Listy Tolkiena po polsku

- recenzja

Cezary Karolczak

 

 

Wydawnictwu Zysk i S-ka należą się gratulacje za wydanie Listów J. R. R. Tolkiena, ale...

(Z listu do Raynera Unwina w sprawie tłumaczenia Władcy Pierścieni na język holenderski):

„Z zasady wyrażam absolutny sprzeciw co do „tłumaczenia” nazewnictwa (nawet przez osobę kompetentną). Ciekawe, dlaczego tłumacz miałby się czuć powołany czy uprawniony do czegoś takiego. To, że jest to świat „wymyślony”, nie daje mu żadnego prawa do przerabiania go według swego widzimisię, nawet gdyby w kilka miesięcy potrafił stworzyć nową, spójną strukturę, której opracowanie zajęło mi wiele lat. (...) Przecież książka jest angielska, napisał ją Anglik i prawdopodobnie nawet ci, którzy chcieliby przeczytać ją we własnej mowie, nie będą żądać od tłumacza, by celowo starał się zniszczyć koloryt lokalny.” (s. 374)

(Z listu do wydawnictwa Allen & Unwin w sprawie tłumaczenia Władcy na język polski):

„Powinna [Maria Skibniewska – tłumaczka (przyp. C. K.)] kierować się ogólną zasadą, by jak najmniej tłumaczyć czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa, jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu. To, że hobbici mówili dawnym, własnym językiem, jest oczywiście pseudohistorycznym twierdzeniem, wymuszonym przez charakter opowieści. Mógłbym dostarczyć lub wymyślić oryginalne hobbickie formy wszystkich imion pojawiających się po angielsku, jak Baggins czy Shire, ale byłoby to zupełnie bezsensowne. Moim zdaniem, nazwiska osób powinny zostać nietknięte. Wolałbym także nie ruszać nazw miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym wyjściem byłoby dołączenie na końcu książki listy nazw mających jakieś znaczenie po angielsku z wyjaśnieniami po polsku.” (s. 447)

Cytowane dwa fragmenty jednoznacznie wskazują na stosunek Tolkiena do tłumaczeń swego dzieła. Co ma wspólnego Samlis Gaduła z watą możemy się dowiedzieć chyba tylko od wydawcy Władcy wg. Łozińskiego, bo na samego tłumacza raczej nie ma co liczyć. Wydane przez Zyska Listy ujawniają wszystkie głupstwa drugiego tłumaczenia i jednocześnie charakter samego wydawnictwa. Wydaje się, że Zysk sam zaplątał się w swoich matactwach, gdyż treść listów jest chyba najważniejszym głosem przeciwko firmowej wersji książki Tolkiena. Listy zostały wydane pośpiesznie, tuż przed świętami Bożego Narodzenia (czyżby potencjalny prezent?), w fatalnej miękkiej okładce, z koszmarną okładką (Kto wpadł na pomysł doboru takiej czcionki tytułowej?), na której mamy żałosny rysunek rozerwanej koperty.

Listy czyta się bardzo dobrze, oczywiście z pominięciem „odłozińskich” nazw. Tłumaczka (Agnieszka Sylwanowicz) musiała chyba wybłagać możliwość umieszczenia nazw z pierwszego tłumaczenia Władcy, bo w nawiasach kwadratowych mamy owe nazwy, jednak tylko w początkowych partiach książki. Jest oczywiste, że Zysk wymusił na tłumaczce takie, a nie inne nazewnictwo (zgodnie ze swoim logo), które i tak jednak wielokrotnie się przeplata, tworząc niemiłosierny zamęt - mamy Golluma i Gulluma, wspomnianego już Samlisa Gadułę i Sama Gamgee, Dziadunia i Starzyka, Shire i Włość itd. Nie udało się, bo nie mogło się udać, całkowite usunięcie nazw z przekładu Marii Skibniewskiej, ale udało się jeszcze bardziej zamieszać w głowach czytelników. Czytelników, którzy za Listy zapłacili 45 złotych.

W samym tekście nie ma zbyt wielu pomyłek, ale wydawnictwo powinno zadbać o lepszą znajomość greki (czyt. chociaż zajrzeć do słownika). Praktycznie wszystkie wyrażenia greckie zostały w mniejszy lub większy sposób wydrukowane błędnie. Pozwolę sobie na systematyczny wykaz błędów: (po lewej stronie znaczka „/” będzie stał wyraz w książce, zaś po prawej wyraz poprawny, w nawiasie kwadratowym umieszczę mój komentarz, źródłem był czterotomowy słownik grecko-polski pod red. Zofii Abramowiczówny, PWN 1958)

s. 162 demokcratia / demokratia [demokratia, a nie jakaś demochratia]

s. 165 eiqe geuoimhn  [błędem jest umieszczenie przydechu i akcentu na dwóch miejscach, gdy powinny się one znaleźć nad jotą w eiqe, samo wyrażenie eithe geuoimen jest Optativem i znaczy: „oby było dane skosztować”]

s. 166 mechanizmem / mechanicyzmem [tutaj błąd w tekście polskim, mechanizm z pewnością nie jest jedną z ideologii]

s. 227 noumenon / nooumenon [noumenon, a nie numenon, zwłaszcza, że mówi o tym przypis na s. 667]

s. 279 ho<<-koumenh / h oikoumenh  [to jakiś potworek, nie dość, że rodzajnik złączony z całością, to jeszcze nie wiadomo o co chodzi, a przecież to parokrotnie powtarzający się wyraz oikumene]

s.302 aggeloz / aggeloV  [wielokrotnie powtarzany błąd, wyrazy kończące się sigmą mają jej drugą postać V, a nie jakąś dzetę z, nie angelodz, lecz angelos – posłaniec, błędem także jest akcent nad gammą, ma być nad alfą wraz z przydechem]

s. 402 sdont / odous [tutaj miałem kłopot, co to jest sdont, z kontekstu chodzi o ząb, więc grecki odys]

s. 402 qeoz / qeoV [theos zamiast theodz]

s. 403 logoz / logoV [logos zamiast logodz]

s. 452 fusiz / fusiV  [fysis zamiast fysidz]

s. 671 gohz / gohV ; gohgeia  /  gohteia  [goes zamiast goedz i goeteia zamiast goegeia]

Właściwie tylko jaszczurka saura jest poprawnym słówkiem greckim. Ponadto brak jest przypisu na stronie 392. Tyle niedociągnięcia w samym tekście.

Bardzo denerwującą rzeczą jest brak jakiegokolwiek spisu treści, choćby tylko z zaznaczeniem adresata i daty. Uniemożliwia to odszukanie interesujących nas wiadomości i zmusza do wertowania całej książki. Zbawienną sprawą byłby indeks nazwisk i nazw własnych, ale to by kosztowało więcej wysiłku i starań, bo przecież zysk najważniejszy.

Zbiór listów Tolkiena jest, pomimo wytkniętych błędów, obowiązkową pozycją dla każdego miłośnika i badacza dzieł Profesora. Osobiście uważam, że otrzymaliśmy podstawowy komentarz do Władcy Pierścieni oraz wiele cennych uwag przydatnych przy interpretowaniu mitologii Śródziemia, na które przyjdzie z pewnością jeszcze czas. Szkoda tylko, że polskie Listy powielają schemat, że lepiej zyskać mniejszym kosztem własnym, niż zrobić coś naprawdę dobrze.  

 

J. R. R. Tolkien, Listy, tłum. Agnieszka Sylwanowicz, Zysk i Sk-a, Poznań 2000.

 

Listy Tolkiena po polsku

(dodatek do recenzji)

Cezary Karolczak, oceniając jakość polskiego przekładu Listów, oparł się tylko na wydaniu polskim. Po porównaniu pisowni słów greckich w wydaniu polskim i oryginalnym, stwierdziłem, że na str. 162, 165, 227 i 302 wydawca polski wiernie odwzorował zapis oryginału; w pozostałych miejscach są to jego błędy. Z czego wynikają te pierwsze rozbieżności, nie wiem: może z niewłaściwego odczytania przez wydawcę angielskiego pisma ręcznego Profesora, może z innych przyczyn; tak czy inaczej redaktor wydania polskiego nie był uprawniony do ich korygowania.

Druga uwaga, tym razem nie tylko do C. Karolczaka. Nazwa wydawnictwa Zysk i S-ka pochodzi od nazwiska właściciela, Tadeusza Zyska. Nie należy więc pisać „wydany przez ZYSK”, ale „przez wydawnictwo Zysk i Ska” lub „przez Zyska”, zaś żarty typu „lepiej ZYSKać” są niewłaściwe i niekulturalne.

 

Tadeusz A. Olszański

Od redakcji:

Uwagi Tadeusza A. Olszańskiego, które znalazły się w dodatku do recenzji, odnoszą się do jej pierwotnego kształtu. Redakcja postanowiła wprowadzić pewne korekty do tekstu, aby usunąć sformułowania mogące budzić kontrowersje. Wzięły się one jedynie z braku odpowiedniej redakcji tekstu recenzji, a nie wynikały ze złych intencji autora lub naszych. Tym niemniej wszystkich czytelników oraz Pana Tadeusza Zyska przepraszamy za zaistniałą sytuację.

 

Autor odpowiada

W komentarzu do uwag o polskim wydaniu Listów Tolkiena Tadeusz Olszański słusznie potępia moje głupie żarty. Nie było moim zamiarem nikogo wyśmiewać, a tym bardziej obrażać. Wszystkich, których dotknął ten tekst przepraszam. Jednocześnie dziękuję redakcji za skorygowanie tekstu, dzięki czemu efekt mojej niefrasobliwości troszeczkę się zmniejszył.

Rzeczywiście, moje uwagi dotyczyły jedynie wydania polskiego, a wydania  angielskiego nigdy nie miałem w rękach. Być może jest to jakiś argument na rzecz mojej niekompetencji. Niemniej, uwagi nie dotyczyły przekładu, ale ogólnych wrażeń z lektury. Miło mi, że Tadeusz natrudził się i sprawdził zapis greckich wyrażeń w oryginale. Oczywiście, redaktor wydania nie był uprawniony do ich korygowania, ale mógł na nie zwrócić uwagę. Zdaję sobie sprawę, że przytoczone błędy są mało istotne i wyglądają jak przejaw kompleksów pedanta, ale wydaje mi się, że psują językoznawczy charakter listów i częściowo ich zrozumiałość. Rzecz jasna, chodzi także o dobrą robotę. 

 

Cezary Karolczak