![]() |
|
|
|
|
|
Droga pod Górę Przyjaźni |
Cezary Karolczak |
|
|
|
Srebrnemu Listeczkowi˜Ων
η σοφία
παρασκευάζεται
εις την του
όλου βίου μακαριότητα,
πολύ
μέγιστόν
εστιν η της
φιλίας κτησις[1].
Wejście
Mówienie
o przyjaźni, a o tym jest niniejsza praca, jest dzisiaj anachronizmem. W
zalewie różnorodnych informacji, przekazów, wzajemnych oskarżeń, mitów,
zinterpretowanych faktów przyjaźń umyka na plan dalszy, zaszywa się
gdzieś w kącie, umiera. Owszem, pojawia się wciąż jeszcze jako słowo,
ale w tak różnych znaczeniach, że nie sposób już powiedzieć, kto jest
czyim przyjacielem. Łatwo przychodzi na usta, powtarzany w niejednym
popularnym programie rozrywkowym, slogan: „on jest moim przyjacielem,
ona jest moją przyjaciółką”, pomimo że spotkali się ledwie kilka
godzin wcześniej. Nie zamierzam tutaj biadolić nad współczesną, faktem
faktów dość infantylną, rzeczywistością. Czyżbym już stanął po
drugiej stronie? Być może gloryfikowanie przyjaźni, powrót do jej
klasycznych znaczeń i lektura nieczytanych tekstów umieszczają mnie poza
codziennym wirem medialnym. Och! Jakiż jestem niecodzienny! Tekst
traktuje, jak już wspomniałem, o przyjaźni. O najwspanialszym związku międzyludzkim.
Główną osią, wokół której obracają się moje rozważania jest
greckie słowo η φιλία. Ma ono wiele znaczeń,
choć przyjęło się w pierwszej kolejności tłumaczyć je jako przyjaźń.
Grecka przyjaźń pochodzi od podobnie brzmiącego czasownika
φιλέω – kocham, lubię. Już w starożytności
filozofowie poświęcający swoje rozważania problematyce przyjaźni (choćby
Platon, Arystoteles, Epikur, Cyceron) różnili się co do sensu tego słowa.
Niemniej jednak byli w jednym zgodni – przyjaźń ma ogromną wagę w
życiu człowieka. Bliskość
znaczeniowa przyjaźni i miłości doprowadzała niekiedy do ich utożsamienia,
zwłaszcza, gdy miłość ograniczano do miłości erotycznej. W czasach
powrotu do ciała, w naszych ulotnych czasach, doszło do zastąpienia
przyjaźni krótkotrwałym związkiem o erotyczno-przyjemnościowym
charakterze. Dlatego też położyłem silny nacisk na moment stałości w
przyjaźni. W
tekście znalazło się wiele mocnych tez, które niejako rzucam w eter, nie
rozwijam ich i nie poddaję żmudnej procedurze uzasadniania. Np. można nie
zgadzać się z tezą dotyczącą związku między Frodem a Samem. Nie jest
to bowiem przyjaźń rozumiana zgodnie z duchem greckiej
φιλία. Sam do końca pozostaje sługą Froda, a
Frodo panem Sama. Ta nierówność jest główną przeszkodą ostatecznego
zjednoczenia tych dwóch dusz. Podobnych krytycznych momentów w pracy jest
więcej. Zdaję sobie z nich sprawę. Chcę jednak powiedzieć, że moim
celem nie było podanie wyczerpującej analizy przyjaźni u Tolkiena. Wiele
osób zrobiłoby to z pewnością znacznie lepiej. Zaczynałem raczej od
samej przyjaźni, jej roli w życiu człowieka oraz problemów jakie przed
nią stoją. Dopiero później pojawiła się możliwość wplecenia wątków
tolkienowskich, okołotolkienowskich i innych. W ten sposób powstała
tkanina (oczywiście, gdzieniegdzie dziurawa i prująca się nieco) utkana z
wielu różnych tekstów i przeogromnej ilości znaczeń. Długo myślałem
o zmierzeniu się z problematyką przyjaźni. W końcu powstał tekst, który
za chwilę usłyszycie. Podobno[2]
na frontonie bramy, prowadzącej do ogrodu Epikura, widniał napis:
„Gościu, tutaj będzie ci dobrze, tutaj najwyższym dobrem jest
przyjemność”. Mam nadzieję, że te kilka chwil nie uznacie za
zmarnowane, a słuchając, wspomnicie przyjemne chwile spędzone w gronie
waszych przyjaciół. Nie pozostaje nic innego jak użyć tajemnego zaklęcia
spod bramy Morii: Powiedz przyjacielu i wejdź. U
podnóża
„Od
południa i zachodu zwrócony ku ciepłym dolinom Anduiny, od wschodu osłonięty
ścianą Efel Duathu, lecz na tyle od niej odległy, że nie padały nań
cienie gór, od północy chroniony przez pasmo Emyn Muil, kraj ten stał
otworem dla powiewów południa i wilgotnych wiatrów od dalekiego morza.
Wiele olbrzymich drzew zasadzonych w niepamiętnej przeszłości, starzało
się bez opieki wśród tłumu swego niedbałego potomstwa; w zaroślach i
gajach stały zbitą gęstwą tamaryszki, aromatyczne drzewa terpentynowe,
oliwki i wawrzyny. Rósł także jałowiec i mirt, tymianek krzewił się
bujnie i rozpełzał zdrewniałymi pędami wśród kamieni okrywając je
grubym kobiercem; rozmaite odmiany szałwi kwitły błękitem, czerwienią
lub jasną zielenią; obok majeranku i pietruszki Sam dostrzegał rozmaite
wonne ziółka, których nie spotkał w swojej ogrodniczej praktyce w ojczyźnie.
Ściany i rozpadliny pstrzyły się od rozpełzłych skalnych pnączy.
Prymule i anemony kwitły wśród poszycia leśnego, asfodele i różne
kwiaty liliowate kołysały w trawie na pół otwartymi koronami, a
ciemniejsza zieleń otaczała jeziorka, rozlane w miejscach, gdzie spadające
z gór potoki zatrzymywały się w chłodnych zagłębieniach na swej drodze
ku Anduinie. Wędrowcy
odwrócili się od drogi i zeszli niżej. Kiedy przedzierali się przez zarośla
i brodzili w trawie, słodkie zapachy biły im w nozdrza. Gollum krztusił
się i prychał, ale hobbici wciągali powietrze w płuca jak mogli najgłębiej,
a Sam w pewnej chwili zaśmiał się w głos, po prostu z nadmiaru radości.
Trzymali się biegu strumienia, który raźno spływał w dół, aż
doprowadził ich do czystego jeziorka w płytkiej kotlinie; woda lśniła wśród
ruin starego kamiennego zbiornika, jego rzeźbione obmurowanie zarosło
niemal całkowicie mchem i głogiem. Kosaćce otaczały je wkoło
kwiecistymi szablami, lilie wodne rozkładały płaskie liście na ciemnej,
porysowanej drobnymi zmarszczkami tafli; jezioro było głębokie i chłodne,
a u jego drugiego końca nurt odpływał dalej przez kamienny próg”[3].
Cudowne
Ithilien jest dobrym punktem wyjścia dla naszych rozważań. To tutaj Sam i
Frodo będą posilać się, tuż przed ostatnim etapem podróży do Mordoru,
smakowitą potrawką z królika. Tu także zamieszka pewna młoda para
– Eowina i Faramir. Ithilien jest zacisznym zakątkiem, w którym
przyjaźń i życzliwość znajdują swoje potwierdzenie w otaczającym pięknie
przyrody. Nic więc dziwnego, że każdorazowa ingerencja sił zła w tą
urokliwą krainę rani znacznie bardziej niż podobna agresja w jakikolwiek
inny zakątek Śródziemia. Frodo
znużony zasypia w paprociach, a Sam – jego wierny druh, sługa,
przyjaciel czuwa i szepce znamienne słowa: „Kocham go. Jest, jaki
jest, a czasem prześwieca dziwnie. Ale tak czy owak, kocham go”[4].
Czyż trzeba więcej, by podkreślić więź między dwojgiem? Kocham go, bo
jest taki, jaki jest – opanowany, cierpliwy i miłosierny. Wie co robić
w trudnych sytuacjach, choć pochodzi z tego samego co ja kraiku na Północy.
Dźwiga ciężar, pomimo że jest on dla niego wyraźnie za ciężki. Mimo
to kroczy naprzód nie zważając na trudy i wysoce prawdopodobną klęskę.
Kocham go, bo i on mnie kocha. Wziął mnie ze sobą na niebezpieczną
wyprawę pomimo mojej nadmiernej ciekawości. Obdarzył mnie zaufaniem, choć
inni nasi towarzysze zasługiwali bardziej. To dzięki niemu zobaczyłem
elfy i wiele innych cudów, o których będę godzinami opowiadał
Dziaduniowi. Tak, kocham go, mimo że czasami nie rozumiem jego zachowań, a
jego twarz jakoś tak wyszlachetniała. Zatem zrobię memu panu potrawkę z
królika. Szkoda tylko, że nie ma cebulki, talerzy i ziemniaków. Kilka
dni[5]
przed wspomnianym odpoczynkiem, w stolicy Rohanu miało miejsce przedziwne
spotkanie. Dobrze zapowiadający się mężczyzna spotyka piękną kobietę.
„Kobieta zawróciła wolnym krokiem do pałacu. W progu obejrzała się
raz jeszcze. Oczy miała poważne i zadumane, a na króla patrzała ze
spokojną litością. Była bardzo piękna, włosy spływały na jej ramiona
jak rzeka złota. W białej sukni przepasanej srebrem wydawała się smukła
i wiotka, lecz zarazem mocna jak stal i dumna, jak przystało córce królów.
Tak się zdarzyło, że Aragorn w pełnym świetle dnia zobaczył Eowinę,
księżniczkę Rohanu, piękną i chłodną jak poranek wczesnej wiosny, nie
rozkwitłą jeszcze pełnią kobiecej urody. I w tej samej chwili ona
dostrzegła Aragorna; spadkobierca królewskiego rodu, mądry mądrością
wielu zim, chwałę swoją krył pod szarym płaszczem, lecz Eowina ją
wyczuła. Na sekundę jakby skamieniała w bezruchu, lecz zaraz ocknęła się,
odwróciła i szybko odeszła”[6]. Cóż mogło wyniknąć z
tego spotkania? Dziś żądalibyśmy rozwoju akcji w przewidywalnym przez
wszystkich kierunku. Heros spotyka młodą dziewczynę, której nie brak,
jak się później okazuje, męskiego wigoru, zostają kochankami, by później
rozstać się w przykrych okolicznościach. On wraca do kobiety mu
przeznaczonej, ona ginie w walce z potworem. Tak jednak się nie dzieje. Być
może Aragorn jest za bardzo boski, by poddać się pokusie spędzenia
upojnych chwil z Eowiną – jest przecież królem. A król nie może
sobie pozwolić na to, by własne czyny stały się dla poddanych przykładem
godnym potępienia. Ponadto, a może przede wszystkim, zaprzedałby się
temu co nietrwałe i przemijające - chwilowej uciesze, która szybko
przerodziłaby się w codzienne wyrzuty sumienia. Prześledźmy jednak losy
Aragorna i Eowiny, by dostrzec pewną ścieżkę, po której może wędrować
zauroczenie. Eowina
spotyka Aragorna w Edoras. Podczas spotkania z Theodenem księżniczka
podawała gościom puchar z winem. „Przed Aragornem zatrzymała się
na długą chwilę i podniosła ku niemu błyszczące oczy. Aragorn spojrzał
z uśmiechem w jej piękną twarz; gdy brał kielich, ręce ich spotkały się
i poczuł, że księżniczka zadrżała”[7].
Kilka dni później Aragorn powtórnie przyjeżdża do Edoras. W Dunharrow
wyjawia Eowinie plan dalszej wyprawy Ścieżką Umarłych. „
– Ależ to szaleństwo! – zawołała. – Są z tobą sławni
i mężni rycerze, których nie w cień śmierci godzi się prowadzić, lecz
na pole walki, gdzie bardziej są potrzebni. Błagam cię, zostań.
Pojedziesz do Edoras wraz z moim bratem. Twoja obecność pokrzepi serca i
doda nam wszystkim nadziei”[8].
A gdy zostali na chwilę sami księżniczka, której Aragorn polecił zostać
wraz z jej ludem, w pełnej napięcia rozmowie okazuje swoje uczucia:
„– Jeźdźcy, którzy ci towarzyszą, także nie mają tego
obowiązku. Jadą ponieważ nie chcą rozstać się z tobą, ponieważ cię
kochają. Odwróciła się i znikła wśród nocy”[9].
Nawet błagania następnego dnia nic nie wskórały. Aragorn odjeżdża, choć
ból wynikły z rozdarcia pomiędzy własnym losem, a widokiem cierpiącej
księżniczki był nie do zniesienia. „Eowina stała niby posąg
kamienny, opuściwszy ramiona, i zaciskając pięści patrzyła za odjeżdżającymi,
póki nie skryli się w cieniu pod czarną ścianą Dwimorbergu, Nawiedzanej
Góry, w której otwierała się Brama Umarłych. Kiedy znikli jej z oczu,
zawróciła i potykając się jak ślepiec poszła ku domowi”[10]. W
tym samym czasie w Ithilien Frodo z Samem spotykają Faramira i jego oddział.
Po raz pierwszy od kilku dni widzą ludzi, którzy są im życzliwi. Faramir
okazał się człowiekiem mniej porywczym od swojego brata Boromira. W
monologu wyjawia głęboko ukryte pragnienie: „–
Pragnąłbym tylko ujrzeć znów Białe Drzewo, kwitnące na dziedzińcu królewskim,
powrót Srebrnej Korony i Minas Tirith zażywającą pokoju; chciałbym, żeby
Minas Anor jak ongi jaśniała światłem, smukła i piękna, jak królowa wśród
innych królowych; nie chciałbym, żeby była panią mnóstwa niewolników,
nawet gdyby była łagodną panią dobrowolnych niewolników. Wojna jest
nieuchronna, skoro trzeba bronić życia przed niszczycielem, który
wszystkich nas by pożarł; ale nie kocham lśniącego miecza za ostrość
jego stali, nie kocham strzały za jej chyżość ani żołnierza za wojenną
sławę. Kocham tylko to, czego bronią miecze, strzały i żołnierze: kraj
ludzi z Numenoru. I chcę, żeby go kochano za jego przeszłość, za starożytność,
za piękno i za dzisiejszą mądrość. Nie chcę, żeby się go lękano,
chyba tak tylko, jak lękają się ludzie czcigodnego, rozumnego
starca”[11].
Te słowa poruszają bo są wyrazem wielkiej tęsknoty za spokojem, którego
podczas wojny trudno zaznać. Pasują one także do charakteru Ithilien, które
wraz ze swymi zapachami i kolorami jest miejscem odpoczynku dla strudzonych
wędrowców. Ten spokój jest spokojem przyjaźni, gdyż przyjaźń jest
oszczędna w emocjach, cierpliwa i stała. Nie dziwią więc pożegnalne słowa
Faramira do Froda: „Wiedz, że nie mam nadziei ujrzeć cię
kiedykolwiek pod słońcem tej ziemi. Będę jednak odtąd przyjacielem
twoim i całego twojego plemienia”[12]. Gdy
Aragorn schyla się nad ciężką chorą Eowiną, wyjawia Eomerowi prawdę o
nieszczęściu księżniczki. „Wśród
ciosów, które nam los gotuje na tym świecie, mało jest równie gorzkich
i tak zawstydzających dla męskiego sercam jak miłość ofiarowana przez
piękną i godną czci dziewczynę, gdy jej nie można odpowiedzieć
wzajemnością. Ból i żal ani na chwilę nie opuściły mnie, odkąd w
Dunharrow pożegnałem księżniczkę tak głęboko zrozpaczoną, aby
przemierzyć Ścieżkę Umarłych, i żaden strach na tej Ścieżce nie stłumił
we mnie lęku o dalsze losy Eowiny A jednak, Eomerze, wiem, że ciebie ona
kocha głębiej niż mnie. Ciebie bowiem zna dobrze, we mnie zaś pokochała
tylko cień i marzenie, nadzieję sławy i wielkich czynów, urok nieznanych
krajów, odległych od stepów Rohanu”[13].
Urzczenie minęło, Eowina została uleczona i jest gotowa na przyjęcie miłości
związanej nićmi przyjaźni.
W
Minas Tirith Faramir poznaje księżniczkę Rohanu. „ – A więc
powiem ci, Eowino, że jesteś piękna. W dolinach pośród naszych gór
rosną prześliczne jasne kwiaty, a piękniejsze od nich są nasze dziewczęta.
Ale żaden kwiat i żadna dziewczyna, które dotąd znałem, równać się
nie mogą z księżniczką, którą teraz spotkałem w Gondorze, uroczą i
smutną. Kto wie, może zaledwie kilka dni nam zostało, może wkrótce już
Ciemności ogarną nasz świat; gdy się to stanie, mam nadzieję, że mężnie
spojrzę w twarz klęsce; byłoby mi jednak lżej na sercu, gdybym mógł
napatrzeć się tobie, dopóki jeszcze słońce świeci. Oboje nas musnął
swym skrzydłem straszny Cień i ta sama ręka zawróciła nas na drogę życia”[14].
Los połączył tych dwoje samotnych ludzi. Ona, dumna księżniczka
przeciwstawiająca się życiu „w klatce”, uciekała na pola
bitew – teraz postanawia pomagać innym. On w końcu przestanie być
rycerzem – pragnienie stanie się rzeczywistością. „–
Stoję na murach Minas Anor, Wieży Słońca – powiedziała. –
Cień zniknął. Nie będę już dziewiczym rycerzem, nie ruszę w pole z jeźdźcami
Rohanu, nie znajdę szczęścia w bojowych pieśniach. Będę uzdrowicielką,
pokocham wszystko, co rośnie i co nie jest jałowe. – Spojrzała znów
w oczy Faramira. – Nie pragnę już być królową. Faramir
roześmiał się wesoło. –
To dobrze! Bo ja nie jestem królem. Ale będę mężem Białej Księżniczki
Rohanu, jeśli się na to zgodzi. Pojedziemy za Rzekę, w szczęśliwej
przyszłości zamieszkamy w Ithilien i tam, na tej pięknej ziemi założymy
ogród . Wszystko będzie rosło i radowało się z przybycia Białej Księżniczki”[15].
W ten sposób przyjaźń łączy się z miłością. Wielkie uczucie, by było
trwałe wymaga utraty tego, co wydaje się nam być cechą naszej osobowości.
Ale tylko nam się wydaje. By być z innym należy wyzbyć się nadmiaru
samego siebie. Strome
zbocze
„Mój
przyjaciel mieszkał w tym mieście. W
mgliste dni jesienne włóczyliśmy się po jego ulicach nie męcząc się,
chodziliśmy od knajpy do knajpy nie upijając się, byliśmy jak dwaj
wieczni ludzie, między nami płonęła jasność świata. Gdy zbliżała się
północ, odprowadzał mnie do domu. Potem ja odprowadzałem jego. Potem on
znowu mnie. Zaczynało dnieć. (...) Na
rogu ulicy przed bankiem stała młoda dziewczyna, która sprzedawała piękne
kwiaty. Widzieliśmy,
jak powstaje piękny świat, podobnie jak krajobraz w pięknej letniej
szacie wynurza się ze swymi górami, wodami i równinami z miękkich welonów
mgły o świcie. To my stwarzaliśmy świat. Podziwialiśmy jego piękno w
świetle poranka. Robiliśmy z jesieni wiosnę, z nocy dzień, z mgły słońce.
Otwieraliśmy ramiona do wszystkich, którym było ciężko. I oto patrzcie:
ślepi widzą, chromi chodzą. A do wszechmogącego Boga mówiliśmy:
odpuszczają ci się grzechy twoje! W
piątki siadywaliśmy przed kościołem Św. Tomasza i patrzyliśmy szczęśliwi
na gołębie fruwające koło bramy kościelnej i na ozdobne smukłe wieżyczki
czekając, aż zegar wybije drugą i zacznie śpiewać chór chłopięcy.
Dla nikogo duch święty pod postacią gołębia nie był sprawą bardziej
oczywistą czy mniej mistyczną, a hymny do Pana na niebiosach stanowiły
taką część naszej istoty, że nawet msza h-moll była tylko głosem, który
szeptał nam w piersi słowa: „To ty.” Dwóch
ludzi: jedno marzenie. Dwóch ludzi: jeden hymn. Dwóch wiecznych
ludzi”[16]. W
języku szwedzkim i norweskim mówi się min
ven [norw. min venn; szwedz. min
vän] – mój przyjaciel. Czyż może być coś prostszego? Halldór
Kiljan Laxness dotyka bardzo starego poetyckiego wyrażenia, które
wielokrotnie powraca w tekstach o przyjaźni. „Jedna dusza [w różnym
ciele].” pojawia się w Etyce
nikomachejskiej[17],
a swój pełny kształt ujawniają Wyznania
św. Augustyna: „Otóż odczuwałem, że moja i jego dusza były
jedną duszą w dwóch ciałach i dlatego wstrętne mi było życie, bo nie
chciałem żyć jako „połowa samego siebie” i może dlatego tak
bardzo lękałem się śmierci, że nie chciałem, aby „cały”
umarł ten, którego tak bardzo kochałem”[18].
W XX wieku Tadeusz Kotarbiński w swoich rozważaniach o miłości i przyjaźni
powrócił do sentencji Augustyna i pisał: „Można śmiało powiedzieć,
że miłość – to dwie dusze w jednym ciele, przyjaźń – to
jedna dusza w dwóch ciałach”[19].
Podobnie, choć odmiennie rozkładając akcenty, mówi Karol Wojtyła w Miłości
i odpowiedzialności: „Ja chcę dobra dla ciebie, tak jak chcę go
dla siebie samego, dla mojego własnego „ja”. Tym wzorem można
by ująć treść i strukturę przyjaźni. Występuje w nim, jak widać, benevolentia,
czyli życzliwość (ja chcę dobra dla ciebie), oraz znamienne
„zdwojenie” podmiotu, zdwojenie „ja”: moje
„ja” i twoje „ja” stanowi moralną jedność,
jednakowo życzliwie bowiem odnosi się wola do obu. Siłą faktu więc
twoje „ja” staje się niejako moim, żyje w moim
„ja”, tak jak ono samo w sobie. Tym tłumaczy się samo słowo
„przyjaźń”. Zawarte w niej zdwojenie „ja”
uwydatnia momenty osobowego zjednoczenia, które przyjaźń niesie wraz z
sobą”[20].
Mamy
już zarysowany punkt startu, który jest jednocześnie, o ironio, punktem
dojścia. Dążymy, by przyjaźń była związkiem, w którym dwa ciała mają
jedną duszę, dwie osoby zgadzają się ze sobą. Nie oznacza to bynajmniej
zgodności w poszczególnych sprawach życiowych. Jest to raczej zgodność
związana z szacunkiem żywionym do przyjaciela. Przyjaciel nie może poczuć
się osamotniony, zawiedziony, ma czuć w nas wsparcie w chwilach niepowodzeń.
W przyjaźni ważny jest status opiekuna. Moment opieki w przyjaźni uchwycił
Kotarbiński w postawie opiekuna spolegliwego: „Opiekun wtedy jest
spolegliwy, kiedy można słusznie zaufać jego opiece, że nie zawiedzie,
że zrobi wszystko, co do niego należy, że dotrzyma placu w niebezpieczeństwie
i w ogóle będzie pewnym oparciem w trudnych okolicznościach”[21]. Ten wzorzec doskonale
realizuje Sam, który, chociaż jeszcze nie wie co go dalej w podróży
czeka, mówi: „Nie umiem tego wyrazić, ale po dzisiejszej nocy patrzę
na to inaczej. Jak gdybym widział drogę przed sobą. Wiem, że pójdziemy
bardzo daleko, w ciemność. Ale wiem też, że nie mogę zawrócić. Już
nie marzę o zobaczeniu elfów ani smoków, ani gór; sam nie wiem dokładnie,
czego pragnę, ale na pewno mam jakiś obowiązek do spełnienia, zanim się
skończy ta wyprawa, a czeka on na mnie gdzieś poza granicami Shire’u.
Muszę to spełnić do końca...”[22].
Podobnie, choć z większą pewnością wypowiada się Merry: „Możesz
nam zaufać, że cię nie opuścimy w dobrej czy złej doli, choćby do
najgorszego końca. Możesz nam też ufać, że strzec będziemy twojej
tajemnicy lepiej, niż ty sam jej strzegłeś. Ale nie licz na nas, byśmy
ci pozwolili samotnie stawiać czoło niebezpieczeństwu i odejść od nas
bez słowa. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. A w każdym razie tak się
rzecz przedstawia: wiemy bardzo wiele z tego, co ci
Gandalf powiedział. Wiemy dużo o Pierścieniu. Boimy się okropnie,
ale pójdziemy z tobą albo – za tobą, jak psy za tropem”[23]. Już w trakcie wędrówki
Gimli i Legolas zgodnie pragną kontynuować dalszą podróż u boku Froda,
pomimo dotkliwej straty Gandalfa. Gimli mówi: „Wysłano nas tylko do
pomocy w drodze powiernikowi Pierścienia, nie kazano iść dalej, niż sami
zechcemy. Żaden z nas nie zobowiązał się przysięgą ani nie dostał
rozkazu, by dotarł aż do Góry Przeznaczenia. Bolesne było dla mnie
rozstanie z Lorien. Zawędrowałem jednak aż do tych miejsc i dziś mogę
powiedzieć: teraz, gdy nadeszła chwila ostatecznego wyboru, nie waham się,
nie opuszczę Froda. Wolałbym pomaszerować do Minas Tirith, jeżeli jednak
on nie zechce tam iść – pójdę za nim. -
Ja także za nim pójdę – powiedział Legolas. – Rozstać się
teraz znaczyłoby złamać wiarę”[24].
Opiekun spolegliwy wie kiedy ma przyjść z pomocą. Nawet wówczas, gdy
przyjaciel uważa, że pomoc ze strony drugiego byłaby zbyt kosztowna. Toteż
Sam krzyczy nad Anduiną: „Lecę, panie Frodo! Lecę!”[25],
a Frodo odpowiada: „Słuchaj, Samie. Nie przeszkadzaj mi! Lada chwila
wrócą tamci. Jeśli mnie tutaj przyłapią, będę musiał się spierać i
tłumaczyć, a wtedy pewnie nie zabraknie odwagi i sposobności, żeby ruszyć
w drogę. Muszę odejść natychmiast. Nie ma wyboru. -
Racja – odparł Sam – ale nie puszczę pana samego. Albo obaj pójdziemy,
albo obaj zostaniemy. Dziury we wszystkich łodziach powywiercam, a pana
samiuteńkiego nie puszczę. Frodo
wreszcie się roześmiał. Zrobiło mu się nagle ciepło i radośnie na
sercu”[26].
Kiedy po długich i trudnych podróżach spotyka się dwóch przyjaciół,
wszelkie słowa stają się niestosowne. Pozostaje niewypowiedziana radość.
„Ale w końcu odnalazłeś mnie Samie, mój najmilszy Samie –
rzekł Frodo i ułożył się w objęciach Sama zamykając oczy jak dziecko
uspokojone, gdy czyjaś łagodna, kochająca ręka lub znajomy głos
rozproszy nocne strachy. Sam
chętnie by tak siedział w błogim nastroju do końca świata, ale rozumiał,
że nie wolno mu teraz marudzić. Nie dość było odnaleźć Froda, należało
go jeszcze wyzwolić i uratować. Pocałował go w czoło”[27]. Pocałunek
jako znak przyjaźni. Dwoje ludzi dostrzegło się na ulicy, pośród tłumu
okazują swoje przywiązanie – całują się. Nie jest to pocałunek
miłości, pocałunek erotyczny, a tym bardziej, o zgrozo, wyzywający pocałunek
świeżo zakochanych. Jest to pocałunek między przyjaciółmi. Clive
Staples Lewis wskazuje w swej analizie przyjaźni na ten moment: „O
tym łączeniu się w jedną całość kilki miłości, wzajemnym
przenikaniu się, świadczy najlepiej fakt, że w bardzo wielu epokach i
krajach ich wspólnym wyrazem był pocałunek. We współczesnej Anglii
przyjaźń już się nim nie posługuje, ale przywiązanie i Eros pozostają
mu wierne. Należy on w całej pełni do obu i nie wiemy, które z nich zapożyczyło
go od drugiego i czy w ogóle zapożyczyło. Można oczywiście powiedzieć,
że pocałunek przyjaźni różni się od miłosnego pocałunku. Tak jest z
pewnością ale nie wszystkie pocałunki kochanków są pocałunkami miłosnymi”[28].
Widzimy już dość wyraźnie obszar naszych roztrząsań. Dość łatwo
przychodzi nam utożsamienie miłości erotycznej z przyjaźnią. Mówimy
nawet często o miłości: „to coś więcej niż przyjaźń”. A
przecież powinno być odwrotnie. Czy rzeczywiście? Czyż w tym ciągu
kolejnych, następujących po sobie stanów uczuciowych mamy zauroczenie,
przyjaźń, miłość? Czy
tak prosty schemat nie komplikuje jednak różnorodność ludzkich zachowań?
Nie będziemy tu rozstrzygać tych kwestii. Może dlatego, że mówimy tu
tylko o przyjaźni, choć nie bez pomijania pozostałych uczuć. Przyjaźń,
pisze dalej Lewis, wycofuje się ze wspólnoty[29].
Wybieramy w przedziwny sposób niewielką grupę osób (zazwyczaj jedną
osobę) i umykamy w niedostępne dla innych chaszcze. Ale owe chaszcze są
jedynie chaszczami dla innych, dla obcych, dla nie-przyjaciół. Dla nas są
to chaszcze oswojone. Czujemy się w nich dobrze, choć nieustannie możemy
coś nowego w nich napotkać. Przyjaźń nie jest więc stanem, takim, jak
stany skupienia wody (jak lód, to lód; jak para, to para). Jest raczej
jakimś fenomenalnym procesem alchemicznym, który dąży do niemożliwego
– połączenia dwóch dusz w jedno. To o ucieczce w chaszcze mówił
Epikur głosząc hasło życia w ukryciu - λάθε
βιώσας[30].
Powiedzielibyśmy dzisiaj żyj w ukryciu w chaszczach epikurejskiego ogrodu.
W przyjaźni jednak nie może być tłoku – chaszcze zostałyby
stratowane i mielibyśmy marnej jakości piknik. Rozpoczęliśmy
od nadania nazwy. Wszelkie ludzkie działanie zaczyna się od nadania
imienia. W przyjaźni dzieje się podobnie. Ktoś pojawił się w naszym życiu
i mówimy: „To jest mój przyjaciel.” Oczywiście imiona bywają
różne i niekoniecznie muszą być tak suche (choć to raczej kwestia
gustu), jak „mój przyjaciel”. Mamy więc przyjaciela, a nazwa
wyznacza nam przyjaźń. Jakże trudno jest nam dostrzec ten przedziwny związek
rzeczy (konkretnych osób) ze słowami (tworami czysto ludzkimi). Wypowiadam
imię i zjawia się druga osoba, a raczej jej obraz, ze wszystkimi
wspomnieniami, radościami i smutkami, które razem przeżyliśmy.
Niekoniecznie nawet razem, wystarczy, że zostały one w jakiś sposób nam
przekazane. Już teraz łatwo dostrzec ten skomplikowany węzeł będący
istotą wszelkich związków międzyludzkich. Dualny podział na moje
– twoje traci rację bytu. Nie ma już „moje –
twoje” – jest „nasze”. Tolkien był w pełni świadom
roli jaką pełnią imiona w naszej bytności na ziemi. Wkłada w usta
Drzewca znamienna słowa: „Będę was nazywał Merry i Pippin, skoro
pozwalacie. To ładne imiona. Ale mojego prawdziwego imienia wam nie wyjawię,
przynajmniej jeszcze nie teraz. – Dziwne zielone światełko rozbłysło
w jego oczach, które przymrużył na pół porozumiewawczo, a na pół żartobliwie.
– Przede wszystkim to jest bardzo długie imię, bo rosło z czasem, a
że bardzo, bardzo długo już żyję, więc urosło do całej historii. W
moim języku, w starej mowie entów, jak wy byście go nazwali, imię zawsze
zawiera historię tego, kto je nosi. To bardzo piękny język, ale trzeba
mieć dużo czasu, żeby nim coś powiedzieć, bo my mówimy naszym językiem
tylko o tym, co warto bardzo długo opowiadać i czego warto bardzo długo słuchać”[31]. Tak jak Aragorn może o
sobie mówić: „Nazywam się Aragorn, syn Arathorna, a zwą mnie też
Elessarem, kamieniem elfów, Dunadanem, spadkobiercą Isildura, który był
synem Elendila, władcy Gondoru.”[32],
tak my możemy naszych przyjaciół nazywać różnie. Ważne jest tylko to,
by nie oddzielać imienia od tego, kto je nosi (co ono oznacza). Przyjaźń
żyje we wspólnocie imion. Tyle
już mówimy o przyjaźni, a nie powiedzieliśmy jeszcze jak się
rozpoczyna. A przecież rozpoczyna się bardzo prosto. Pójdźmy za tropem
Lewisa: „Co? Ty też? A ja myślałem, że tylko ja jeden...”[33]. Zauważmy, że przyjaźń
rodzi się ze zdziwienia (podobnie jak filozofia). Ze zdziwienia, że nie
jestem sam ze sobą, że za oknem, w innym mieście lub kraju jest ktoś,
kto myśli podobnie. Nie jest to jednak zwykłe znawstwo, bardzo
rozpowszechnione w dzisiejszych czasach, to raczej znawstwo „czegoś
bardziej duchowego, mniej łatwego do określenia i do podzielenia się z
innymi”[34].
I idzie tu chyba o rzeczy najważniejsze. O to, czym zajmuje się od setek
lat filozofia. Przyjaźń jest manifestacją filozofii. Filozofowie
starożytni stawiali przyjaźń na pierwszym miejscu pośród stosunków międzyludzkich.
Mędrzec epikurejski „nie będzie się żenił ani płodził dzieci. W
pewnych sytuacjach życiowych może się ożenić; zrobi to jednak nie bez
poważnego zażenowania.” ale „w obronie przyjaciela, gdy
zajdzie potrzeba, odda życie”[35].
Cyceron w swoim pięknym traktacie De
amicitia pisze: „Ja mogę wam tylko poradzić, byście przyjaźń
przenosili ponad wszystkie sprawy ludzkie. Nie masz bowiem nic bardziej
zgodnego z naturą, nic bardziej stosownego zarówno w szczęściu, jak w
nieszczęściu”[36].
Być może jest to związane, także do dnia dzisiejszego, z niechęcią
filozofów do cielesności. Przyjaźń jako cnota duchowa odtrąca wszelką
ponętność zmysłową. Nie odrzuca jej całkowicie, jest ona po prostu
nieistotna. Jest jeszcze jedna nić wspólna przyjaźni i filozofii.
Nieoceniony Lewis pisze: „Przyjaźń rodzi się wówczas, gdy dwie
osoby z ogromnymi trudnościami i z na wpół zrozumiałym bełkotem lub w
tempie, które się nam wydaje zdumiewające, odkrywają siebie nawzajem i
dzielą się swoją wizją świata. I natychmiast znajdują się ramię przy
ramieniu w ogromnym kręgu samotności”[37].
I zaraz dodaje: „Wyobrażamy sobie kochanków siedzących twarzą w
twarz, a przyjaciół ramię przy ramieniu: oczy ich patrzą w dal”[38].
Podajmy przepis na przyjaźń: raczej dwie osoby ramię przy ramieniu, oczy
spoglądające w dal, zanurzeni po szyję w chaszczach, dookoła pustynia
samotności. Komu by się chciało wchodzić w coś takiego? Bo przecież
„przyjaźń jest czymś zbędnym jak filozofia, jak sztuka, jak sam
wszechświat (bo przecież Bóg nie potrzebował go stworzyć). Nie ma ona
wartości dla utrzymania życia, raczej jest jedną z tych rzeczy, które
nadają wartość życiu”[39].
Nasze „błędne koło” się domyka. Aby przyjaźń była
autentyczną przyjaźnią musi być ona jednią dusz, by ona nastąpiła
musi istnieć w nas jej właściwy wzór, a on rodzi się z przyjaźni, która,
podkreślmy, nadaje wartość naszemu życiu, ale kosztem patrzenia w dal,
ku horyzontowi samotności. Szczyt
Bez
względu na to, czy przyjaźń rodzi się dzięki podobieństwu (powiadano,
że Empedokles zapytany, dlaczego suka ciągle sypia na tej samej dachówce,
odpowiedział, że ta ma w sobie coś podobnego do tej dachówki), czy też
przeciwieństwu cech charakteru („Miłuje ziemia deszcze, kiedy
wyschnie grunt.[40]”),
mogą nad nią zawisnąć złowrogie chmury. Zdarza się, że dziewczyna
odrzuca zaloty chłopca, a nie chcąc go urazić mówi, że zostaną
przyjaciółmi (role oczywiście mogą być odwrócone). Zaproponowanie
przyjaźni jako towaru wymiennego nie jest tym, o co nam dzisiaj idzie.
Powiedzieliśmy już bowiem, że przyjaźń jest pewną formą działania, a
więc ze swej natury jest czasowa, w przeciwieństwie do tradycyjnie
pojmowanego towaru. Jest też i tak, że przyjaźnią nazywa się związek
ludzi, w którym każda strona czerpie różnego rodzaju korzyści. Przyjaźń
tak pojmowana jest czymś krótkotrwałym – potrzeby szybko się
zmieniają, a płynące z takiej przyjaźni korzyści niekoniecznie muszą
owe potrzeby zaspokajać. Omawiana tu przyjaźń jest raczej, idąc za
Arystotelesem, związkiem opartym na dzielności etycznej, podkreślającym
wartość drugiej osoby. Nie przyjaźnię się z innym dlatego, że oferuje
mi taki, a nie inny wachlarz środków do zaspokojenia mych potrzeb, lecz
dlatego, że jest wart mojej przyjaźni. Od razu widać, dlaczego jeszcze
dziś można próbować gloryfikować przyjaźń – związek ludzi
wartościowych, wzajemnie się szanujących i ufających sobie. Taką przyjaźń
może zaatakować tylko jeden nieodłączny wróg związków międzyludzkich
– egoizm. Tolkien
doskonale o tym wiedział. Egoizm i związana z nim pycha na początku
przyobleka się w inaczej nazywane szaty. Boromir wyjawia swój zamiar odejścia
od przyjaciół nieustannie powtarzając bajki o swej nierealnej wielkości.
„Ludzie z Minas Tirith nie mają w zwyczaju opuszczać przyjaciół w
potrzebie – rzekł – a będzie wam potrzebna moja siła, jeżeli
chcecie dostać się do Tindrock. Do tej górzystej wyspy będę wam
towarzyszył, dalej – nie. Pójdę do swego kraju sam, jeżeli swoją
pomocą nie zasłużyłem na tyle bodaj nagrody, by ktoś z was dotrzymał
mi kompanii”[41].
Choć wcześniej ochoczo pomagał podczas nieudanego przejścia Karadhrasu.
W efekcie, krótkowzroczność i egoistyczne podszepty duszy doprowadzają
do nieszczęścia. „- A więc chcesz iść dalej! – krzyknął.
– Gandalf, Elrond... wszyscy ci... nauczyli cię tej śpiewki! Może
mają swoje własne racje po temu. Bo dla elfów, półelfów i czarodziejów
może to byłaby rzeczywiście klęska. Nieraz jednak miałem już wątpliwości,
czy przez ich usta przemawia mądrość, czy też tylko bojaźń! Ale niech
każdy troszczy się o własne plemię! Ludzie czystego serca nie dadzą się
skazić. Nas, w Minas Tirith, zahartowała wielowiekowa próba. Nie potęgi
czarodziejów pragniemy, lecz siły do własnej obrony, do obrony słusznej
sprawy. Oto w najcięższej dla nas chwili los sprawił, że znalazł się
Pierścień Władzy! Powiadam ci, to dar losu, dar dla wrogów Mordoru. Byłoby
szaleństwem nie użyć go, nie użyć przeciw Nieprzyjacielowi jego własnej
broni. Tylko nieustraszeni i bezwzględni osiągają zwycięstwo. Ileż mógłby
zdziałać Aragorn! A jeśli on odmawia – Boromir! Pierścień dałby
mi potęgę władzy. Jak pierzchałyby przede mną zastępy Mordoru! Jak
garnęliby się ludzie pod moje sztandary!”[42]. Egoizm zaślepia
Boromira do tego stopnia, że wykorzystuje przyjaźń, która wiązała członków
Drużyny. „- Zastanów się przyjacielu – podjął łagodniejszym
tonem Boromir. – Czy nie masz ochoty pozbyć się go? Uwolniłbyś się
od rozterki i strachu! Jeśli chcesz, możesz całą odpowiedzialność na
mnie zwalić. Powiesz, że byłem od ciebie silniejszy i wziąłem go
przemocą. Bo jestem od ciebie silniejszy, niziołku! – krzyknął i
znienacka przeskoczywszy głaz natarł na Froda. Piękna zwykle i miła
twarz wojownika była w tej chwili okropnie zmieniona, oczy płonęły wściekłością”[43].
Sprawiedliwość etyczna, tak mocno tkwiąca we Władcy Pierścieni, karze Boromira za wzgardę przyjaźni. Boromir
umiera przeszyty strzałami orków. Umiera bohatersko, choć to bohaterstwo
jest ludzkie, a nie boskie. Zginął człowiek, który odrzucił drugiego w
imię własnych fantazji. Pierścień
jest zmaterializowanym egoizmem. Jakże trudno obdarować kogoś innego czymś
własnym. „Frodo wyciągnął Pierścień z kieszeni spodni, gdzie
spoczywał umocowany na łańcuszku zwisającym od pasa. Odpiął go i
powolnym gestem podał Gandalfowi. Pierścień nagle zaciążył mu na dłoni,
jakby nie życzył sobie dotknięcia Czarodzieja... A może to Frodo wzdragał
się powierzyć go staremu przyjacielowi?”[44]. Egoizm może się nam
wydawać czymś dobrym, może być nawet środkiem do niesienia ludziom
pomocy. Jednak pozostaje on nadal egoizmem – nakierowaniem się na
siebie samego. Dlatego Gandalf odrzuca Pierścień mówiąc do Froda:
„- Nie kuś mnie! Bo nie chcę się stać podobny do Władcy Ciemności.
A przecież Pierścień trafia do mojego serca poprzez litość, litość
dla słabości; pożądam siły po to, by czynić dobrze. Nie kuś mnie! Nie
śmiem go wziąć, choćby tylko na przechowanie, nie do użytku. Nie znalazłbym
siły, by oprzeć się i nie zatrzymać go”[45]. Egoizm
przychodzi bez względu na wiedzę o jego szkodliwości. Jest wpisany w każdego
z nas, gdyż w pierwszym rzędzie chcemy zachować nas samych. Egoizm jest w
jakimś sensie naturalnym nałogiem (choć brzmi to dziwacznie). Uciekamy ku
niemu, kiedy wydaje się, że nie możemy, lub nie powinniśmy ingerować w
sprawy innych. „Frodo, wcale nie mniej wystraszony od towarzyszy,
dygotał jak w febrze, lecz nagle nad paniką wzięła górę pokusa, żeby
włożyć Pierścień na palec. Ta myśl tak nim owładnęła, że wyparła
wszystkie inne. Pamiętał przygodę w Kurhanie, pamiętał nakazy Gandalfa,
ale jakaś siła przynaglała go, żeby zlekceważył wszelkie ostrzeżenia,
i Frodo pragnął jej ulec. Nie dlatego, by miał nadzieję dzięki temu
uratować się lub coś zdziałać; po prostu coś go przymuszało do
chwycenia za Pierścień i wsunięcia go na palec. Nie mógł mówić. Zdawał
sobie sprawę, że Sam patrzy na niego tak, jakby rozumiał, iż jego pan
znalazł się w wielkiej rozterce; lecz Frodo nie był zdolny odwrócić głowy
w stronę Sama. Zamknął oczy i przez chwilę walczył z pokusą, lecz z każdą
chwilą opór jego słabnął, aż wreszcie hobbit z wolna wyciągnął łańcuszek
z kieszeni i włożył Pierścień”[46]. W
efekcie Frodo przegrywa tę walkę. Egoizm wziął nad nim górę, odrzucona
przyjaźń przybliża Froda ku śmierci. „- Przyszedłem –
powiedział Frodo. – Ale nie spełnię tego, po co tu dążyłem. Nie
zrobię tego. Pierścień należy do mnie. I nagle wsunął Pierścień na
palec niknąc Samowi sprzed oczu”[47].
A jednak ratunek przychodzi niespodziewanie od strony tych, których
odrzuciliśmy. Ucieleśniona w postaci Golluma bezgraniczna samotność
rzuca się na Froda i ratuje go przed całkowitym zatraceniem. Na Górze
Przeznaczenia dokonuje się walka między dwiema samotnościami – tą
tęskniącą za mrzonkami i tą wyczerpaną brzemieniem. Dochodzimy do końca
naszej drogi. Góra Przyjaźni dopełnia los człowieka, który musi podążać
tą stromą ścieżką, by dowiedzieć się tego, co naprostsze:
„Powiedz przyjacielu i wejdź”. „Odwiedziłem
go na łożu śmierci na wiosnę, w owym okresie, gdy niebo chyli się najgłębiej
i najgoręcej nad krajem. -
Gołębie – powiedziałem – wciąż jeszcze latają szczęśliwie
koło bramy kościoła Św. Tomasza. Odpowiedział
gniewnie: -
Gołębie latają niezdarnie. I srają ludziom na głowy. Przewracał
się bezsennie w mękach i braku tchu. Przez siedem lat walczył ze śmiercią:
nigdy jednak nie miał dla niej żadnego szacunku. Nigdy też się jej nie
bał. Mówił tylko: -
Och, czyż ta przeklęta śmierć nie może już raz wreszcie przyjść. Mówiono
mi, że jego maska pośmiertna była jak krzyk. Jesień.
Dziś chodzę samotnie ulicami tego pustego miasta. Zamierzam szybko odejść,
nim noc nadejdzie. Kwiaciarka
na placu stała się starą kobietą”[48]. Myślibórz – Wrocław – Katowice 2001
[1] Przyjaźń jest największym wśród wszystkich dóbr, jakimi nas mądrość obdarzyła dla zapewnienia szczęścia przez całe życie. Patrz: Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, ks. X, Główne myśli, XXVII. [2] Podobno, gdyż nie znalazłem potwierdzenia tegoż napisu w tekstach epikurejskich. Cytuję za: A. Sikora, Spotkania z filozofią, Warszawa 1970, s. 64. [3] WP II, s. 332 – 333. Wszystkie cytaty pochodzące z Władcy Pierścieni podaję za wydaniem Czytelnika z 1990 roku. [4] WP II, s. 335. [5] Dokładnie drugiego marca. Potrawkę hobbici jedli szóstego. Za: Karen W. Fonstad, Atlas Śródziemia, tłum. Tadeusz A. Olszański, Warszawa 1998. [6] WP II, s. 152. [7] WP II, s. 162 – 163. [8] WP III, s. 65. [9] WP III, s. 67. [10] WP III, s. 68. [11] WP II, s. 360. [12] WP II, s. 389. [13] WP III, s. 181. [14] WP III, s. 306. [15] WP III, s. 311 – 312. [16] Fragment opowiadania islandzkiego pisarza i poety Halldóra Kiljana Laxnessa, Mój przyjaciel z tomu opowiadań Flecista w tłumaczeniu Zygmunta Łanowskiego, PIW, Warszawa 1957, s. 54. [17] Arystoteles, Etyka nikomachejska 1168 b. [18] Św. Augustyn, Wyznania, IV, 6, 11 w przekładzie J. Czuja, Warszawa 1954. [19] Tadeusz Kotarbiński, Medytacje o życiu godziwym, Warszawa 1967, s. 77. [20] Karol Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 1986, s. 84. [21] Kotarbiński, op. cit. s. 68. [22] WP I, s. 130. [23] WP I, s. 154. [24] WP I, s. 542. [25] WP I, s. 546 [26] WP I, s. 547 - 548. [27] WP III, s. 237. [28] Clive Staples Lewis, Cztery miłości, przeł. M. Wańkowiczowa, Warszawa 1993, s. 49. [29] patrz C. S. Lewis, op. cit., s. 79. [30] Usener, Epicurea, Lipsk 1887, frg. 551. [31] WP II, s. 85. [32] WP II, s. 41. [33] C. S. Lewis, op. cit., s. 86. [34] C. S. Lewis, op. cit., s. 87. [35] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, ks. X. [36] Marcus Tullius Cicero, O przyjaźni, przeł. W. Kornatowski, Warszawa 1963, s. 72. [37] C. S. Lewis, op. cit., s. 86. [38] C. S. Lewis, op. cit., s. 87 – 88. [39] C. S. Lewis, op. cit., s. 93. [40] Oba fragmenty pochodzą z Etyki wielkiej Arystotelesa 1208 b.; także w Etyce eudemejskiej 1235 a. [41] WP I, s. 525. [42] WP I, s. 536. [43] WP I, s. 538. [44] WP I, s. 79. [45] WP I, s. 96. [46] WP I, s. 270. [47] WP III, s. 285. [48] Końcowy fragment opowiadania Halldóra Kiljana Laxnessa, Mój przyjaciel, w tłumaczeniu Zygmunta Łanowskiego, PIW, Warszawa 1957.
|
|
|
|
|