczach odżywała Czerwona Księga!

Hornborin drgnął, pogłaskał brodę, jakby zbierają myśli. Ostrożnie zdjął Pierścień z palca i położył w centrum stołu. Hobbitowi wydało się, że mrok na mgnienie oka zniknął, znikły ściany, i góry stały się przeźroczyste jak szkło, jakby patrzył przez kamień, widząc jednocześnie cały olbrzymi splot moryjskich korytarzy; tylko najgłębsze poziomy zakrywała purpurowa zasłona. Tu, na górze, wszystko nagle wydało się od dawna znajome, zamieszkałe i bezpieczne - na dole zaś królowała wściekła nienawiść.

Folko nie zdążył zastanowić się nad wszystkimi swoimi widzeniami, zbyt szybko wszystko przemknęło; w tej chwili wpatrywał się w pierścień, w głębinach czarnego kamienia ledwo widoczna była drobniutka iskierka, jakby blask bardzo odległego paleniska. A Hornborin mówił i jego słowa składały się w bajkową opowieść, i przeszłość stawał się jawą, odżywała przed oszołomionym hobbitem...

Hornborin otrzymał pierścień od swojego ojca, ten, z kolei, od dziadka. Umierając, stary krasnolud kazał usunąć się wszystkim stojącym przy łożu śmierci, zostawiwszy tylko Hornborina, swego starszego syna. I ojciec opowiedział Hornborinowi, że jego dziad był jednym z tych nielicznych zuchwałych krasnoludów Gór Mglistych, którzy chadzali na Dol Guldur z elfami - władcami Lorien, kiedy Pani Galadriela zburzyła na pył miry mrocznej twierdzy Nazgulów. Ciekawscy krasnoludowie następnego dnia po zwycięstwie poleźli na gruzy pogapić się na resztki; wśród zburzonych ścian dziad Hornborina, naonczas jeszcze zupełnie młody krasnolud, zobaczył czarne wejście do jakiegoś podziemia i długo się nie zastanawiając, wlazł weń. Przez dziury w dachu do wnętrza przenikało światło, a na podłodze wśród odłamków zauważył wspaniały, błyszczący jak gwiazda pierścień. Nie potrafił oprzeć się pokusie i podniósł go, a włożywszy na palec nie potrafił go już zdjąć. Jednakże Królowa nie mogła nie zauważyć jego znaleziska i, według ojca Hornborina, powiedziała dziadowi, że jego zdobycz jest, być może, jednym z siedmiu krasnoludzkich Pierścieni, dokładniej - jednego z trzech ocalałych, ponieważ pozostałe cztery zniszczyły smoki. Trzy zachowane wpadły w ręce Nienazwanego, i nikt nie wie, jak i do czego ich użył. Ze słów Galadrieli wynikało, ż że pierścień Hornborina kiedyś należał do Throra, jednego z ostatnich władców Królestwa Pod Górą, władcy Samotnej Góry. Jego wnukiem był osławiony Torin Dębowa Tarcza - towarzysz Bilbo Bagginsa!

- Kto wie, jak to było naprawdę - ciągnął półgłosem Hornborin. - Kto wie, jak w rzeczywistości wszystko to się odbyło, ale, tak czy inaczej, prze długie lata nosiłem ten pierścień i nie zauważyłem w nim niczego szczególnego. Znam to stare elfijskie zaklęcie: "Trzy pierścienie dla królów elfów pod sklepieniem nieba. Siedem - dla krasnoludów, królów w kamiennej koronie. Dziewięć - ludziom, tym, co zginą wraz ze swym ludem, a Jeden dla Władcy na przeklętym tronie..." I to, co dalej o Mordorze. Ale Trzy Elfijskie, trzy najpiękniejsze Pierścienie straciły swą moc, a ich właściciele odeszli na Zachód. Zapewne, uznałem, że straciły moc również Pierścienie Krasnoludów. Ale okazało się, że nie... - Rozłożył ręce. - A pod Wrotami jakby mnie nagle coś użądliło. - Pokręcił głową, siląc się wypowiedzieć niewypowiedziane. - Ciągnąłem na siebie Wrota, jak za linę... ledwie mi sił starczyło, a bez hobbita w ogóle bym nie dał rady. Coś ty zrobił, Folko?

- Poczekaj z hobbitem, najpierw wyjaśnijmy co z pierścieniem? - marszcząc czoło stuknął dłonią w stół Torin. - Jeśli to jest naprawdę Pierścień Krasnoludów, to jaką on ma moc? I jeszcze jedno - kto i kiedy je wykuł? Wróg? Czy nie? Śmiertelny, nałożywszy jeden z pierścieni powinien stać się niewidzialny... A tu co? Ale najważniejsze - czyich rąk to dzieło? Jasna czy ciemna wola je stworzyła?

- Czyjakolwiek - pierścień okazał swą moc - zauważył Wjard. - Jeśli to jeden z Siedmiu - kto wie, czy nie z powodu bliskości do serca naszego świata, świata tangarów, odżyła w nim jakaś część jego starej mocy?

- Ale na czym polegała ta moc? - ściskając głowę rękami odpowiedział pytaniem na pytanie Hornborin. - W żadnej z naszych legend nie mówił się o jego mocy!

Zapadła cisza. Bezszelestnie płonął płomyk w kaganku, w ciemnościach ledwo można było dojrzeć twarze najbliżej siedzących. Hornborin odezwał się ponownie:

- Kiedy z dołu zaczęło się podnosić ta sinica i poczułem się nieswojo, pomyślałem nagle, że mogę jakoś się temu przeciwstawić. Kiedy wszyscy uciekli, ja zostałem, chociaż w środku dygotałem, po prostu stałem, a lśnienie nagle zatrzymało się, zaczęło opadać i znikło. Wtedy zrozumiałem, że to znowu sprawa pierścienia. Nie poczuliście jak rozwiało lęk?

- Słusznie - po chwili namysłu skinął głową Torin. - Cóż, przyjaciele, to dobry znak! - Krasnolud wyprostował się. - Odżyła część naszych starach sił - więc niech posłużą nam za tarczę przeciw Koszmarowi Głębin, przeciw Demonowi Mocy! A przecież co nieco ma jeszcze hobbit! Bez niego Wrota by się nie otworzyły! Jak tego dokonałeś?

Hobbit opowiedział jak było. Sztylet zaczęli oglądać wszyscy, a Folko niespokojnym i bezmyślnym spojrzeniem wodził po oglądających go krasnoludach - gdy tylko zdjął sztylet, poczuł się znacznie dziwnie nieswojo. Krasnoludowie cmokali, drapali paznokciami po klindze, wyginali sztylet i zwrócili go Folkowi skonfundowani. Jak i ci nieliczni, którzy widzieli sztylet w nocy po spotkaniu Folka i Torina z Olmerem, nikt niczego nie potrafił powiedzieć.

- Wrota jakby czyjaś wola trzymała - powiedział w zamyśleniu Gloin, podając hobbitowi sztylet. - Chciałbym wiedzieć czyja...

- Zejdziemy na dół to się dowiemy - rzucił zdecydowanie Torin. - A co powiecie o tym? - Wykonał ręką kolisty gest, wskazując niewidoczne w mroku ściany.

- Tylko jedno - mamy tu w Morii wroga - bez wahania rzucił Dwalin. - Czujemy cudzy zapach od chwili gdy wkroczyliśmy na Most Durina, a teraz wątpliwości nie mamy - tu harcowali orkowie!

Wszyscy rozumieli, że nie można schodzić na Głębokie Poziomy mając za plecami mocnych i licznych nieprzyjaciół. Po długich sporach postanowiono, że będą korzystali z tajnych przejść. Rozmowy mogłyby się ciągnąć bez końca, ale zaprotestował przeciwko temu Malec:

- Wystarczy już! Noc minie, ranek poradzi - ziewnął szeroko. - Lepiej kładźmy się spać, rano poszperamy po innych poziomach - może jeszcze coś zobaczymy? A teraz, jeśli jeszcze raz ziewnę to rozerwę sobie gębę aż do uszu. Róbcie, co chcecie, ale ja się kładę.

Krasnoludy krzątali się jeszcze przez chwilę i ułożyli się do snu. Balin i Skidulf stanęli na warcie w zewnętrznym korytarzu. Folko wiercił się chwilę na twardym kufrze, póki czarna pustka nie połknęła i jego.

Noc minęła spokojnie. Czterokrotnie zmieniały się straże, i nie na próżno - przed świtem Gloin i Hornborin zauważyli ognik pochodni w odległym końcu korytarza, niosący pochodnię skręcił w jedną z licznych poprzecznie prowadzących galerii, Sądząc po beztrosce tego, kto tam był, albo nikt nie wiedział jeszcze o obecności krasnoludów, albo manewr Gloina i Dwalina zbił z tropu przeciwników, którzy mogli sądzić, że drużyna od razu poszła w dół. Trzeba było to wykorzystać, im prędzej tym lepiej.

Krasnoludy gorączkowo uzbrajali się, ostatni raz sprawdzali osadzenie toporów i siekier, wytrzymałość czekanów i buzdyganów, wytrzymałość łańcuchów w kolczastych kiścieniach. Każdy z nich, nie żałując pleców, taszczył na sobie masę broni, i teraz twarze przyjaciół Folka znikały za stalowymi przysłonami hełmów, długie koszule z kolczug w których gęsto umocowane zostały żelazne, zachodzące na siebie płyty, przypominając z tego powodu rybią łuskę, przykryły ich piersi. Niektórzy mieli nawet niewielkie okrągłe tarcze. Uzupełniwszy ekwipunek o gruby pęk pochodni, zamknęli drzwi do swojego czasowego schronienia, a Gloin schował klucz. Wyciągnąwszy się w długi łańcuch, ruszyli na północ, tam, gdzie migotał w nocy ogień cudzej pochodni.

Na czele maszerował Gloin, obok niego - Hornborin, Torin i rwący się do boju Dorin; zamykali pochód Bran, Balin i Dwalin. Folko znalazł się w środku obok Skidulfa i Strona. Za plecami hobbita rozlegało się lekkie sapanie Malca.

Pokonywali korytarze krótkimi przebieżkami z jednego ukrycia do drugiego; Folko trzymał w pogotowiu łuk, kilku krasnoludów miało napięte kusze. Tak minęło pół godziny; niebo na zachodzie pozostawało jeszcze szare, ale do galerii wpadała wystarczająca do marszu ilość światła.

Wkrótce skończyły się mieszkalne jaskinie, pojawiły się obszerne sale na przemian z czarnymi odgałęzieniami korytarzy. Krasnoludy podwoili środki ostrożności, Gloin i Torin po kolei przypadali uchem do podłogi, zamierali na długą chwilę, a pozostali stali wstrzymując oddech, nie mówiąc o poruszeniu stopą. Po którymś nasłuchiwaniu Gloin oświadczył, że słyszy słaby odgłos kroków - na Szóstym Poziomie, pod nimi.

- Idziemy na dół - rzucił. - Dwalin, gdzie jesteś? Chodź tu, trzeba znaleźć Schody.

- Bardziej na prawo, na prawo - oślepłeś, czy co? - zrzędliwie odezwał się Dwalin. - Naciśnij, tę czarną żyłkę...

Gloin w milczeniu przejechał ręką po skale, rozległo się ciche skrzypienie i płyta opadła, odsłaniając wyjście na wąskie strome schody. Krasnoludy pojedynczo wsiąkli w czerń.

- Nie zapalać pochodni - uprzedził Gloin. - Trzymajcie się ścian, tu nie ma nisz.

Hobbit naliczył dobrą setkę stopni, zanim poczuł na twarzy słaby, ale świeży podmuch; schodzenie skończyło się, weszli do dużej sali, słabo oświetlonej światłem z jedynego okna tuż pod sklepionym sufitem. Stąd wychodziło pięć korytarzy. Gloin i Dwalin rzucili się do ciemnych wejść. Po kilku sekundach Dwalin przywołał machaniem ręki towarzyszy.

- Idą tu - wyszeptał przerywanym głosem. - Nie mają gdzie uciec, tu zbiegają się wszystkie przejścia tego części Poziomu.

- Rozejdźcie się! - polecił Torin. - Jeśli jest ich dwudziestu-trzydziestu - uderzamy, jeśli więcej - przepuszczamy. Malec! Trzymaj się bliżej Folka!

Torin chciał coś jeszcze powiedzieć, ale z głębi korytarza rozległo się wyraźne tupanie i krasnoludy pośpiesznie ukryły się. Hobbit migiem sprawdził cięciwę i wyjął dwie strzały z kołczana.

Minęło kilka męczących minut; Folko widział twardy bojowy ogień w oczach przyczajonego obok Malca. Pozostałe krasnoludy przywarły do granitowych ścian sali, znikli w szarej mgle; ani skrzypnięcia, ani błysku światła. A na podłogę tym czasem padły pierwsze odblaski światła pochodni, a po krótkiej chwili czoło oddziału orków - a byli to właśnie orkowie - pokazało się z korytarza. Folko widział ich po raz pierwszy i na króciutką chwilę zapomniał o wszystkim, wpatrując się w odwiecznych sług Mroku szeroko otwartymi oczami.

Wysocy, barczyści, długoręcy, orkowie szli bezładną kupą, wszyscy z tarczami i krzywymi jataganami, w niskich rogatych hełmach, różniących się od krasnoludzkich, wysokich i szczelnych; szerokie, płaksie twarze orków były odsłonięte. W skąpym świetle nie dało się dokładnie obejrzeć ich ubrań. Orków było nieco więcej niż dwudziestu.

- Haza-ad! - uleciało pod sufit i odbiło się od niego dźwięczne zawołanie krasnoludów Północnego Świata.

W tej samej sekundzie ściany, zdało się, wypchnęły ze swych głębin starych gospodarzy Khazad-Dumu, i stare skały ponownie, któryś już raz, usłyszały dźwięczny szczęk szabel orków i krasnoludzkich toporów.

Jaskinia od razu wypełniła się potwornymi wrzaskami i piskami; krasnoludy rzuciły się do ataku w milczeniu. Pojawiwszy się ze wszystkich stron naraz zbijali orków w ciasną grupę, spychając ich do kąta sali bez wyjścia.

Otrząsnąwszy się z zaskoczenia i widząc, że Malec już rzucił się do przodu, Folko puścił cięciwę. Duży ork z pochodnią uderzył głową w podłogę. Hobbit nie widział, co się dzieje z innymi krasnoludami; widział tylko Malca.

Otoczeni orkowie bili się z zawziętością, jakiej Folko nie oczekiwał od tego plemienia, ale dzisiaj bój był wyrównany, jeden na jednego, dzisiaj los sprzyjał krasnoludom - mistrzom pojedynków, a orkowie nie zdążyli ustawić swojej ściany tarcz.

Hobbit naciągał cięciwę elfijskiego łuku z taką częstotliwością, jakiej wymagało znalezienie celu. Ani jedna strzała nie marnowała się, wszystkie znajdowały dla siebie żer. Malec, z mieczem w jednej ręce i dagą w drugiej, nie dopuszczał blisko hobbita orków, którzy szybko zauważyli strzelającego bez pudła łucznika. Dziwne uczucie ogarnęło Folka - jego umysł cudownym sposobem przejaśnił się, teraz wszystkie decyzje podejmowane były szybko i łatwo. Jego wzrok wyszukiwał kolejnego orka, określał poprawkę, a jednocześnie widział, jak błyszczy miecz w ręku Malca: oto ork, zasłaniając się tarczą, macha jataganem, ale ruch dagi, szybki, błyskawiczny, odchyla ruch wrażej klingi - Malec zwija się, nurkuje niemal pod tarczę wroga i niemal leżąc uderza z dołu do góry, przebijając orka swoim długim prostym mieczem, i natychmiast zrywa się, a jego miecz paruje cios kolejnego wroga, a daga już mknie w wypadzie i ork nie zdąża podstawić tarczy... A już z prawej pojawia się kolejny przeciwnik, Malec dopiero odwraca się do niego, ale ten wali się z charkotem mając strzałę hobbita w gardle...

I nagle wszystko się skończyło. Krasnoludy znieruchomiały - wrogów już nie było, na podłodze sali leżały nieforemne grudy ciał orków, ciemna krew, nie krzepnąc, rozlewała się po wypolerowanej posadzce.

Folko opuścił łuk. Co z przyjaciółmi? Czy wszyscy cali? Długo nie mógł policzyć krasnoludów. Ale nie, cała czternastka w zdrowiu, wszyscy stoją na nogach...

- Ech, brodacze, cośmy narobili! - nagle wrzasnął rozeźlony Torin zrywając hełm. - Położyliśmy wszystkich, a kogo będziemy przepytywać? Zabawiliśmy się, nie ma co! Dorinie! Przecież wrzeszczałem do ciebie - wystarczy! Ale ty nie, musiałeś tego ostatniego do ściany przyprzeć i łeb mu ściąć! Przesłuchalibyśmy, a potem byś sobie ciął...

- No to co teraz zrobimy?! - podszedł do Torina Gloin, w marszu wycierają ostrze topora. - Niedaleko stąd jest sztolnia - do samego dołu, do Siódmego Głębinowego -może tam ich?

Dorin, z oblicza którego nie zniknął jeszcze bojowy zapał, zdjął hełm, wytarł mokre czoło, i pochylił się nad ciałem jednego z orków, przywołując znakami resztę. Folko nagle poczuł, że jest mu niedobrze, szybko odwrócił się nie mogą patrzeć na wroga z przepołowioną głową. Dotarły doń słowa przyjaciół:

- Dlaczego bez pancerza?

- Wszyscy? A ten, zobacz, co ma na plecach? Bracia, oni kolczugi nieśli w workach!

- Nie oczekiwali nas, znaczy - rozległ się głos Torina. - Ho! A co tu mają na tarczach? Folko, chodź-no tu!

Hobbit starając się nie patrzeć na trupy orków podszedł do przyjaciela. Torin stał w środku grupki krasnoludów, trzymając w wyciągniętej ręce okrągłą orczą tarczę z pokiereszowanym czyimś toporem brzegiem.

- Popatrz na znak - szarpnął hobbit za ramię Dorin.

Hobbit popatrzył i jęknął - na tarczy wyrysowano tak dobrze mu znany jeszcze z Czerwonej Księgi topornie namalowany wizerunek Purpurowego Oka Barad-Duru! Opanowawszy się po chwili zmieszania, hobbit wyjaśnił przyjaciołom co kiedyś oznaczał ten znak. Nastąpiła cisza.

- Oto jest odpowiedź na twoje pytanie, bracie hobbicie - rzekł Gloin. - To są potomkowie mordorskich orków. Pewnie ktoś z tego osławionego plemienia uniknął zemsty i gdzieś się ukrył w sekretnych legowiskach przez te lata. Ale jak szybko się zwiedzieli! Sami się dowiedzieli czy ktoś im otworzył oczy?

- Pytaj mnie jeszcze - mruknął w odpowiedzi Torin. - Teraz będziemy musieli znowu ich tu wyłapywać! A właśnie - po co im broń, skoro Moria jest pusta od tak dawna?

- Wygląda, że nie jest taka pusta, jak nam się wydawało - rozglądając się na boki, rzucił Hornborin. - Musimy się dowiedzieć, kogo tu jeszcze licho przyniosło!

- Pogadamy o tym później - wtrącił się rozzłoszczony Tror. - Co z nimi zrobimy?

- Do szybu, tak myślę - rzucił Torin. - Bierzmy się, tangarowie. Nie kręćcie nosami!

Krasnoludowie szybko przetaszczyli stertę orczych ciał do odgrodzonego niskim parapetem czarnego otworu, z którego wiało suchym podziemnym upałem. Gloin wciągnął powietrze nosem.

- Na Siódmym Głębinowym po staremu - zakomunikował przyjaciołom. - Żar z Płomiennych Oczu, jak zwykle... A kuźnie wygaszone.

- No to co - zrzucamy? - zapytał rzeczowo Bran, odwracając się do zamyślonego Hornborina, stojącego obok, ze skrzyżowanymi na piersi rękami.

- Zrzucaj, nie mamy na co czekać! - krzyknął ze złością Torin.

Ciała orków, jedno po drugim, poleciały w ciemność; uważnie wsłuchujący się Folko nie usłyszał odgłosu upadających ciał.

Drużyna wróciła do sali, w której spędziła noc, krasnoludowie pośpiesznie spakowali pozostawione tam rzeczy. Dłużej nie mieli po co zatrzymywać się na górnych poziomach. Po drodze do sypialni Gloin przypomniał sobie, gdzie znajduje się wejście do Tajnej Galerii i teraz czekała ich niełatwa trzydniowa droga do wschodnich rubieży Morii.

- Jak tam topór, Torinie? - zapytał przy okazji Folko przyjaciela, kiedy obładowani wychodzili już na korytarz, a Torin nie odzywając się pokazał hobbitowi zaciśniętą pięść - co u krasnoludów było oznaką najwyższego zaufania do broni.

- Idziemy do Sali Kronik, jak się umówiliśmy - oznajmił Torin, kiedy wszyscy wyszli i drzwi zostały zamknięte. - Po drodze będziemy nasłuchiwać - jeśli zobaczymy kogoś, trzeba będzie popracować toporami! Bardzo nam jest potrzebny język.

Tajna Galeria okazała się rzeczywiście tajną. Wejście do niej zamykały zlewające się z tłem kamienne wierzeje, które otworzyły się, gdy Gloin nacisnął ręką nieznaczny występ przy samej podłodze. Wewnątrz panował nieprzenikniony mrok. Krasnoludowie poprawili worki na plecach, odchrząknęli, łyknęli piwa z beczułki Malca i bez dłuższych rozmów ruszyli w drogę.

- No więc znamy przynajmniej jednego wroga - w marszu powiedział Hornborin Torinowi. - Jak myślisz - damy sobie z nim radę?

- Jeśli cała reszta okaże się babskim gadaniem, to na jesień trzeba będzie zwołać ruszenie z Ereboru i Gór Mglistych - rozważnie odpowiedział Torin.

- Świetnie, a kto stanie na czele?

- Ten, kogo wybierze hird, czyżbyś nie wiedział? - nachmurzył się Torin.

- Oczywiście, oczywiście - szybko zgodził się Hornborin i zamilkł.

Tajna galeria, różniąca się od innych niemal całkowitym brakiem odgałęzień - przez całą wielogodzinną wędrówkę hobbit widział tylko pięć odnóg - wyprowadziło ich do kolejnych schodów, tym razem spiralnych. Gloin zatrzymał się, zrzucił worek z ramion i zaproponował odpoczynek, przed schodzeniem po Niedokończonych Schodach. Po tych słowach hobbit poczuł, że brakuje mu tchu.

- Chcesz... Chcesz powiedzieć, że to są te same Nieskończone Schody, które prowadzą przez całą Morię od jej dna, dawno temu zapomnianego przez samych krasnoludów? Czy to nie te schody przemierzył swego czasu Gandalf? Przecież one prowadzą na szczyt Celebdila...

- Zgadza się - uroczyście potwierdził Gloin. - To te same. Musimy nimi zejść o jeden poziom niżej - zajdziemy się na Szóstym; Sala Kronik znajduje się na Siódmym, ale Tajna Galeria w tym miejscu mocno skręca na południe, a nam wygodniej będzie pójść na skróty.

Zeszli jakieś sto szerokich, na brzegach trójkątnych schodów i znaleźli się na innym spoczniku - różnił się od górnego tym, że odchodziło z niego więcej korytarzy.

I znowu długie godziny monotonnej wędrówki; podziemną ciszę zakłócały tylko trzaski pochodni, ciężki oddech krasnoludów i z rzadka - miękki pomruk płynącej dokądś w ciemność kamiennymi rowkami wody. Zatrzymywali się dwukrotnie; hobbit stracił rachubę czasu, próbował liczyć kroki, ale pomylił się po trzech tysiącach. W końcu, gdy Folko uznał, że za chwilę zwali się z nóg i nic nie zmusi go, do powstania, Torin i Hornborin - szli teraz razem i przez cały czas naradzali się na jakiś temat, a dość czysto i kłócili się - ogłosili, że pora zatrzymać się na nocleg.

Zrzucili swoje worki na podłogę tunelu. Zasypiając Folko widział przez przymknięte powieki dwie postacie - Torina i Hornborina, siedzieli obok siebie i cicho rozmawiali, a potem Torin podniósł się i zgasił pochodnię.

Rano - zresztą czy był to ranek czy już dzień, nikt, rzecz jasna nie wiedział, po prostu - kiedy się obudzili, Gloin i Bran krzesali ognia i w pośpiechu zjadłszy śniadanie ruszyli dalej.

Czas płynął jak wczoraj, tyle tylko, że Moryjczycy, a z nimi Torin i Hornborin, coraz częściej przywierali uszami do skał usiłując za jakichś słabych dźwięków wyciągnąć dla siebie jakieś wnioski; czasem przyłączał się do nich Dorin, pozostali zaś złożyli swe losy w ręce przywódców. Teraz, po pierwszej bitwie, mogli już niemal bez lęku mówić o widmie spod Wrót i tajemniczej sinicy, wzbierającej po schodach sztolni. Nie mogli o tym nie mówić, ale, nie wiedząc, co można powiedzieć, w końcu sami zaczęli snuć domysły, i stopniowo tak sami siebie wystraszyli, że omal nie pobili Malca, gdy ten powiedział coś o nowym Demonie Mocy.

Wkrótce hobbitowi na śmierć znudził się ten niekończący się marsz po straszliwie długim i ciemnym podziemiu, przypominającym trzewia jakiegoś skamieniałego pytona: bagaż na plecach zaczął ciążyć niezmiernie, jednocześnie zaczęło go ogarniać jakieś złe przeczucie, jakaś męcząca nieokreśloność, taka jak wtedy gdy oczekuje się jakiejś nieprzyjemności i wiadomo tylko, że nastąpi, nie wiadomo kiedy, i nie wiadomo co zrobić, by jej uniknąć. Wróg był blisko, hobbit czuł to wyraźnie, ale wróg niezwykły - widmowy, choć i cielesny.

W manierkach kończyła się woda, a końca marszu po Tajnej Galerii nie było widać. W końcu zatrzymali się ponownie, i, ku wielkiej radości hobbita, Torin oznajmił, że następnego dnia dojdą już Sali Kronik, gdzie zatrzymają się, żeby zorientować w sytuacji.

Folko znowu spał niespokojnie - nagle zaczęła dokuczać wilgoć, zmarzł i z trudem doczekał chwili, kiedy Hornborin zaczął budzić resztę. Oczy hobbita po bezsennej nocy kleiły się i piekły, nogi słuchały go niechętnie, plecy mógł rozprostować z trudem. Jednak zostało już niewiele drogi - Sala Kronik i odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek!..

Tunel kończył się głuchą ścianą bez najmniejszych oznak drzwi. Gloin i Dwalin musieli zmitrężyć sporo czasu, a inni przeżyć pełne niepokoju chwile, póki sekretne drzwi nie otworzyły się i znaleźli się w innym korytarzu, znacznie szerszym, prostym i przestronnym. Gładka podłoga, starannie obrobione ściany zdradzały jego przeznaczenie; światło pochodni oświetliło półokrągłą arkę, za nią widniały zarysy dużej sali.

- To jest Dwudziesta Pierwsza Sala - z szacunkiem, ściszając głos, powiedział Gloin. - Pamiętne miejsce... My idziemy do północnych drzwi.

- Za nią powinien być korytarz, a po prawej ręce - drzwi do Sali Mazarbul - uśmiechnął się hobbit, przypomniawszy sobie odnośne stronice Czerwonej Księgi.

Tak było. Drzwi, których niegdyś mężnie broniła dziewiątka Strażników przed naporem orków i trolli, były szczelnie zamknięte. Podłoga przed drzwiami była czysta, a to zdziwiło doświadczonego Gloina: wszędzie w Dwudziestej Pierwszej Sali leżał kurz, tak samo jak w całej zachodniej stronie jaskiń Morii - natomiast tu, przed drzwiami Sali Kronik, kurzu, nie wiadomo dlaczego, nie było.

Zbliżyli się i znaleźli odpowiedź na tę zagadkę. Kamienna płyta pokryta była białymi szramami po uderzeniach jakimś ostrym metalowym narzędziem, wyglądało, że drzwi ktoś usiłował otworzyć od strony korytarza.

- Ktoś bardzo chciał zajrzeć do wewnątrz - uśmiechnął się Dwalin.

- A drzwi są zamknięte? - poinformował się Torin.

- I to nie na zwyczajny zamek - ciągnął Moryjczyk. - Popatrzcie dokoła, przyjaciele. Nie wolno, żeby to usłyszeli ci...

Krasnolud odwrócił się twarzą do drzwi i coś niezbyt głośno, śpiewnie powiedział. Otwierający się prześwit zalało szare światło przedświtu. Wewnątrz Sali Kronik wszystko było tak, jak w czasach wędrówki Frodo - kufry w niszach, a pod oknem - biała płyta nagrobkowa na szarym kamieniu i znane Folkowi wiersze we Wspólnej Mowie i języku krasnoludów.

- Witaj, panie Balinie, synu Fundina - cicho powiedział Torin, i wszyscy krasnoludowie uklękli, w ich ślady poszedł Folko.

Oddawszy cześć pamięci, krasnoludowie rozeszli się po sali, oglądając kufry. Tu, w odróżnieniu od mieszkalnych jaskiń na zachodzie, ocalało wszystko, ale po otwarciu pierwszego kufra, natknęli się na list, rzucony na zawinięte w płótno księgi. Nieznana ręka zostawiła kilka nierównych linijek:

"Temu, kto przestąpi próg krainy przodków, kogo nie powstrzyma czarny lęk i rozpacz. Bracia! Wystrzegajcie się Płomiennych Oczu - niosą śmierć, gdy góry zaczynają oddychać. Nie schodźcie niżej - strach pomiesza wam zmysły. Nie wiemy co to jest, to idzie spod ziemi. W Lochach Morii pojawił się znowu Koszmar Otchłani, o którym nie słyszeliśmy od dwustu siedemdziesięciu lat. Do porzuconych jaskiń zachodu przedostały się orki; nas jest za mało, byśmy mogli z nimi walczyć. Wezwijcie elfów! Tylko oni, chyba, będą mogli nam pomóc. Mamy do czynienia ze starym złem, i nie poddaje się ono nam. W skrzyniach znajdziecie szczegółowy opis wszystkiego, co się wydarzyło w Khazad-dum! I jeszcze jedno - szukajcie mithrilu! Jest na Szóstym Głębinowym, zamurowany w ścianę Sto jedenastej Sali - droga doń wiedzie przez Salę Zamkową. Wyczekajcie chwili, kiedy Płomienne Oczy zasną - i niech bogactwa przodków znowu posłużą tangarom. Nam nie udało się ich uratować. Żegnajcie! Erebor zawsze będzie gotów powstać na pierwsze wezwanie śmiałków. My będziemy zbierać siły i czekać. Nie śpieszcie się nazywać nas tchórzami..."

W tym miejscu posłanie się kończyło. Nie było podpisu, nie było daty. Torin poobracał kartkę pergaminu w ręku, odchrząknął i puścił w koło. Kiedy list powrócił do jego rąk, odłożył ją na poprzednie miejsce w kufrze, zamknął pokrywę i, niewiele myśląc, usiadł na niej. Zmęczeni krasnoludowie, zrzuciwszy z ramion bagaż, broń, narzędzia i zapasy, rozmieścili się gdzie kto mógł. Malec cicho otworzył szpunt swojego antałka...

Jednakże nie zdążyło zacząć narady i pogrążyć się w tak lubiane przez krasnoludów obszerne spory. Ledwo słyszalny szmer dobiegł ich od strony niedomkniętych do końca drzwi prowadzących z korytarza do Dwudziestej Pierwszej Sali. Hornborin poderwał się i w mgnieniu znalazł się przy drzwiach. Nikt z krasnoludów nie zdążył niczego przedsięwziąć, gdy Hornborin z krótkim gniewnym okrzykiem zatrzasną drzwi i dociągnął je całym ciałem.

- Orkowie, orkowie w korytarzu! - krzyknął usiłując - nie odchodząc od drzwi - sięgnąć topora. - Szybciej, Gloin, Dwalin!

Zza kamiennych drzwi dał się teraz wyraźnie słyszeć tupot wielu nóg i głuchy ryk, przepełniony taką nienawiścią, że Folko poczuł, jak dygoce. Drzwi, w które zapierali się teraz Hornborin, Grani, Gimli, Tror i Dwalin trzęsły się, potem rozległ się odgłos uderzenia czymś ciężkim, drzwi drgnęły mocniej, ale nie poddały się. Gloin pośpiesznie zaczął szeptać słowa zaklęcia, w końcu westchnął z ulgą, w tej samej chwili drzwi przestały drżeć. Uderzenia w nie wzmocniły się, ale odczuwane były zupełnie inaczej - drzwi nie latały do przodu i do tyłu, drżały tylko nieznacznie.

Hornborin otarł pot z czoła.

- Jest ich tam co najmniej setka - powiedział półgłosem do otaczających go towarzyszy. - To są jacyś inni orkowie, nie ci, co ich położyliśmy na Szóstym Poziomie. Ci są wyżsi, bardziej barczyści, i twarze mają regularne rysy, tak mi się zdaje... Mieli pełno pochodni, widziałem taran.

- Co robimy? - Wjard rozejrzał się jak zaszczute zwierzę.

- Otwieramy drzwi - i naprzód! - Okrutny uśmiech wykrzywił usta Dorina.

- Żeby zrobili z ciebie poduszkę do igieł, tylko zamiast igieł będą ichniejsze strzały? - pisnął Wjard.

- Poczekajcie, poczekajcie! - uniósł rękę Gloin. - Drzwi im się raczej wyłamać nie uda, to nie takie, że z zawiasów wypadną czy się złamią. Możemy spokojnie odstąpić przez wschodnie drzwi, te pod oknem.

- A potem? - burknął Bran zezując na drżące pod miarowymi uderzeniami drzwi.

- Na dół - wzruszył ramionami Gloin. - W końcu przyszliśmy tu nie walczyć z orkami. Schody prowadzą do Pierwszego Głębinowego, stamtąd łatwo dostaniemy się do Sali Zamkowej i niżej,

- Nigdzie nie przedostaniemy się - nagle ponuro uśmiechnął się Torin, który podszedł do wschodnich drzwi. - Jesteśmy otoczeni, to pułapka...

Nie umawiając się krasnoludowie runęli do przeciwległej ściany. Zza wschodnich drzwi dochodziło takie samo tupanie i ryki. Same drzwi zamknięte były przy pomocy zaklęcia, i można było być spokojnym, że wróg nie przedostanie się przez nie. Ale co dalej?

Lepki zimny lęk owinął się wokół serca hobbita. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Widział jak skamieniały oblicza krasnoludów, jak zasępiły się czoła... Rozmowy ustały; wszyscy milczeli przygnębieni.

- Będziemy się przebijać - ochryple rzekł Hornborin. - Jeśli tylko nie wykurzą nas stąd jak szczury z nory.

Nikt się nie odezwał. Nagle Torin powiedział, rozwijając swój koc:

- No to musimy odpocząć jak należy... Drzwi nie wyłamią, więc możemy spokojnie pospać kilka godzin, a potem...

- Poczekajcie! Może dogadamy się z nimi? - nieśmiało odezwał się Wjard. - Może wykupimy się czymś?

- Chyba tobą! Błysnął oczami Dorin, i na ten temat już nie rozmawiano.

Krasnoludowie wydobyli koce, ułożyli się i zapalili.

Walenie w drzwi nie ustawało. Poza nim nie było słychać krzyków ani ryków - orkowie walili w drzwi w milczeniu, a to potęgowało strach hobbita; wiercił się na posłaniu. Obok niego sapał niewzruszony Malec, który zapadł w sen równie spokojnie, jak gdyby znajdował się w jakiejś oberży Annuminas. Spojrzenie hobbita, bez celu wędrujące po ścianach i suficie nagle trafiło na okno i w tej samej chwili poderwał się na równe nogi.

- Torinie, Torinie, a może tam? - Wskazał palcem niewielki kwadratowy otwór w ścianie, z którego sączyło się światło.

Torin tylko kilka chwil milczał, potem oderwał się i runął do okna, w biegu budząc innych.

Po minucie krasnoludowie wściekle patroszyli swoje worki, wydobywając z ich trzewi długie sznury z kotwicami na końcach - żeby dostać do okna trzeba było przebyć kilka sążni po ukosem prowadzącym do góry szybie oświetleniowym. I nie wiadomo ile w dół...

Wszystko to odbywało się w ciszy. Kupka krasnoludów, stłoczyła się przy wschodniej ścianie. Gloin rzucił kotwicę, stalowe haki zaczepiły o krawędzie otworu okna. Krasnoludowie popatrzyli na siebie, a wtedy do przodu zdecydowanie wystąpił Malec. Zręcznie, jakby przez całe życie wspinał się linach, zaczął piąć się do góry zapierając stopami w ściany szybu. Wkrótce dotarł do okna i wysunął się na zewnątrz. Patrzył długo, nieskończenie długo, Dorinowi zbielały palce zaciśniętych w pięści dłoni. W końcu Malec oderwał się od okna i odwrócił do niecierpliwie oczekujących towarzyszy.

- Trzeba zejść jakieś trzydzieści sążni - tam jest okno! - oznajmił głośnym szeptem. - Ale skała jest wyszlifowana jak lustro...

- Wiążmy sznury - - również szeptem zarządził Torin.

Wycelowawszy Malec zepchnął w dół dwie grube szare wiązki, potem przechylił się, przyjrzał i radośnie klapnął się w bok.

Wszystko to zajęło im sporo czasu. Najpierw zniknę li Torin i Hornborin. Za nimi pozostali - bez bagaży, w kolczugach i tylko z toporami. Pozostali z Sali Kronik przeprawili do nich worki i ruszyli sami. Ostatni opuścił salę Dorin i Folko. Nurkując już w ciemność dolnego okna, Folko pożałował, że, po pierwsze, w czasie schodzenia nie mógł oderwać wzroku od skały, a po drugie, nie wziął ze sobą ani jednej krasnoludzkiej kroniki.

I znowu czerń korytarzy Szóstego Poziomu, znowu pośpieszy marsz w mroku, znowu w świetle pochodni pojawiają się i giną schody, arki, skrzyżowania, wysokie sale z kolumnami i bez nich... Ich droga trwała kilka godzin. Pokonali długie płynne podejście i zaleźli się, jak szeptem oznajmił, Dwalin, ponownie na Siódmym Poziomie.

- Bez żywego orka nigdzie stąd nie pójdę - uparcie pochylił głowę Torin, nie zwracając uwagi na namowy towarzyszy.

Po długich i ostrożnych poszukiwaniach znaleźli wejście do Tajnej Galerii i tam, za trwałymi kamiennymi drzwiami urządzili kolejny tymczasowy obóz. Odpocząwszy jeszcze trochę krasnoludowie i Folko ruszyli na polowanie.

Oczywiście, gdyby nie sztuka Gloina i Dwalina, nigdy nie udałoby się im przedostać do orków bez zwracania na siebie uwagi. Ilość wrogów nie przekraczała chyba trzydziestu; wszyscy oni zauważalnie różnili się od pierwszych napotkanych orków. Byli więksi, wyżsi i poruszali się wyprostowani, mieli krótsze ręce i bardziej regularne rysy twarzy, choć oczy pozostały skośne. Zamiast ulubionych przez orków jataganów uzbrojeni byli w krótkie i grube obosieczne miecze.

Sala, w której zaczaili się na orków, była ślepa, prowadziło z niej tylko jedno wyjście - właśnie tam zasadził się szereg zakutych w stal towarzyszy Folka. Do ich uszu dochodził odległy tępy łoskot tranu w drzwi Sali Kronik. Torin bezszelestnie wyciągnął zza pasa topór i krasnoludowie w milczeniu, niczym żelazna pięść uderzyli na zaskoczonego wroga.

Wstrzymawszy oddech Folko, tym razem pozostawiony ze swoim łukiem z tyłu, oczekiwał, że jego druhowie przejdą przez tłum wrogów jak poprzednim razem - łatwo, błyskawicznie, niepowstrzymanym klinem; jednakże zamiast wrzasku trwogi rozległ się wściekły ryk wielu dziesiątków gardeł - z sali, oświetlonej kilkoma ściennymi pochodniami, na tangarów ruszyli zakuci w szczelne zbroje orkowie-pancerni: w powietrzu świsnęły strzały, z prawej i lewej w atakujących uderzyli miecznicy, stal dźwięcznie uderzyła w stal. Przebity w pierwszej chwili szereg orków szybko zwierał szeregi zamykając wyłom, wrogowie przybywali, było ich już co najmniej sześćdziesięciu, i bili się nie jak ci poprzedni - rozpaczliwie i umiejętnie. Folko wyszarpnął z kołczanu pierwszą strzałę.

Otoczeni z trzech stron krasnoludowie nie stracili, jednakże, ani męstwa, ani opanowania, kąsając krótkimi skutecznymi błyskami toporów, zaczęli wolno cofać się do wyjścia z sali, przyjrzawszy się Folko zobaczył, że w środku szyku towarzysze ciągną coś spazmatycznie wijącego się i szarpiącego.

Orkowie napierali, z ich gardeł rwał się wściekły, zwierzęcy ni to ryk, ni to zawołanie, żadna ze stron nie ustępowała drugiej, ale ciał na podłodze niemal nie było. Folko trafił tylko dwóch, innego zranił, z dziesięć strzał zmarnowało się, odbijając od mocnych orczych pancerzy. Między krasnoludami i orkami powstała pusta przestrzeń - orkowie następowali wolno, krasnoludowie równie wolno cofali się, póki nagle nie rozpaczliwie nie rozdarł się ten, którego udało się krasnoludom spętać. W tej samej chwili pusta przestrzeń między atakującymi i broniącymi się przestała istnieć - orkowie, nie szczędząc siebie, rzucili się wprost na krasnoludzkie topory. Obie z rzędu strzały hobbit trafiły dwóch orków w szczeliny pancerzy między napierśnikami i hełmami, ale orkom udało się zburzyć porządek spokojnie wycofującej się do tej chwili potężnej grupki krasnoludów. Wycofywanie przekształciło się w ucieczkę. Na szczęście krasnoludom udało się oderwać od prześladowców - wpadli do jakiegoś wąskiego korytarzyka i znikli w nieprzeniknionym mroku. Orkowie, którzy mieli tu tylko jedną pochodnię, przebiegli obok, a towarzysze Folka i on sam przemknęli do godnych zaufania drzwi Tajnej Galerii, gdzie mogli w końcu dać sobie chwilę wytchnienia.

Krasnoludowie ciężko dyszeli, ich pancerze nosiły głębokie ślady wrażych ciosów; Balin miał ranę na ramieniu - zawiodła kolczuga, Brana uratował cud - miecz orka omsknął się po jego przyłbicy, zostawiwszy w niej głębokie wgniecenie. Nie było słychać zwyczajnych krasnoludzkich przechwałek. Wszyscy odwracali wzrok i ponuro wpatrywali się w podłogę, nie trzeba było nikogo przekonywać, że uratowali cudem.

Krasnoludom udało się zabić tylko pięciu orków, jeszcze czterech poraziły strzały hobbita. Spojrzenia zwróciły się na leżącego na podłodze spętanego więźnia. Na znak Torina przyciągnięto go bliżej do płonącego ogniska.

Ork był duży, niemal o głowę wyższy od najwyższego z krasnoludów. W czerwonawym świetle płomieni skóra jego twarzy i rąk wydawała się mieć kolor brązowy, oczy były wąskie, skośne, jak u większości jego współplemieńców, jednakże nos przypominał ludzki, tak samo jak i usta z twardymi, wyraziście zarysowanymi wargami. Miał wysokie czoło, nie takie jak płaskie i niskie u większości górskich orków. Jego oczy patrzyły z nienawiścią na krasnoludów, a tym spojrzeniu nie było lęku, tylko nienawiść i jakieś głębokie, zadziwiające poczucie beznadziejności. Torin zaczął przesłuchanie. Zadawał zwykłe pytania: skąd się wzięli w Morii, czego tu szukają, ilu ich, kto jest przywódcą - jednakże jeniec uparcie milczał obojętnie wpatrując się w kamienną podłogę. Torin wyraźnie grożąc intonacją powtórzył pytania - odpowiedzią było tak samo zaciekłe milczenie.

- Rozgrzejcie żelazo - ochryple polecił Torin i Dorin ze Skidulfem wsunęli w płomień kilka długich żelaznych haków.

- No więc, jak - będziesz mówił? - zapytał Torin złowieszczym głosem, wpatrując się w jeńca.

Ten zauważalnie drgnął, ale nie odpowiedział. Wtedy nagle Hornborin zdecydowanie odsunął Torina i zbliżył się do orka. Folko zdziwił się - nigdy jeszcze gadatliwy i stateczny Hornborin nie wyglądał tak władczo i majestatycznie. Podniósł prawą rękę i złoty Pierścień nagle rozbłysnął niczym mała iskierka w wyciągniętej dłoni krasnoluda. Sekundę Hornborin wpatrywał się w orka, a potem ten zaczął wolno, z wysiłkiem mówić. Krasnoludowie wymienili zdumione spojrzenia. Ork mówił we Wspólnej Mowie, ale źle, hobbit rozumiał go z trudem.

Odpowiadając prowadzącemu przesłuchanie Hornborinowi ork ochryple opowiedział, że jego lud przebił się do Morii siłą, kiedy był już porzucona przez jej starych gospodarzy; musieli tu walczyć z orkami innego plemienia, którzy wleźli tu jeszcze przy obecności ostatnich krasnoludów. Między oboma plemionami zaczęła się walka. Z wykrzywionych usta orka sypały się niewyraźne przekleństwa kierowane do nich; nienawidził ich kto wie czy nie mocniej niż krasnoludów. Na pytanie Hornborina, skąd wzięli się ci orkowie i tamci, ich przeciwnicy, jeniec odpowiedział, że jego lud - to ci, którzy służyli niegdyś wielkiemu magowi i czarodziejowi, imię którego pamięta teraz tylko starszyzna. Tego dawno nie żyjącego, na nieszczęście, władcę nazywali oni Białą Ręką. Folko drgnął.

Ork opowiedział jeszcze masę ciekawych rzeczy o tym, jak nieliczni jego rodacy, ocalali w ogniu ostatniej wojny, ukryli się w wąwozach i dolinach Gór Mglistych, jak mieszkańcy Rohanu polowali na nich, jak na zwierzynę, jak doszły ich słuchy, że Białoskórzy wybili wszystkich do ostatniego orków, usiłujących ukryć się na Północy. Wtedy jego współplemieńcy postanowili spróbować szczęścia w podziemiach... Krasnoludowie dowiedzieli się także, że tu, do Morii, przedostało się niemal siedem tysięcy orków-bojowników i dwa razy więcej ich kobiet, starców i dzieci.

Hobbit pociągnął za rękaw Hornborina i szepnął mu na ucho kilka słów, krasnolud uniósł brwi ze zdziwienia, ale zadał podsunięte przez Folka pytanie. Och, jak szarpnął się ork, jak zaczął wywracać oczami! Ale nie miał wyjścia, jakaś siła zmuszała go do mówienia, i wykrztusił z siebie, że tak, od niepamiętnych czasów w jego narodzie, wśród tych, którzy służyli Białej Ręce, zakorzenił się obyczaj porywania kobiet z ludzkich osiedli, żeby mieszać krew orków z krwią ludzi, wolnych od przymusu służenia Mrokowi. Na twarzach słuchających go krasnoludów pojawiły się grymasy obrzydzenia.

Dowiedzieli się także, że Sarumanowi orkowie żyją jeszcze w okolicach Isengardu; ale tam jest niebezpiecznie, bardzo niebezpiecznie - leśne potwory łapią nieuważnych i biada temu, na kogo padnie wzrok żyjących dębów i grabów Fangornu! /Wielkiego Zielonego Lasu/. Nie znają oni litości i walczyć z nimi niesposób - dysponują olbrzymią siłą i są nie do pokonania. Na pytanie zaś, jak zdobywają żywność ukryci w Morii orkowie, jeniec wychrypiał, że po staremu - napadają na wsie po obu stronach gór, unikają jednak palenia osiedli i wyrządzania krzywdy - inaczej pojawi się królewska jazda Rohanu albo oddziały mieczników z państwa Beorningów: orkowie po postu starają się brać wykup, strasząc porządnie tchórzliwych wieśniaków. Jednakże ich wrogowie, górscy orkowie, niech przeklęty będzie ich ród aż do dwunastego pokolenia, jak szaleni grabią, palą i zabijają, i niedługo zacznie się wielka wojna. Jeniec powiedział, że jego plemię unika zbliżania się do straszliwego Lorien /Lasu Elfów, znajdującego się na wschód od Morii - grabią Północ, w dolinie Anduiny. Ale - byś może - wkrótce wszystko się zmieni...

- Co, mianowicie? - zainteresował się Hornborin.

Ork wykrzywił straszliwie twarz, wydzieli, że usiłuje sam sobie zamknąć usta, ale słowa, bez udziału jego woli płynęły mu z ust.

- Podziemia teraz są nasze - chrypiał - to nasze miejsce. Szkarłatny Mrok ponownie włada Dolnymi... Ludzie z północy już nas poszukają, i chadzamy z nimi na Południowy Gościniec i na Zachodni też. Wkrótce przyjdzie koniec przeklętych elfów. Wróci Pan... I będzie wojna, i jeszcze zobaczymy, jeszcze pokażemy wszystkim - i przeklętym górskim robakom z pieczar Gór Mglistych, i Białoskórym zabójcom! A to, co jest na dole połączy wszystko... i będziemy razem...

Białka jego oczu błysnęły, głowa upadła na pierś. Hornborin pośpiesznie pochylił się nad nim, potem rozłożył ręce. - Koniec! Stracił przytomność. - Usiadł przy ognisku. - No jak wam się to podoba, tangarowie? Szkarłatny Mrok na Dolnych Poziomach! Ludzie z Północy! I jeszcze "pan"... Co robimy dalej?

- Tu nic nie zrobimy - machnął beznadziejnie ręką Wjard. - Trzeba uciekać stąd, pókiśmy cali...

- Na pewno nie! - syknął Dorin. - Szkarłatny Mrok, powiadasz? Póki nie zobaczę na własne oczy, nigdzie nie pójdę! Czujecie do czego oni dążą - koniec z przeklętymi elfami! O nie, musimy iść na dół. Niech tu siedzi siedem, czy nawet siedemdziesiąt tysięcy orków - nie wolno nam wycofywać się, póki wszystkiego nie zrozumiemy. Proponuję iść natychmiast w dół. Tam się wszystko rozstrzygnie.

- A co z nim? - Nachmurzył się Torin wskazując orka. - Patrzcie, chyba dochodzi do siebie, oczami mruga.

- Co to jest Szkarłatny Mrok? Dlaczego chcecie "skończyć z elfami"? - ostro zapytał orka Hornborin, ponownie unosząc rękę z Pierścieniem.

- Idzie To, Co Spało w Głębinach... - wycharczał ork. - Nadchodzi ich Godzina... I my idziemy z nimi... chociaż jesteśmy w jednej trzeciej ludźmi...

- Przestań, Hornborinie! - podniósł się Torin. - Przecież widzisz, że brakuje mu słów. On tylko wyczuwa to, wyczuwa swoim czarnym węchem, który podarował jego przodkom Władca Wielkiego Mroku, ale wyjaśnić tego nie potrafi. Dorin ma rację. Trzeba zejść na dół. Czy nie jasne jest teraz, że nie tylko my, krasnoludowie, ale cały Zachód jest w straszliwym niebezpieczeństwie? Nie możemy tracić czasu. Idziemy na dół! Tylko jeszcze jedno...

Pochyliwszy się nisko nad jeńcem wrzasnął mu prosto w twarz:

- Kto to jest "pan"? Gdzie on jest - tu, czy na powierzchni? Kim jest - orkiem czy człowiekiem? Co o nim wiesz? Jeśli powiesz prawdę - chwilę milczał - puścimy cię, klnę się na Brodę Durina! Hornborinie, pomóż! Skąd wiesz, że on istnieje? Co jeszcze o nim wiesz?

- Nie widziałem go - rozpaczliwie kręcił głową więzień. - Wiemy, że on jest na ziemi, i nidingowie przychodzili do nas z poleceniami od niego w ubiegłym roku... I wiem, że on istnieje... tego wy nie zrozumiecie. On jest tym, który zgromadzi wszystko, co zostało rozrzucone i Szkarłatny Mrok też ruszy... Więcej nic nie wiem, klnę się na Białą Rękę!

- Dobrze - westchnął Torin. - Jak uważasz, Hornborinie?

- Nie kłamie - padła szybka odpowiedź. - Naprawdę nie wie.

- No to rozwiążcie go i niech sobie idzie - pochmurnie rzucił Torin, gestem powstrzymując zrywającego się z okrzykiem oburzenia Dorina, za którym okazało niezadowolenie jeszcze z pół tuzina krasnoludów. - Nie wolno łamać słowa. Niech idzie. Nawet jeśli naprowadzi na nasz ślad swoich... Najwyżej pomachamy toporami!

- Akurat z takim pomachamy sobie - burknął Bran. - Ci nieźle mieczami pracują, nie to, co ci z północy.

Ork skrył się w ciemności, odgłosy jego szybkich kroków wkrótce ucichły.

 

Rozdział piąty KUŹNIA DURINA

 

- Kim są nidingowie, Torinie? - zapytał przyjaciela hobbit, gdy przestrzegając wszelkich środków ostrożności opuścili Tajną Galerię i ruszyli w stronę wiodących na dół schodów.

- Nidingowie, to te właśnie karzełki, z których jednego złapaliśmy w Bucklandzie - ponuro odpowiedział Torin. - Wynika z tego, że nie oszukał nas, po trzykroć przeklęty! Orkowie Białej Ręki naprawdę służą komuś. I, być może, to jego wola jest przyczyną całego zamieszania na górze. Tylko kto to jest? Myślę, że tylko Wielka Jasna Królowa mogłaby nam odpowiedzieć na to pytanie. Ale gdzie ona jest, co robi tam u siebie, za Wielkim Morzem?

Krasnolud westchnął i pokiwał głową, jakby odpowiadając jakimś swoim niewesołym myślom.

Łańcuch krasnoludów przemierzał ciemne korytarze, wybierając najbardziej wąskie i nie rzucające się w oczy. Dwukrotnie obok nich przechodziły, pobrzękując bronią i oświetlając szare sufity pochodniami, duże oddziały orków - z tego plemienia, co ich więzień, jednak Gloin i Dwalin prowadzili oddział tak znakomicie, że wróg ani razu ich nie wyczuł. Krasnoludowie przesiedzieli niebezpieczne chwile w ciemnych bocznych odgałęzieniach, za głębokimi występami ścian, umyślnie, wydawało się, pozostawionymi w takim celu - by ukryć się przed przeważającymi siłami nieprzyjaciela.

Wiele pięknych, zadziwiających swym wyglądem sal widział hobbit podczas ich krótkiego marszu do tajnych schodów. W jednych sufity znajdowały się na takiej wysokości, że nie docierało tam światło pochodni, a sądzić o ich wysokości można było tylko z echa ich kroków; inne były podzielone długimi szeregami pokrytych wspaniałymi rzeźbami kolumn, w głębokich niszach stały posągi ludzi, krasnoludów i zwierząt, wykonane z niezrównanym mistrzostwem. Pochodnie oświetlały ogromne mozaiki, wyłożone złotem, srebrem i kamieniami szlachetnymi, zadziwiające żelazne świeczniki, wykute w postaci splotów olbrzymich lin. Niestety, w wielu miejscach hobbit zauważał też ślady bytności orków - wiele ozdób było zniszczonych, rzeźbione w kamieniu figury rozbite, z mozaik na ścianach prostackie łapy wyrwały wspaniałe kamienie...

Z lekkim zgrzytem zatrzasnęły się za nimi skrzydła Tajnych Drzwi. Pochodnie oświetlały wąskie, nurzające się w nieprzeniknionym cieniu schody. Zaczęło się długie zejście. Hobbit naliczył sześćset stopni, zanim schody nieoczekiwanie skończyły się: krótki korytarz kończył się znajomy już ślepym końcem Tajnej Galerii. Gloin i Dwalin zaczęli naradzać się półgłosem.

- Jesteśmy na Pierwszym Poziomie - powiedział w końcu Gloin zwracając się do reszty. - Tutaj zupełnie blisko przechodzi Główny Trakt. Do Drugiej Sali - tej właśnie, gdzie znajduje się Most Durina - zostały nam dwie godziny marszu. Tylko zastanówmy się - czy mamy po co tam iść?

- Jeśli w Morii są orkowie, to na pewno domyślili się, że muszą zamknąć Główny Trakt i postawić straże przy Wrotach i na Moście - podchwycił Dwalin. - A my musimy zejść niżej. Nie zapomnijcie tylko o mithrilu /szary Płomień/ w ścianach Sto Jedenastej Sali!

- Może lepiej posiedźmy tu trochę o porozmawiajmy spokojnie - nagle niepewnym głosem zaproponował Torin. - Mamy tu dwóch wrogów - orki i to coś, dla którego tu przyszliśmy. Dwa razy zetknęliśmy się z tym, i za każdym razem było bardzo, ale to bardzo nie śmieszne. Ale, może, po tej sinicy na schodach ktoś coś zauważył? Może coś się wydawało, majaczyło? Mówcie wszystko, nawet jeśli to wydaje się głupie - teraz jest ważny każdy drobiazg. Hornborinie? Co z Pierścieniem?

- On nie daje wszechwiedzy - z westchnieniem przyznał krasnolud. - Podpowiada tyko coś czasem, ale to wszystko jest takie nieuchwytne... Nie, teraz nic nie odczuwam.

Torin przygryzł wargę.

- Mamy zapasów na trzy tygodnie - powiedział. - W ciągu dwudziestu ziemskich dni - niestety, będziemy je wyczuwali według burczenia w naszych brzuchach - musimy zrozumieć, co się tu dzieje!

Odpowiedziało mu ponure milczenie.

- Myślę, że powinniśmy iść w dół - nagle odezwał się Grani. Jego głos brzmiał głucho, ale słychać w nim było odwagę i zdecydowanie. - Musimy iść w dół, a jeśli drogę nam zastąpią widma - będziemy musieli nauczyć się walczyć z widmami! Klnę się na Młoty Morii i Świętą Brodę Durina - ja i Gimli i Tror prędzej damy się pożreć orkom, niż się cofniemy!

Nikt nie odezwał się po płomiennej mowie młodego krasnoluda, jednakże gdy Torin dał rozkaz dalszego marszu nikt nie zaprotestował.

- Proponuję iść do Sali Zamkowej - powiedział Gloin, ładując na plecy worek. - To jest Szósty Głębinowy Poziom, tam jest woda, tam wcześniej były dobre do ukrycia miejsca. No i nie jest to zwyczajna sala, według legendy wykuł ją Pierwszy Krasnolud. Powiadają, że gdy wstaniesz na Kamieniu Durina w chwili, gdy milczą wszystkie siły -i Mroku, i Światła, i tylko góry patrzą na ciebie purpurowymi źrenicami Płomiennych Oczu, możesz zadać pytanie, a Dający Początek odpowie ci... Tak powiadają, ale czy to prawda - kto wie?

- Zanim dojdziemy do Kamienia musimy iść po Głównym Trakcie - warknął Dorin. - A tam są orkowie i to niemało, jestem pewien! Musimy pchnąć kogoś przodem.

Całą wieczność, wydawało się, czekali krasnoludowie i Folko w dręczącym oczekiwaniu, zanim z ciemności nie wynurzyli się Gloin, Dorin i Bran.

- Wiedziałem - ponuro rzucił Dorin, wycierając zabrudzony czerwoną krwią orka topór. - Ich jest strasznie dużo - sami ci - drobni, mordorscy. Do Wrót nawet nie ma po co iść. Gdzie tu są schody, Gloinie?

- Trzeba będzie iść dokoła - westchnął tamten.

Znowu przejścia, schody, wąskie sekretne drzwi, gardłowe głosy kłócących się orków gdzieś za rogiem - wszystko przemieszało się w pamięci hobbita, ponieważ większość sił zużywał na utrzymanie się na nogach. Krasnoludowie i on spędzili bez snu już dobę, ale jeszcze mogli się poruszać - aż do ostatniej chwili. Weszli w jakiś ślepy korytarz, i zwalili się z nóg na nocleg.

Ciemny tunel hobbicich snów, ponury i bezkształtny, nagle rozświetliło coś ognisto rudego, wijącego się, jak bajkowa żmija; szare łapska nagle wyciągnęły się w kierunku hobbita wprost z fałd kamienia, zimne palce zamknęły się na jego gardle... Nie miał siły krzyknąć, ani poruszyć się... I nagle wszystko się urwało...

Zbudzili go krasnoludowie, zbierający się do drogi. Folko, zmęczony sennymi widzeniami i ze straszliwym bólem głowy, ledwo poruszał się; jego towarzysze nie wyglądali lepiej. Jak się okazało - kamienne kleszcze straszliwych rąk przywidziały się wszystkim co do jednego. Humory były ponure, obezwładniający strach przed niewiadomym, który niemal całkowicie zaniknął po wspaniałych walkach z orkami na górze, ponownie podkradł się do serca hobbita. Ale nie było rady, więc starając się trzymać blisko Hornborina, powlókł się za krasnoludami.

Moryjczycy długo nie potrafili odnaleźć wejścia do Tajnej Galerii i prowadzili drużynę schodami.

Głębinowe Poziomy wyraźnie różniły się od górnych - sale były przestronniejsze i nie tak wspaniale ozdobione, przejścia -prostsze i szersze. Tu mieściły się niezliczone pracownie - wszędzie walały się porozrzucane narzędzia, powywracane kowadła i tygle.

- To jeszcze nic - niżej będzie gorzej! - szepnął hobbitowi na ucho Dwalin. - Tu pracowali jubilerzy i grawerzy, a kuźnie i rusznikarnie są o wiele niżej...

Natrafili również na mieszkalne jaskinie - tu, jak i na górze, bobrowali orkowie. Schodów, przenikających przez kilka poziomów na raz, nie mogli z jakiegoś powodu znaleźć, wędrowali więc pochyłymi sztolniami. Zrobiło się wyraźnie goręcej; Gloin, Dwalin, Lorin, Torin i Hornborin kilka razy zamierali przy wąskich otworach wentylacyjnych, skąd waliły fale suchego, palącego żaru. Folko zaczął dostrzegać słuszność słów Rogwolda.

Oto wloką się teraz, bez celu, bez wyraźnego planu, niemal na oślep, z wrogami za plecami i nieznanym ciemnym koszmarem przed sobą. Na co ma nadzieję Torin? Na Pierścień Hornborina?

Folko westchnął. Teraz wyraźnie wyczuwał niebezpieczeństwo - tuż przed nimi, za łagodnym zakrętem korytarza. To przeczucie ogarnęło go nagle, nogi skamieniały.

Podejrzanie jednocześnie krasnoludowie zaczęli się potykać, zatrzymali się. Nikt nie mógł pojąć, o co chodzi, ale spojrzenia były przykute do ledwie widocznych w świetle pochodni zarysy zawijającego się przed nimi korytarza. Ogarnął ich nie mroczny, paniczny strach, przed którym każdy ucieka, nie patrząc na drogę, a dziwnie wyraźne uczucie końca, końca wszystkiego - wystarczy zrobić krok poza ten zakręt. Nikt nie potrafił zmusić się, by zrobić krok czy chwycić za broń. Pierwsi zaczęli się cofać Torin i Hornborin, pociągając za sobą innych. Nikt o nic nie pytał, nikt nie potrafił wymówić nawet słowa; drużyna tylko wolno cofała się.

Tak minęło kilka minut - a może i godzina? Nagle za ich plecami rozległ się obrzydliwy śpiew i tupot dziesiątek ciężkich, podkutych żelazem orczych butów. Teraz mieli do czynienia z innym wrogiem.

- Do boju! - wychrypiał Dorin i odwrócił się, pośpiesznie naciągając kolczugę. - Skoro mamy umrzeć to, godnie, jak potomkowie Durina!

- Poczekaj... - chwycił go za rękaw Hornborin. - Pójdę przodem - wskazał stronę przeciwległą do tej, z której rozlegał się nasilający z każdą sekundą odgłos kroków. - Idźcie za mną! Folko, będzie mi potrzebny twój łuk - przygotuj się! Szybciej, mamy mało czasu!

Zwartą grupą, trzymając się siebie, krasnoludowie drobnymi kroczkami, przez cały czas walcząc z ogarniającą ich rozpaczą, ruszyli do przodu, a Hornborin wysoko uniósł rękę z Pierścieniem i ruszył w stronę zakrętu. Folko ścisnął pod kurtką rękojeść sztyletu z błękitnymi kwiatami na klindze. Strachu nie czuł, ale każdy krok kosztował go wiele, jakby przedzierał się przez wiązką, lepką glinę, w którą nieoczekiwanie zmieniło się otaczające go powietrze.

Korytarz skręcał płynnie, każdy krok do przodu ukazywał nowy odcinek gładkich ścian. Przeszli niewiele, gdy Hornborin nagle zaczął chrypieć, jak gdyby brakowało mu powietrza i stanął w miejscu. Pochodnia w jego ręku zadrżała.

Wygładzona powierzchnia ścian znikła pod grubą poruszającą się warstwą czarnych połyskujących ni to węży, ni to macek; to obrzydlistwo poruszało się przez cały czas, splatało się i rozplatało, stale wysuwając we wszystkie strony tępe bezokie głowy z ledwo zauważalną kreską, zapewne pyskiem. Wyglądało to tak okropnie, że, wydawało się, zrobić krok było by łatwiej, gdyby przed nogami była bezdenna przepaść - taki koniec wydał się wstrząśniętemu hobbitowi wybawieniem! Albo - wycofać się, póki nie jest za późno, w uczciwej walce zabrać do grobu ileś tam orczych istnień, zanim krzywy jatagan... Byle nie do przodu, do żywych objęć samej śmierci! Z obrzydzenia i wstrętu, podobnych do tego, co przeżył podczas spotkania ze żmiją, hobbit skamieniał.

Tymczasem bezładna krzątanina macek spowolniła się, wyciągające się wolno w kierunku zamarłych przyjaciół macki zamarły również, udając dziwaczne narośle na ścianach: przez te macki patrzył mrok - niewidoczne zimne oczy. Szóstym zmysłem hobbit wyłowił nagle , że ich przeciwnik również nie wiadomo dlaczego się zawahał, a to dodało hobbitowi sił.

Ze osłupienia wyprowadził ich rozlegający się za plecami tupot. Orkowie byli już zupełnie blisko! I wtedy, nie umawiając się, drużyna ruszyła do przodu. Hornborin wysoko uniósł rękę z Pierścieniem - i macki, wszystkie jak jedna, wycelowały swe łby w jego złote lśnienie. Ale wystarczyło, że podeszli bliżej, gdy zimny ból w sercu, ból rozpaczy zmusił hobbita do uchwycenia za rękaw krasnoluda i zatrzymania go. Macki czekały na nich i Pierścień nie był w stanie zmusić ich do odstąpienia - oto, co odczytał Folko w krótkim drżeniu, jakie przebiegło po niezliczonych szeregach czarnej żywej pleśni na ścianach, drżenia słodkiego przeczucia. Wtedy jego ręka bez udziału świadomości wyjęła z pochwy bezcenny podarowany sztylet, i błękitne kwiaty na stalowym ostrzu zapłonęły niczym strzępy magicznego płomienia.

I nagle jakby wściekły huragan, w niewiadomy sposób zrodzony w podziemiach, runął na czarny porost. Macki zakołysały się, jak zaniepokojone pole pszenicy, pośpiesznie zwijały się i przyciskały do ścian. Każda z macek usiłowała wcisnąć się głębiej w kamień, ukryć za innymi. Nie mogło być wątpliwości - te macki znały podobne klingi!

Jedno krótkie spojrzenie do tyłu i Hornborin cicho gwizdnął na przyjaciół; jeszcze sekunda i tupot nóg okrasiły wycie i pisk orków, oddział został wykryty. Krasnoludowie rzucili się do przodu i zamarli na chwilę na widok obsianych czarnymi mackami ścian i sufitu, ale Folko wysoko uniósł płonący sztylet, i falami ulatujące z niego światło zmusiło krasnoludów, zbitych w ciasną grupkę, do wejścia pod żywe sklepienie.

Nigdy nie miał zapomnieć hobbit ich drogi między ruszającymi się ścianami, z niczym nie porównywalnego strachu - nie o siebie, a o znajdujących się teraz pod jego ochroną przyjaciół.

Folko nie ciął czarnego porostu - teraz on bał się hobbita, a ten nie czuł w sobie mocy wojowników z przeszłości, przed cudownymi ostrzami których uciekało to obrzydlistwo, które znowu odżyło w podziemiach. Gdyby hobbit wdał się w otwarty bój, macki też zaczęłyby walczyć... Dziwne, nieuporządkowane myśli, nie wiadomo skąd napływające, przemykały przez głowę hobbita. Tymczasem za nimi wiodący oddział orkowie wypadli zza zakrętu i znaleźli się tuż przed pierwszymi szeregami macek. Folko odwrócił się i zobaczył jak na spotkanie orkom rzuciły się setki i setki czarnych żywych lin. Straszliwy, do niczego nie podobny, przedśmiertny ryk wstrząsnął podziemiem. Dokładnie owinięte trupy orków były wciągane w górę, w ciemność, a nadbiegający zza załomu stawali się zdobyczą wciąż nowych i nowych czarnych macek... Pochodnie zgasły, ocalali orkowie rzucili się do tyłu, i tego, co się działo dalej krasnoludowie już nie widzieli. Ruchomy porost nagłe ustąpił miejsca czystemu kamieniowi; minęli straszliwe miejsce i byli bezpieczni od wszelkiej pogoni. Folko odwrócił się, potrząsnął lśniącym sztyletem; przez ostatnie szeregi przebiegł skurcz, zwierzęcy spazm strachu!

Ciężko dysząc, ocierając mokre czoła i rozglądając się dokoła wytrzeszczonymi oczami, krasnoludowie zwalili się na podłogę za pierwszym zakrętem, gdy czarny porost zniknął z oczu. Folko czuł straszliwe zmęczenie, ale dołączyła do niego jakaś dziwna duma.

- Co, co to było? - posypały się ze wszystkich stron niecierpliwe pytania. - Jak daliście sobie z tym radę?

Malec podbiegł do hobbita i uściskał go, podejrzanie pociągając nosem. Torin z niedowierzaniem kręcąc głową poklepał po ramieniu, pozostali patrzyli na hobbita z szacunkiem i zdziwieniem. Nie pierwszy to raz, kiedy niewysoklik przewodzi tam, gdzie pasują najlepsi wojowie!

Folko nie potrafił nic odpowiedzieć na pytania przyjaciół, kotłujące w głowie myśli zbyt były nieokreślone i poszarpane.

- One... One są bardzo stare, chcę powiedzieć - ze strasznie odległych dni - wykrztusił, na próżno starając się wychwycić plączące się w świadomości mętne obrazy. - Nie wiem, skąd są - może z Podmoryjskich Szlaków, wiem tylko., że boją się tego ostrza - pokazał swój sztylet. - To widziało go wcześniej, na pewno, a może podobne? To nic nie wie o świecie zewnętrznym, to wypełza z głębin, żeby pożerać... Ale co nimi kieruje? Nie wiem, nie wiem skąd w ogóle cokolwiek wiadomo mi o tym... Słowo, jakoś tak mi się wydaje, i już.

Wysłuchano go bardzo uważnie, a potem Wjard uderzył się w czoło i powiedział, że słyszał w swoich górach strasznie starą bajkę o wielorękich, żyjących w podziemnym królestwie; już dawano temu krasnoludowie stykali się z nimi. Więcej nic nie udało mu się wydobyć z pamięci, chociaż i Dorin i Balin szarpali go i męczyli o coś jeszcze.

- Czy nie o takich opowiadał kiedyś Gandalf, który przemierzył Podmoryjskie Szlaki? - cichutko mruknął na ucho hobbitowi Torin.

- Skąd masz taki cudowny sztylet? - pokręcił głową Stron.

Słowa te nadały inny kierunek wciąż jeszcze nieuporządkowanym myślom hobbita.

"dlaczego Olmer podarował mi ten skarb? - myślał. - Czyżby nic nie wiedział? Czy wiedział? Nie, nie mógł nie wiedzieć, powinien był przynajmniej się domyślać. A może ten sztylet nie pomaga na powierzchni, przeciwko dzisiejszym wrogom Olmera? Czy nie elfy wykonały to ostrze? Bardzo podobne do ich wyrobów, chociaż - kto tam ich, elfów, wie... Żeby tak porozmawiać z którymś z nich!"

Folko westchnął, widząc niczym na jawie zamiast ponurych szarych sklepień zalane księżycowym światłem listowie i jaskrawe letnie gwiazdy, i srebrzysty odblask ubrań elfów, magiczny, tajemniczy, głęboko ukryty płomień w ich oczach - mądrych i smutnych. Folko nigdy nie widział elfa - dawno opustoszał Rivendill, dawno porzucili rodacy Pani Galadrieli piękny Lorien. Folko tylko czytał o Pierworodnych w Czerwonej Księdze i innych kronikach hobbitów.

Coś twardego trąciło go w tył głowy i Folko ocknął się. Odczuwając smutek i tęsknotę za zielonym, jasnym światłem, pozostawionym tam, w odległej przeszłości, niemal zawył. Sam nie mógł zrozumieć, ocierając nieproszone łzy, za czym, właściwie, tęskni - za tym światem, który trwał teraz, czy za tym magicznym światem przeszłości, który pogrążył się w niebycie po zniszczeniu Wielkiego Pierścienia Władzy.

- Ruszajmy, tangarowie - ponaglił towarzyszy Torin. - Do Sali Zamkowej jeszcze mamy kawał drogi.

- Co w niej jest? - stękając, zapytał Grani, włażąc w szelki.

Torin nie odpowiedział i Folko zamyślił się: rzeczywiście, gdzie znajduje się ten zatapiający dolne poziomy lęk, którego nie mógł wytrzymać żaden z żyjących tu krasnoludów? Zeszli już dość głęboko, ale, jeśli nie liczyć cienia przy Wrotach i sinicy w sztolni, nie napotkali na razie nic, co było by celem ich tutaj wędrówki.

Do Sali Zamkowej dotarli następnego dnia - dokładniej, kilka godzin po tym, jak wsypawszy się, ruszyli w drogę. Noc, jeśli można tak powiedzieć, minęła spokojnie, nic ich nie niepokoiło, i wkrótce znaleźli się na Progu.

Ostatnich kilkadziesiąt sążni korytarz prowadził prosto, i hobbit, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył przed nimi purpurowe równe światło. Wkrótce pochodnie stały się zbędne; krasnoludowie niemal biegli, śpiesząc się zobaczyć jeden z cudów Podziemnego Świata.

Sala stała się widoczna od razu cała; hobbit zamarł, szeroko otworzywszy usta. Była to olbrzymia jaskinia, mająca dobrą milę w poprzek i tak wysoka, że wzrok ledwo wychwytywał zarysy sklepienia. Zadziwiające twory wody i kamienia, olbrzymie kamienne sople zwisały z sufitu, a na spotkanie im wyrastały z podłogi ich bliźnięta - szare, czarne, purpurowe, tworząc prawdziwy kamienny las. Hobbit nie od razu wypatrzył ścieżki, prowadzące przez tę gęstwinę, dróżki wiły się między słupami, pokrytymi stwardniałymi naciekami, podobnie jak w żywych lasach jego Hobbitanii. Wszystkie ścieżki prowadziły do centrum Sali, gdzie wznosił się szarą bryłą właściwy Zamek. Niezliczone wieże i wieżyczki, galeria, przejścia, zębate ściany, potężne przypory - wszystko to splatało się, zostało związane rękami nieznanych mistrzów w taki ciasny splot, że można było spędzić życie, przyglądając się Zamkowi z boku. Liczne wąskie strzelnice wyglądały z gładkich powierzchni ścian, spiczaste dachy wieńczyły żelazne tyki ze skomplikowanymi niezrozumiałymi wizerunkami - najprawdopodobniej jakimiś herbami. Ciemną gardzielą, jako żywo przypominającą górne Wrota, wpatrywał się w nich otwór wejścia. Folko rozejrzał się w poszukiwaniu źródła tego purpurowego światła rozświetlającego olbrzymią Salę, ale niczego takiego nie zobaczył. Już zamierzał o to zapytać, gdy obok cicho, jakby w obawie, że zakłóci spokój starożytnej komnaty, odezwał się Gloin:

- To jest Sala Zamkowa... Światło w niej pochodzi z Płomiennych Oczu - od nich, z samego serca Gór, ciągną się położone jeszcze za Pierwszego Krasnoluda #świetle żyły. W nich kamienie są wypolerowane tak, że otrzymano olbrzymie lustra, zbierające światło i siejące je potem tu, w Sali. A tam, widzisz, jest ten słynny Kamień Durina...

Folko zmrużył oczy, usiłując wypatrzyć to, co wskazywał Gloin; najpierw jego wzrok błądził po dziwacznych kamiennych drzewach, ale nagle z jego oczu jakby opadła kurtyna - na pustym placyku wznosił się jakby zalany w tej chwili krwią biały graniasty głaz, nie wiadomo jakim sposobem tu umieszczony. Coś było dynamicznego w jego wyglądzie, w ostrych kantach, w sterczących niczym włócznie występach. Kamień sterczał samotnie pośród szaro-purpurowego świata gigantycznej pieczary, i Folko zrozumiał, że ten głaz naprawdę zasługuje na to, żeby nazywać go Kamieniem Pierwszego Krasnoluda.

W milczeniu, rozciągnąwszy się w długi łańcuch, szli przez otaczający ich kamienny las. Folko zapytał Dwalina, po co mieszkający pod ziemią krasnoludowie zbudowali jeszcze Zamek.

- Ten Zamek nie został zbudowany przez krasnoludów - cicho odparł krasnolud. - Krasnoludowie tylko nadali mu te zarysy, które widzisz teraz. Jaskinię i Zamek stworzyły same Góry...

Zatrzymali się przed Kamieniem i jakiś czas po prostu w milczeniu patrzyli nań. Spod Kamienia wypływał mały strumyk; milczenie ogromnej jaskini zakłócał tylko cichy plusk płynącej pośród kamieni wody.

- W chwili, gdy milczą wszystkie siły - i Mroku, i Świtu, i tylko Góry patrzą na nas purpurowymi źrenicami Płomiennych Oczu - stań na Kamieniu Durina, poproś o radę, a Dający Początek odpowie ci... - nagle śpiewnie jak zaczarowany, wyrecytował Hornborin.

I, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, jednym susem zdobył zaklęty Kamień. Podniósłszy prawą rękę, zaczął wolno i uroczyście mówić; słowa padał, jak uderzenia dziesięciofuntowego młota. Oczywiście przemawiał w narzeczu krasnoludów, więc Torin przetłumaczył jego mowę Folkowi:

- O Durinie, Wielki Ojcze Młotów, dziś Twoi potomkowie zwracają się do Ciebie! Czarny Koszmar Głębin znowu opanował Twoje stare królestwo, górne poziomy są zajęte przez orków. Podpowiedz nam, skieruj nasze wysiłki we właściwą stronę!

Hornborin umilkł, przez kilka chwil w Sali panowała cisza, a potem w świadomości hobbita rozległ się cichy głos; Folko nie rozróżniał słów, zamiast słów rodziły się jakieś obrazy, niejasne, słabe i mętne; zrozumieć można był tylko ogólne wezwanie: w dół!

Jednakże odpowiedź to - o ile była to odpowiedź - była słaba, ledwo wyczuwalna, jakby przyszła skądś ze straszliwych odległości...

A potem wszyscy skierowali się do przeciwległej ściany Sali, i już nie zadawali sobie pytań, i nie rozmawiali o wydarzeniu. Hornborin i Torin szli ramię w ramię i nie sprzeczali się. Szedł Dorin, przygarbiony pod ciężarem worka na plecach, nie wypuszczając topora z ręki; szedł Malec, z obnażonym mieczem w prawej i sztyletem w lewej, i szedł Folko, z łukiem i nałożoną na cięciwę strzałą. Przecięli Salę i weszli w kolejny korytarz, prowadzący stromo w dół.

Opuścili Salę Zamkową, i Folko od razu poczuł, że coś jest nie tak. Wiszący na piersi sztylet nagle stał się ciężki, jak z ołowiu, a jeszcze pobolewające po spotkaniu czarnych macek serce zaczęło się tłuc spazmatycznie i nierówno. Przed nimi wszystko zakryła mgła, a światło pochodni nie mogło się przez nią przebić. Szara lepka mgła zwarła się nad nimi, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale wszyscy szli dalej, dlatego że wiedzieli - tak będzie, i trzeba iść. Coś na podobieństwo kolorowego obrazka tłukło się, drżało przed wewnętrznym wzrokiem hobbita, widział siebie jakby z boku - złamany, tracący oddech z niewypowiedzianego strachu, którego nie da się wytrzymać, nie da się określić, z powodu którego rozpada się jego, Folka sedno. Ale czuł też i to, że na razie jest chroniony przed tym lękiem, chroniony jego własną wolą i tą starą potęgą, która zaklęta została w Pierścieniu Hornborina i jego własnym sztylecie.

Mgła nieoczekiwanie ustąpiła. Przed ich wzrokiem otworzył się na poły zawalony odłamkami korytarz. Znajdowali się na Siódmym Głębinowym - ostatnim z poziomów Morii, poziomie magazynów i kuźni, poniżej którego znajdowały się już tylko sztolnie - dziesiątki mil starych, porzuconych korytarzy, ale błądzić po ich splotach, wydawało się nie mieć sensu - nie było tam ani wody, ani kryjówki, ani starych, niechby i porzuconych i zdewastowanych mieszkań. I mimo to Torin poprowadził ich w dół - musieli najpierw pójść do Sali Sto Jedenastej.

Zawalone sklepienie korytarza wyraziściej niż wszelkie słowa mówiły o tragedii, która się tu rozegrała - to tu, to tam ze sterty odłamków i drobnego gruzu sterczało stylisko kilofa; w jednym miejscu znaleźli wysmarowany czymś ciemnym krasnoludzki but. Maszerowali ostrożnie, nie chcąc niepokoić starych mogił; Torin obawiał się, że dalej droga będzie zamknięta, ale nie - między zwałami kamienia i sufitem zawsze znajdowali wystarczająco dużo miejsca, by się przecisnąć.

Sto Jedenasta Sala była nieprzytulnym miejscem. Kiedyś jej wysokie sklepienie podtrzymywało kilka rzędów spiralnych kolumn - teraz wszystkie leżały potłuczone na drobne kawałki. Z Sali, w której niegdyś ważono rudę - w rogu zachował się jeszcze żelazny szkielet dużej wagi - wychodziły jeszcze trzy kary tarze. Jeden prowadził w dół - do sztolni, skąd ciągnęło znajomym suchym żarem, drugi gwałtownie się wznosił, stając się wąskimi schodami, prowadzącymi gdzieś na drugi poziom; trzeci korytarz kończył się ścianą. Dorin najpierw ostukał przegrodę swoim oskardem - dźwięk był głuchy, za ułożoną ze starannie dopasowanych kamieni ścianą, wydawała się być macierzysta skała. Jak w wielu innych salach Morii, i tu była woda - ściekała do kamiennej niszy wydobywając się z przenikających całą Morię rur.

Dopiero tutaj krasnoludowie zaczęli rozmawiać. Należało iść do Płomiennych Oczu, na dno sztolni - tylko tam można znaleźć drogę do Podmoryjskich Dróg, Torin zaproponował, by się wyspali przed decydującym etapem, ale nikt nie miał ochoty na sen. Coś jak mdłości, strach sięgał gardła, i trzeba było dokładać wielu starań, by nie poddać się mu. Postanowili tylko dać krótko wypocząć nogom i plecom, a potem od razu ruszyć w dół. Folko z ciekawości postanowił przejść się po sali. Gloin przypomniał pozostałym o mithrilu, schowanym gdzieś w ścianach sali; Bran i Skidulf postanowili pójść z nim. Krasnoludowie zaczęli od prowadzącego do sztolni, starannie ostukiwali ściany. Ledwie krasnoludowie wzięli się do roboty, gdy Folko nieoczekiwanie zerknął w ciemną głębinę korytarza i krzyknął ostrzegawczo. Ściany i sufit jarzyły się purpurowymi odbłyskami rudych płomieni; ogień się zbliżał. Poderwali się na równe nogi i chwycili za broń. Folko rzucił się po swój łuk.

Zdążył na czas. Światło rozbuchanego płomienia zalało najbliższe zakręty korytarza i osłupiali krasnoludowie zobaczyli, jak obok nich do sali wpełzło szybkie, wijące się ciało, dokoła którego jarzyła się aureola prawdziwego ognia. Istota zauważyła krasnoludów, zamarła, wygięła się, jak przed wężowym uderzeniem. Stojący blisko istoty zobaczyli parę małych zimnych oczu na czarnej głowie, dokoła której wiły się rude języki, nie dającego dymu, ognia. Na mgnienie oka, a potem rozległ się odgłos spuszczanej cięciwy elfijskiego łuku i strzała wbiła się pod lewe oko istoty i wyszła na zewnątrz, już płonąca. Ale dokoła tego, co miała dokonać, zatrzymawszy uderzenie istoty i gasząc jego płomień. Chwilę później tylko krótkie niebieskie iskry przemykały wzdłuż długiego czarnego grzbietu, okrągła głowa uderzyła w podłogę.

Przez kilka chwil nikt nie mógł się ruszyć, a potem odezwał się wstrząśnięty Gloin:

- Ognisty czerw! Ognisty Czerw!

Krasnolud odstąpił o krok, unosząc dłonie do twarzy, ale zaraz otrząsnął się.

- Szybciej, bracia, potrzebna jest sieć! - krzyknął Dwalin. - Gdzieś tu widziałem...

Już ciągnął spod zwału żwiru splecioną z cienkich żelaznych linek dużą sieć - w niej transportowane były worki z rudą. Na pomoc mu rzucili się Gloin, Gimli, Tror i Bran.

- Co chcesz zrobić? - chwycił Gloina za rękaw Torin.

- Puść!.. Nie wiesz, czym rozpalał swoje Palenisko Wielki Durin?! Przecież to cud nad cuda! - Moryjczyk oddychał spazmatycznie. - Ogniste Czerwie żyły kiedyś w samym sercu gór, biorąc życie z ognia Płomiennych Oczu. Pierwszy Krasnolud łowił je i topił na nich żelazo, i wszyscy wiedzą, że nałożył na nie zaklęcie, i że jeśli wypełzają do góry, to ciągną do jego Paleniska. Palenisko jest gdzieś w pobliżu, szukajcie go, bracia! Powiadają jeszcze, że Czerwie pełzną do tego miejsca, gdzie został zabity ich współplemieniec. Jeśli to prawda, to wkrótce będą tu ich całe hordy!

- Co ty opowiadasz? - zapytał ponownie Torin.

Ale Moryjczyk wyrwał się i wymachując rękami, rzucił się do ściany i zaczął gorączkowo obstukiwać ją oskardem. Pozostali dreptali w miejscu nie wiedząc co robić, póki Dwalin nie krzyknął na nich:

- Nie stójcie, łapcie sieć, ciągnijcie do wyjścia! One topią i żelazo, i kamienie, ale powstrzymać ich na jakiś czas można!

- Zgłupieliście obaj, czy jak? - wściekł się Torin. - Po co łowić? Gdzie będziemy trzymać? Jakie Palenisko?

W tej samej chwili ściana odpowiedziała na uderzenie Gloina głuchym echem. Krasnolud trafił w pustkę. W następnej chwili oskardy wgryzły się w twardy kamień. Pracowali krasnoludowie z nieprawdopodobną prędkością, dopiero teraz Folko zrozumiał jak silne i wytrwałe są ręce gospodarzy Podziemnego Świata. W palcach Dorina błysnęło wiertło, z worków wydobyto ostre i ciężkie kliny - wbijano je w szczeliny czym się dało.

W szalonej pracy minęła godzina, kiedy oskard Torina nieoczekiwanie wpadł w przestrzeń za ścianą, a jego właściciel niemal zwalił się z nóg. Przebili się na wylot i teraz praca poszła łatwiej. Jeszcze po godzinie w ścianie utworzył się otwór, przez który można było przecisnąć się już do środka. Hobbit zapomniał o strachu i zanurkował w ciemność zaraz za Torinem. Pochodnie oświetliły niewielką komorę, aż po sufit wypełnioną białymi sztabami, ułożonymi w dokładne sztaple. W pierwszej chwili wydały się hobbitowi sztabkami srebra, ale przyjrzawszy się zrozumiał, że to nie jest srebro. Srebro nie miało takiego odcienia, nie miało takiego połysku, takiej czystości. Za nim rozległo się chóralne westchnienie krasnoludów. Mithril, marzenie krasnoludów Północnego Świata, metal, który przeniósł Morii bogactwo i sławę, leżał teraz przed nimi - i był w ich władzy. Dorin upadł na kolana przed ułożonymi jak drewno, w sągi, sztabkami, przycisnął do nich twarz. Pozostali czule głaskali długie sztabki, jak dzieci; Folkowi zrobiło się niezręcznie. Odwrócił się. Jego wzrok natrafił na wąskie przejście między sągami mithrilu. Trzymając pochodnię w ręku ruszył przed siebie. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że mocno wali mu serce.

Podszedł do gładkiej ściany, uderzył w nią kamieniem. Dźwięk był głuchy... Ale już nauczył się nie zawsze ufać wzrokowi i uszom. Wyciągnąwszy z pochwy swój sztylet kilka razy niezbyt mocno dźgnął wypolerowany granit, a z ust jego uleciał szept:

- O Elbereth! Gil toniel!

Nie zdziwił się, gdy kamienie wolno rozsunęły się na boki, odsłoniwszy niskie czarne przejście. Na klindze sztyletu wolno dogasało błękitne jarzenie...

- Folko! Folko, gdzie jesteś? - Za jego plecami wyrósł Malec z pochodnią i zamilkł wpół słowa, widząc otwarty korytarz. - Co to jest?

Zgiąwszy się we dwoje on, Folko i Torin zaczęli pełznąć niskim tunelem. Tunel skręcał pod ostrym kątem w prawo, ich dłonie - dziwna sprawa! - grzęzły w grubej warstwie pyłu, który znalazł się tu nie wiadomo jakim sposobem, i Folko usłyszał, jak Torin mamrocze:

- Ciekawe ile wieków nikt tu nie był?

Korytarz kończył się nagle, znaleźli się niewielkiej sali, podłogę której pokrywała równie gruba warstwa pyłu. Pochodnie oświetliły niedbale wykończone ściany, proste kamienne ławy, niskie sufit bez żadnych ozdób, a na środku pomieszczenia - ogromne kamienne kowadło i obok ciemne gigantyczne palenisko. Nad nimi w suficie widniał mały otwór wentylacyjnego komina. Torin i Malec runęli na kolana.

- Palenisko Durina... - niemal bezgłośnie wyszeptał Torin.

A ptem zaczęło się dziać coś niewyobrażalnego. Do kuźni przecisnęli się pozostali, zapalono nowe pochodnie i krasnoludowie, usiadłszy w krąg, zaczęli chórem śpiewać jakąś uroczystą pieśń w swoim niezrozumiałym języku. Folko nie rozumiał ani słowa, ale w gardłowych sylabach wyraźnie słyszał uderzenia młota. Magicznym ogniem płonęły oczy krasnoludów - nadeszła godzina ich triumfu!

Od chwili gdy weszli do Sali Durina minęło - jak się wydawało hobbitowi - sporo czasu, ale w rzeczywistości upłynęły tylko minuty. Potem Granin, wysłany z powrotem do Sali Sto Jedenastej, wszczął alarm i hobbit na własne oczy zobaczył polowanie na Ognistych Czerwie.

Czerwie, jak przepowiedział Gloin, zaczęły wypełzać z mroku korytarza do postrzelonego przez Folka towarzysza. Kierował polowaniem Gloin. Żelazna sieć spadała na płonące zawijasy ciała, czerw rozpaczliwie zwijał się, stalowa sieć rozżarzała się do czerwoności, ale krasnoludowie specjalnymi hakami, wyszukanymi w kuźni, wlekli zdobycz do Paleniska...

A potem, kiedy w zamkniętym szczelnie kamiennym palenisku złowieszczo syczał, zwijał się i pluł ogniem ponad dziesięć Czerwi, Folko z ciekawością przyglądał się pozostawionym przez nie śladom na kamieniach. Czerwie potrafiły topić kamienie i w potrafiły, jeśli zaszła taka potrzeba, przebijać korytarze w skałach, dokładnie tak jak ich powierzchniowi kuzyni gdzieś w hobbickim trawniku. Torin zebrał wszystkich krasnoludów w ciasnym kręgu. Zaczęła się tajemnica...

Trudno było hobbitowi zrozumieć, o czym przyjaciele mówią. Z trudem, chwytając strzępy słów, zrozumiał, że mowa jest o tym, żeby wykorzystać znalezisko i wykuć dla siebie niebywałą mithrilową broń, łącząc w niej siłę Pierścienia i Pamięci Durina. Folko nie rozumiał, co to znaczy. Krasnoludowie zaczęli mówić o czymś dawno im znanym, jakby zaczęły się spełniać najbardziej tajne i największe ich marzenia. Raz szybko, a raz wolno padały w ciszy Kuźni Durina słowa starych zaklęć - jasnym światłem płonęło złoto Pierścienia, który Hornborin zdjął z palca i przekazywał po kolei każdemu, wygłaszającemu słowa zaklęć krasnoludowi. A potem w żar, do czerwi, został włożony kawałek mithrilu i kilka kawałków żelaza znalezionych za Kuźnią. Nie pożałowali krasnoludowie również jakichś wonnych specyfików ze starych butli z zielonego szkła, stojących na półkach wzdłuż ścian.

Nagle przeraźliwie jasno zapłonął ogień w Palenisku i krasnoludowie ustawili się w ciasny krąg, zasłaniając plecami widok... Ciąg dalszy zlał się dla hobbita w długie godziny, kiedy bez przerwy dzwoniły młoty, wściekle miotał skry roztopiony metal - w Palenisku można było nie tylko kuć, ale również wytapiać metal. Skądś pojawiły się skomplikowane formy, ognistym strumieniem płynął cudowny metal po wytyczonej mu ścieżce, a potem ponownie wkładano go do Paleniska, później zaś kuto nie szczędząc sił. Krasnoludowie robili tylko krótkie przerwy, żeby w pośpiechu zjeść kawałek chleba i wychylić szklanicę piwa, i wracali do kowadła...

Ale nie tylko kuli. Nadeszła chwil, kiedy Torin z obrzydzeniem na obliczu cisnął w żar Paleniska miecz z Mogilników, który tak długo prowadził Upiora po ich śladach. Folko oczekiwał, że stanie się coś niezwykłego, ale wściekły płomień czerwi, który tak rozżarzył ścianki Paleniska, że nie można było nie tylko ich dotknąć - nie dało się stać obok! - bezgłośnie połknął wyrób nieznanego kowala, poświęcone martwemu światowi, i miecz stał się błyszczącą kałużą.

Jednak gdy Folko szybko zamknął oczy i wsłuchał w siebie usłyszał koszmarne zamogilne wycie, przepełnione bólem i bezsilnego szału. W duchu Folko zobaczył dziwny obraz: ciemne wzgórza, drzewa na stokach - i kołysana wiatrem biała istota w płaszczu i hełmie, stara, wstrętna i śmiertelnie niebezpieczna. I umierająca. Miecz, poświęcony Upiorom Mogilników, sczezł, a wraz z nim znikł ośrodek starego Mroku. Podmuch wiatru porwał szary płaszcz na drobniutkie, niewidzialne strzępy, hełm rozsypał się na próchno...

W końcu hobbita zmorzył sen. Krasnoludowie jakby zapomnieli o nim, praca pochłonęła ich całkowicie, a Folko przestał słyszeć ciężkie uderzenia młota o kowadło...

Kiedy obudził się w Kuźni panowała niezwykła cisza; teraz krasnoludowie uważnie wyciągali z ognistej masy długie i cienkie nici, zwijali pierścienie; z niezwykłą zręcznością pracowały ich palce - łańcuszki pierścieni na kolczugi rosły po prostu w oczach... Folko poczuł się zbędnym i niepotrzebnym - w milczeniu zajął się gotowaniem.

Minęło wiele godzin, póki nie zmęczyli się najwytrwalsi. Jednakże nie łatwo było odciągnąć krasnoludów od Paleniska. Kilka godzin snu, w pośpiechu przeżuty kawałek suchara i suszonego mięsa - i znowu do roboty...

Upływały długie podziemne dni. Czas zwolnił swój bieg, Folko czuł, że śpią oni o wiele mniej niż na powierzchni . krasnoludowie oszczędzali żywność, starając się tak manewrować zapasami, by starczyło na jak najdłużej. Folko nie przydawał im się do niczego. Zazwyczaj wciskał się w jakiś kąt Kuźni i w milczeniu przyglądał się jak wzlatują i opadają ciężkie młoty. Krasnoludowie wykuwali dla siebie nowe topory i krótkie grube sztylety, niskie, zakrywające całą głowę hełmy z ruchomymi przyłbicami, kolczugi, całe pokryte łuską mithrilowych płyt... Czasem wyruszali w dół korytarzem do Sztolni, po nowe Czerwie; polowania na te stwory były niebezpieczne i trudne, trzeba było długo błądzić po wypełnionych echem korytarzach w poszukiwaniu czerwonych odbłysków na ścianach - i wtedy szykowano stalową sieć, nie raz już, co prawda, sztukowaną. Lęki i obawy znikły, przypominało o nich tylko stałe niejasne poczucie niepokoju, do którego wszyscy już przywykli i przestali zauważać.

Minęło co najmniej siedem długich "podziemnych dni" od chwili, gdy pod rękami hobbita otworzyło się przejście do tajemnej Kuźni. W pewnej chwili Folko poczuł jakby głuchł - nagle w Kuźni zapanowała cisza. Praca był skończona, i krasnoludowie tłumnie podeszli do zdziwionego tą ciszą i ich zachowaniem hobbita. Torin wystąpił do przodu i w milczeniu, z szacunkiem pokłoniwszy się, położył na kolana hobbitowi niewielki hełm ze szczelną przyłbicą, kolczugę z naramiennikami, rękawice z płytkami, nagolenniki i nowe noże do miotania. Folko poczuł, że traci oddech patrząc na cudowny prezent; nie mogąc krztusić ani słowa mocno przycisnął do piersi drogocenny rynsztunek i drżącym głosem, plącząc się, zaczął dziękować przyjaciołom; krasnoludowie uśmiechali się z zadowoleniem - widać było, że pochwały szczerego hobbita sprawiają im przyjemność.

A potem Torin narzucił na wbity w ścianę hak swoją starą kolczugę i od ucha ciął ją swym nowym toporem. Ostrze wykrzesało iskry, a na ramieniu kolczugi pojawiła się wąska prosta dziura; krasnoludowie wydali z siebie pochwalne pomruki. Wtedy Torin tak samo wypróbował na swoim nowym pancerzu stary topór - broń odskoczyła od mithrtilowego rynsztunku z taką siłą, że wypadła z ręki krasnoluda i brzęcząc upadła na podłogę.

Po tych wydarzeniach już niedługo zostawali obok Paleniska Durina. Zabrawszy ze sobą po kilka sztabek drogocennego szczerego srebra, wyruszyli po korytarzu Ognistych Czerwi w dół, kierując się w niekończących się labiryntów Sztolni Morii.

Robiło się coraz goręcej, męczyło ich pragnienie, na spotkanie im ciągnął potok gorącego powietrza. Folko zalewał się potem; wody w Sztolniach nie było.

Niemal na chybił-trafił wlekli się po niekończących się, podobnych do siebie jak dwie krople wody kopalnianych wyrobiskach. Dwa czy trzy razy trafiali na Ogniste Czerwie, pośpiesznie umykających z ich drogi; nadal nie wydarzyło się nic podejrzanego. Coraz częściej marszczył czoło Torin, coraz częściej do przodu szedł Hornborin, coraz częściej wzdychał z żalem Wjard.

Nie przyniosło ulgi również kilka męczących, dusznych godzin, podczas których usiłowali się zdrzemnąć. Zostało im niewiele pochodni, kończyła się żywność i niemal nie było już wody. A schodzenie wymagało coraz więcej sił, drogę co i rusz przegradzały zapadliska; czasem między głazami było tyle miejsca, że mogli się przecisnąć, ale częściej trzeba było szukać obejścia, i gdyby nie wiedza Gloina i Dwalina, zostaliby na wieki w tym straszliwie jednostajnym labiryncie. Jednakże płynął czas, a drużyna nie potrafiły odnaleźć w pustych wyrobiskach niczego, co dałoby im klucz do rozwiązania zagadki Morii. Niektórzy z krasnoludów stracili ducha, rozpacz chwilami opanowywała również hobbita. Jak nienawistne stały się mu te szare ściany i sklepienia! Jak męczyła się oczy w tym pozbawionym zieleni i życia świecie! Hobbitowi często śniła się Hobbitania; jakież mieli plany, gdy z Torinem zaczynali wędrówkę!..

Jednakże hobbit mylił się sądząc, że wkrótce zawrócą i ostatnią przeszkodą na ich drodze powrotnej będą pułapki orków. Oddział uparcie przebijał się przez kolejną przegrodę, kiedy nagle idący od czoła Dorin niespodziewanie potknął się, machnął rękami usiłując utrzymać równowagę, a potem krótko wrzasnąwszy coś, zniknął między kamieniami. Krasnoludowie rzucili się do niego: wśród kamieni ziała czernią wąska szczelina zalana nieprzeniknionym mrokiem.

Przez kilka chwil krasnoludowie ze strachem patrzyli nad kamienną paszczę, która tak łatwo przełknęła ich towarzysza; hobbitowi zdawało się, że ten nienasycony pysk rozciągnął się w złośliwym i triumfującym uśmieszku. Jednakże, gdy tylko Torin szarpnął troki swojego worka, żeby wydobyć sznur, z ciemności doszedł ich głos Dorina:

- Hej, gdzie tam jesteście? Zejdźcie tu do mnie, Gloin, Dwalin! W życiu nie widziałem takich korytarzy...

Krasnoludowie odetchnęli z ulgą, Hornborin pochylił się nad szczeliną:

- Dorinie? Głęboko tam?

- Jakieś półtora sążnia - doszła odpowiedź. - Jakimś cudem nie skręciłem karku?

Torin rzucił w dół sznur, przywiązawszy go mocno do jednego z ostrych odłamków skały, i wraz z Hornborinem, Gloinem i Dwalinem zniknął w szczelinie. Przez kilka minut z dołu dochodziły przygłuszone głosy; Folko nie rozumiał słów, ale wyczuwało się w nich ogromne zdziwienie. W końcu z dziury wyłoniła się głowa Torina.

- Schodźcie na dół! - zawołał. - Nie wiem co, ale coś, chyba znaleźliśmy.

Ostrożnie i w ciszy, krasnoludowie po jednemu znikali w tajemniczej szczelinie. Zręczny hobbit zszedł na dół bez trudu, chociaż worek na plecach wyraźnie przeszkadzał. Czując pod nogami kamienną podłogę Folko rozejrzał się.

Stali w niewysokim korytarzu, całkowicie okrągłym, bez obowiązującej w całej Morii prostej podłogi. Idealnie równie ściany tunelu nie nosiły śladów polerowania, gdzieniegdzie zastygły na nich niewielkie czarne zacieki, coś jakby skamieniała roztopiona skała.

- To nie jest wyrąbane - przerwał ciszę Gloin. - To jest wytopione, albo zupełnie się nie znam na tunelach!

Przerzucając się krótkimi zdaniami, krasnoludowie obmacywali niezwykłe ściany. W świetle pochodni widać było szczelina w suficie i zwisającą linę. Torin poprawił topór za pasem i zawołał pozostałych.

- Korytarz prowadzi ze wschodu na zachód. Żar ciągnie z zachodu. Dokąd idziemy?

- Na zachód - głuchym głosem odezwał się Hornborin.

Folko drgnął - głos krasnoluda wypełniała trwoga, której nie odczuwało się od dawna. Krasnoludowie zawrócili i pomaszerowali do przodu, na spotkanie gorącemu oddechowi głębi.

- Gloinie, czy pod nami są jeszcze jakieś Sztolnie Morii? - zapytał moryjczyka Torin.

Ten pokręcił głową.

Szli w milczeniu, przygotowani na niespodzianki. Hobbit poczuł się źle, od dawna ugniatający go ciężar, stawał się wyraźniej odczuwalny, myśli skakały bezładnie, i, żeby zagłuszyć nieokreślony niepokój, hobbit zapytał cicho Torina:

- Słuchaj, a skąd wiedziałeś, że korytarz prowadzi ze wschodu na zachód?

Torin uśmiechnął się.

- Przecież wiesz zawsze gdzie jest góra, a gdzie dół, bracie hobbicie, tak samo jak i wszyscy urodzenia na ziemi. A my, krasnoludowie, nie rodzimy się na powierzchni... Tylko w głębinach, i dla tego to jest - instynktowne.

Rozmowa urwała się. Do ich słuchu doszedł niski, skrzypiący, syczący dźwięk, który rozbrzmiał w ciemnościach przed nimi. Tępa fala strachu napłynęła na hobbita - i znowu, który to już raz, poczuł, że to uderzenie przyjął na siebie Pierścień. Nie, nie przypadkowo pojawiło się Widmo przed Wrotami Morii, i sinica w sztolni! Pierścień pomagał im, i byli pod jego opieką o wiele silniejsi. Ale teraz spotkali coś innego.

Zatrzymali się nie umawiając. Krew waliła w skroniach, czoła pokryły się lepkim potem; znieruchomiawszy wpatrywali się w ciemność - ponieważ to tam znajdowała się ślepa, potężna moc. Folko wyraźnie poczuł przed sobą zwiniętą w sprężynę moc - ale nie nienawiść. Torin wysoko uniósł pochodnię i ruszył do przodu, obok niego maszerował Hornborin, a za nimi - Folko, który sam nie wiedział, jak znalazł się w pierwszym szeregu. Lawina ponurego zdecydowania stopiła jego duszę i wypchnęła ze świadomości całą resztę. Minęło sporo czasu, zanim przypomniał sobie swój sztylet. Niespodziewanie syk rozległ się znowu, krasnoludowie zatrzymali się, a potem zaczęli się cofać, kroczek po kroczku.

Z wykrzywioną twarzą Dorin wysoko uniósł ręce, jakby chciał zatrzymać wahających się, a potem na łeb na szyję runął do przodu. On nie powiedział ani słowa, ale pozostali poszli za nim. Teraz już nikt nie wątpił, że znaleźli to, czego szukali.

Ile jeszcze czasu kroczyli na spotkanie wciąż narastającemu upałowi? Folko zapomniał o wszystkim, straciwszy wszelkie wyobrażenie o tym co dzieje się dokoła. Pochodnie skąpo oświetlały gładkie czarne ściany; krasnoludowie szli rozciągniętym szeregiem, nie dało się iść inaczej po okrągłej podłodze. Ciemność dławiła swoją nieważką masą, zwierzęcy strach tłukł się w każdym sercu - ale mieli jeszcze trochę sił; dumnie wyprostowawszy się maszerował Hornborin, wystawiwszy przed siebie rękę z Pierścieniem.

Gdy ciężar w piersi stał się nie do wytrzymania, hobbit zdecydował się. Wyjął swój drogocenny sztylet, z purpurowym światłem smolistych pochodni zmieszał się błękitny blask cudownej broni. Krawędzie klingi płonęły jasnobłękitnym światłem, kwiaty błyszczały ciemnoniebiesko. W ciszy tunelu jakby rozdźwięczała się niewidzialna cienka struna, ale w tej samej chwili zwaliła się na nich fala łoskoczących, ryczących dźwięków - jakby przed nimi ryczał zbudzony zwierz; w tym ryku słychać było nienawiść, której nie czuło się wcześniej. Oczy Mroku zobaczyły coś, co doprowadziło jego mieszkańca do szału.

Nikt nie ustał. Upadając na kolana, zakrywając się rękami, gubiąc pochodnie, krasnoludowie cofnęli się, i tylko Hornborin wciąż stał, trzymając w jednej ręce pochodnię, na drugiej promieniał światłem Pierścień.

Folko szybko schował sztylet i nawet nie zdziwił się, gdy podziemny ryk zaczął gasnąć. Ale hobbit zrozumiał, że został "zauważony" i teraz już tak łatwo nie odpuszczą.

Krasnolud stłoczyli się za Hornborinem i znieruchomieli. Co powstrzymywało ich w tej chwili od ucieczki? Hobbit widział strach i rozpacz na ich twarzach, Wjardowi trzęsły się ręce, ale nikt, ani jeden z nich nawet nie zająknął się, żeby wracać.

Nastąpiła cisza. Zresztą w niej słychać jeszcze było zamierający głuchy ryk, a gdy w końcu ruszyli, to nie przeszli i setki kroków, gdy zauważyli przed sobą znajome błękitnawe świecenie. Serce hobbita potknęło się, ale nie odczuwał poprzedniego tłumiącego wolę i rozum strachu, jaki przeżył na spoczniku schodów - przeciwnie, zbudziła się w nim jakaś zuchwałość, a oprócz tego w jego świadomości z nieoczekiwaną jasnością pojawiła się myśl:" To nie jest przeciwko wam".

Któryś z krasnoludów krzyknął coś ochryple, któryś upadł. Folko zapamiętał wściekłe spojrzenie Dorina toporem w ręku i nieoczekiwanie wchodzącego na czoło Malca z dwoma obnażonymi klingami, a potem błękitna fala dotarła do nich, hobbit zawirował w gorących suchym wichrze, nie zdołał utrzymać się na nogach i zwalił na ziemię.

Jednakże to trwało niedługo. Kiedy Folko uniósł dudniącą głowę, dokoła panowała całkowita ciemność - pochodnie zgasły, tylko w jednym miejscu zauważył kilka tlących się węgielków. W mroku dokoła niego rozlegały się pochrząkiwania, sapanie, niezrozumiałe głosy... Odezwał się Torin:

- Cali? Wszyscy są? Dorinie, Hornborinie, gdzie jesteście?

Odpowiedzieli mu. Wszyscy krasnoludowie byli cali, wykpili się tylko lekkim strachem, nieporównywalnym w żaden sposób z tym wstrząsem, jaki omal nie wykończył ich na początku wędrówki po Morii.

Po omacku krzesali ogień i rozpalili pochodnie. Bran zaproponował, żeby trochę odpoczęli i zastanowili się, propozycję przyjęto. W ruch poszły manierki, zaszeleściły rozwiązywane skórzane kapciuchy.

Wszyscy mówili naraz, przekrzykując się nawzajem: dlaczego tym razem było inaczej? Co poniektórzy z krasnoludów już uznali, że nadeszła godzina ich śmierci, ale okazało się, że i to można przetrzymać.

Folko przyznał się, że - najprawdopodobniej - to jego sztylet wywołał wybuch podziemnego gniewu: na hobbita padło kilka niepewnych spojrzeń, a Wjard nawet odsunął się nieco dalej. Jak zwykle w takich przypadkach, nikt nie miał niczego rozsądnego do powiedzenia, póki nagle nie rozległ się niezwykle spokojny głos Malca, który do tej pory, wydawało się, drzemał pod ścianą:

- Według mnie, to wszystko jest jasne - rzucił nabijając fajkę. - Ta sinica - pochodzi od nich, prawda? To coś jak wydech, według mnie. Tyle że nie zwyczajnego wydechu, a... żywego. Poczekajcie, osłuchajcie mnie! Tam, na górze, on sam się na nas rzucił, no - natura jego taka! Natomiast ci, od których szedł do nas, nic do nas nie mają. Gdyby chcieli nas zmiażdżyć - dwadzieścia razy by już to zrobili! Nie mają do nas żadnej sprawy! A my możemy tu chodzić do końca wieków!...

- No to co - do góry? - zapytał Dorin.

- Nie, dlaczego... - wzruszył ramionami Malec. - Ja tam, gdzie wszyscy...

Nikt nie sprzeczał się z Malcem, ale nie dlatego, że nie było argumentów przeciwnych - nikt nie potrafił udowodnić, że nie ma racji, a on, zresztą, nie potrafił poprzeć dowodami swej teorii, dlatego odpoczęli i ruszyli dalej.

Ich wędrówka po Podmoryjskich Szlakach trwała jeszcze trzy pełne dni. Wytopiony tajemniczą istotą korytarz wyprowadził ich do niewielkiej sali - wytwór starego ognia, i tutaj właśnie na własne oczy zobaczyli Płomienne Oko. Z powodu potwornego żaru nie można było podejść blisko, ale widzieli - zapewne jako jedyni ze śmiertelnych - misterium narodzin Ognistego Czerwia w bulgocącym purpurowym kotle, gdzie wrzała roztopiona skała. Boleśnie cięło w oczy światło emitowane przez Oko Gór, i Folko przypomniał sobie ostatnie słowa listu: - "Wystrzegaj się Płomiennego Oka". Pośpiesznie wycofali się.

Zostawiając znaki na ścianach ruszyli prowadzącym pod górę i na zachód korytarzem. Był to zwyczajny jaskiniowy korytarz, kiedyś wypłukany w ciele skały przez cierpliwą wodę. Jednakże iść po nim było trudniej niż po wytopionej sztolni. Drużyna napotkała znowu zarośla czarnego porostu, przebili się przez nie z dużym trudem, mimo sztyletu hobbita niektóre z głodnych macek postanowiły wypróbować trwałość mithrilowego rynsztunku potomków Durina - w Wjarda uratowała tylko kunszt i broń Malca. Zetknęli się również z olbrzymim Ognistym Czerwiem, przed którym musieli uciekać co sił w nogach, a potem, gdy zeszli niżej i usłyszeli plusk płynącej gdzieś w pobliżu wody, w ciemnych przejściach obok brzegu Moryjskiego Rowu - a dotarli i do niego - Dorin zauważył słabo świecący grzbiet Strażnika Głębi w nieprzeniknionej wodzie, i Folko uraczył potwora strzałą, po czym ten zniknął natychmiast w ciemnościach. W korytarzach obok Rowu, o którym mówił Gandalf, że jego dno znajduje się poza światem i wiedzą, zrozumieli dlaczego wielki mag nie chciał zaćmiewać blasku dnia opisem tego, co przeżył w tych tunelach. Nie udało im się, mimo że próbowali, przedostać na zachód od Rowu. Na ich oczach z potwornym rumorem runęło sklepienie i ściana przed nimi, a w wyłomie pojawiło się coś, w pierwszej chwili przypominające Ognistego Czerwia, ale natychmiast zrozumieli, że to nie jest Czerw: ciemnopurpurowy płomień rozjaśnił skały, rozżarzona gruda przepłynęła od jednej ściany do drugiej, rozległo się syczenie i istota zniknęła w jednym z odgałęzień... Krasnoludowie długo nie potrafili zmusić siebie do opuszczenia kryjówek.

Kolejny raz pomaszerowali ku górze i w końcu natknęli się na jeszcze jeden wytopiony tunel; ucieszyli się z tego odkrycia, jakby to był Główny Szlak Morii. Prowadził ze wschodu na zachód, jak i pierwszy; jak i w pierwszym, z zachodu dochodził żar - suche i gorące powietrze. Pozostawiwszy za sobą zagadki Podmoryjskich Szlaków - coś podpowiadało krasnoludom, że wyjaśnienie zagadek kryje się nie tam - ruszyli po śliskim tunelu za zachód.

Wszystko się powtarzało. Znowu musieli walczyć ze sobą przy każdym ruchu; z popękanych warg sączyła się krew - w twarze bił gorący wiatr. Trafiały im się rozgałęzienia, ale wszystkie te tajemnicze tunele prowadziły w jednym kierunku - na zachód, odrobinę odchylając się na północ.

- Jak czerwie do przynęty, wszystko się kieruje w jedną stronę - ponuro zauważył po powrocie ze zwiadu w najbliższym korytarzu Dorin, i jego słowa zapadły w pamięć hobbita.

- Koniec! - ogłosił Torin, po sprawdzeniu manierek z wodą. - Dalej nie możemy iść, trzeba wracać!

- Poczekaj - powstrzymał go niespodziewanie Hornborin. - Jakoś tak czuję... Jeszcze mila czy dwie nie zmienią niczego, idźmy jeszcze kawałek.

Folko, który ani na chwilę nie zapomniał swojego widzenia w Sali Zamkowej, zaniepokoił się. Cisza aż dzwoniła wisząc nad drużyną. W sercu hobbita napięła się niewidzialna struna - obok, zupełnie blisko od ich grupy, zalegało coś, co swoją mocą zmiatało moc starych magów i moc elfickich wojowników.

Niechętnie, stękając i jęcząc, krasnoludowie zarzucili worki na plecy. Jednak maszerowali dość krótko. Nie zrobili i stu kroków, gdy nagle nogi omówiły im posłuszeństwa: z siłą tarana nieuchwytna siła mroku uderzyła w ich dusze. Folko pojął, że Pierścień osłabił uderzenie i napór tej siły, ale całkowicie odeprzeć jej nie mógł. Zatrzymali się, rozszerzonymi oczami wpatrując się w ciemność przed sobą. Gorący powiew nagle ustał; Hornborin wolno, bardzo wolno oderwał nogę od podłoża, i tej samej chwili cała skała dokoła nich zadrżała, rozległ się ciężki łoskot, od przodu potoczyły się kamienie walącej się ściany i mrok wypełzł im na spotkanie.

Niczego bardziej koszmarnego nie przeżył hobbit w swoim życiu. Skamieniały, nie mając sił wykonać jakiegokolwiek ruchu czy wydać dźwięku, stał i jak zaczarowany patrzył na zbliżającą się nicość i wyraźnie rozumiał, że to już koniec, od którego ratunku nie ma i być nie może. Hobbit nie czuł nic, wszystkie zmysły zgasły. W nadciągającej nicości nie czuło się nienawiści, i to potęgowało strach. Znieruchomiałe źrenice hobbita zaszkliły się.

I nagle coś jak błyskawica niespodziewanie przebiło niezniszczalny, wydawało się, kamienny strop, eksplodując w mroku podziemia niczym oślepiająca zorza. To Hornborin, chwiejnie postąpił jednak naprzód i Pierścień zalśnił, jak małe słońce, na jego prawej ręce. Biły z niego promienie i blask, a Hornborin kroczył na spotkanie mroku, a pozostali jakby zrzucili z siebie ciężkie okowy nieznanego zaklęcia. Hobbit cały zadrżał, wierzył, że i tym razem Mrok odstąpi, że wyrwą się z tych śmiertelnych objęć!

Mrok rzeczywiście zatrzymał się, jakby niezdecydowany. Płynący dotychczas jak wielka czarna fala - w świetle pochodni widać było jak połyskujące z lekka sklepienie znikało pod jego żywymi falami - spiętrzył się, jakby trafił na niewidzialną przeszkodę; przez czarną ścianę przebiegło drżenie. A potem wysoko spiętrzony wał czerni runął w dół, prosto na stojącego z wysoko uniesioną ręką nie poddającego się Hornborina. Rozległ się głuchy, straszny odgłos - ni to szczęk, ni to chrzęst. Krasnolud zniknął pod pochłaniającym go Mrokiem, i w tej samej chwili nieznośny ból spowodował, że hobbit runął na podłogę w straszliwych spazmach. Zdążył tylko, tracąc przytomność, zauważyć, że straszliwa fala odpływa, zostawiając na podłodze rozpostarte ciało Hornborina...

Upadając Folko odruchowo chwycił rękojeść sztyletu ukrytego na piersi i chyba to dało mu tyle sił, że widział jak walą się dokoła niego wszyscy jego towarzysze, i że tylko Torin, rycząc, pełznie do nieruchomo leżącego Hornborina, pochyla się nad nim, coś bezdźwięcznie krzyczy, a potem rozpaczliwym ruchem zrywa Pierścień z bezwładnie leżącej ręki i chowa gdzieś w zanadrze...

Potem wszystko się urwało.

Odzyskiwał świadomość długo o boleśnie. Gdy krwawa mgła koszmarnych majaków w końcu odstąpiła, hobbit zobaczył, że leży w dobrze sobie znanej Sali Sto Jedenastej, a dokoła niego zgromadzili się przyjaciele. Przy jego wezgłowiu, obok wsuniętego pod głowę zwiniętego płaszcza, siedzi Malec, właśnie zdejmujący opatrunek z rozciętego czoła hobbita. - Co się stało? Co z nami? - wykrztusił Folko, ale Malec odwrócił się. - Gdzie Hornborin?

Krasnoludowie w milczeniu rozstąpili się i hobbit zobaczył kamienny nagrobek po środku sali, przykryty czerwoną granitową płytą. Wszyscy milczeli i Folko poczuł, że szczypie go w nosie, a z oczu płyną łzy.

- Kiedy upadliśmy, Torin podpełzł do niego - Bran skinął głową w stronę grobu, unikając nazywania zabitego przyjaciele po imieniu - i dociągnął go do nas. - Westchnął przeciągle. - Nie pamiętam, jak umknęliśmy stamtąd - nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Nie, niesłusznie poza oczy nazywaliśmy Moryjczyków tchórzami. Nic się tu nie poradzi, przyjacielu Folko, moc tych podziemnych jest straszliwa. Nawet mithrilowa zbroja na nim została przebita! Pora wycofywać się, bracia. - Bran mówił coraz głośniej, zwracając się już do wszystkich. - Nie mamy już co tu robić. Co do mnie - to pora kończyć i wracać do swoich gór. Moria jest dla nas stracona.

- To się jeszcze zobaczy! - krzyknął Dorin. - Musimy walczyć i musimy wiedzieć jak. Nawet jeśli zginą setki, to oczyszczą drogę dla dziesiątków tysięcy innych!

Odpowiedziało mu ponure milczenie pozostałych, nawet Gloin i Dwalin stali posępnie wpatrując się w podłogę. Wszyscy krasnoludowie byli przygnębieni, wstrząśnięci i zmieszani. Nie odpowiedział na namiętną przemowę Dorina nawet Torin.

- Kończą się nam zapasy - powiedział głuchym głosem. - Musimy wracać na górę, tam o wszystkim zdecydujemy. A i Rogwold nie może się nas doczekać...

Powrót nie był łatwy, wydawało się, że orkowie podwoili swoją liczebność. Dwukrotnie ich niewielki oddział przebijał się przez szeregi wrogów, walcząc z taką zaciekłością, że nie powstrzymałby ich nikt. Nieśli ze sobą sporo mithrilu, a ich nowy rynsztunek okazał się naprawdę nie do przebicia. Uratował on życie również hobbitowi, gdy olbrzymi ork dźgnął go swoim jataganem prosto w pierś. Cztery dni trwał powrót i w końcu znaleźli się przed Wrotami.

 

przełożyli Ewa i Eugeniusz Dębscy