Tolkien kompozytor

- o książce Barwy Pieśni

Cezary Karolczak

 

 

Po raz kolejny mam zaszczyt recenzować nową pozycję tolkienowską. Tym razem  książeczkę Artura Kawińskiego Tolkien. Barwy Pieśni wydaną w serii Anatomia Fantastyki GKF-u. Słowa uznania należą się zespołowi redakcyjnemu, który sukcesywnie wspiera ważne pozycje polskiej tolkienistyki. Książka Artura Kawińskiego jest oparta na pracy magisterskiej autora napisanej pod kierunkiem Michała Błażejewskiego. Fakt ten sprawia, że książka powinna zostać uważnie przestudiowana przez miłośników Tolkiena. A jest nad czym się zastanawiać.

Autor podjął się niemal heroicznego zadania opisania problemu muzyki i dźwięku w prozie Mistrza. Dlaczego heroicznego? Ot choćby z prostego powodu – słuchanie (śpiewanie) pieśni jest czymś innym niż jej opisanie, a tym bardziej opisanie teoretyczne. Stąd też czytelnik zmuszony jest do żmudnego podążania za myślą autora, co czasami jest bardzo trudne. Ale po kolei.

Trzonem książeczki jest rozdział drugi poświęcony, jak informuje nas autor, ontologii muzycznego świata. I tu pełna zgoda. Kreacja świata dokonuje się dzięki Muzyce, która jest odbiciem myśli Eru. W związku z tym świat jest Muzyką, a zatem ontologia świata, cała jego hierarchia jest ściśle związana z Muzyką. Autor wydobywa poszczególne momenty kreacji i sprawnie przedstawia kolejne elementy świata. Jednakże pod koniec rozdziału drugiego wprowadzone zostają dwa arcyważne pojęcia: domena i mandala. I tu rodzą się moje największe wątpliwości. Pojęcie domeny (rozumiem je dosłownie, tzn. zamiennie z np. dziedziną, zakresem czyjegoś działania) jest bardzo niejasne. Autor tak dookreśla to kontrowersyjne pojęcie: „Muzyczna moc właściwa istotom podległym woli Jedynego oddziałuje za ich pośrednictwem w przeznaczonych mu dziedzinach. Domeny istot posłusznych Jedynemu są przejawieniem (o tym słowie troszeczkę później – C. K.) mocy Muzyki Ainurów przełożonej na osobowe cechy – wynika stąd rozumienie istot jako muzycznych tematów wplecionych w stwórcze akordy.

Domeny stworzonych z muzyki istot to miejsca przejawień zaświatów. W domenach pierwotna moc Muzyki Stworzenia koryguje stworzony z dźwięków świat. Świat, który w odczuciu większości zamieszkujących go istot zatracił już swą pierwotną naturę.

Domeny muzyczne funkcjonują tu jako rodzaj okna czy też korytarze łączące dwa obrazy tego samego świata: pierwotny – nieskażony oraz ten pozornie oddalony od źródeł początku – teraźniejszy świat bohaterów powieści Profesora” [s. 50]. Następnie, autor wymienia szereg charakterystycznych dla Śródziemia domen: „Przejawienia muzycznej mocy ukazują się mieszkańcom Śródziemia jako domeny: a) czasowe, b) świetlne, c) kolorystyczne, d) kinetyczne, e) dźwiękowe f) przestrzenne” [s. 50]. Czymże więc są owe domeny? Niesamowitym „przejawieniem” mocy, miejscem przejawień, a może czymś zupełnie innym? Jest rzeczą oczywistą, że opisywane zagadnienie nie pozwala na bardzo precyzyjne określenie poszczególnych jego elementów – nie jest to podręcznik logiki. Niemniej warto by było zastanowić się troszeczkę nad wprowadzanymi pojęciami.

Denerwuje mnie wielokrotne użycie słowa „przejawienie”. Ciągłe powtarzanie (s. 7, 8, 39, 50 itd.) tegoż słowa skłania mnie do zakwalifikowania go jako indywidualnego pojęcia autora. Wątpliwości budzi jednak fragment tekstu z okładki. Mamy tam: „Świat istniejący z wyższej woli, świat sensowny i celowy we wszystkich swych aspektach, także tych na pozór niepojętych dla zamieszkujących go istot”. A w tekście wewnątrz książki: „Świat istniejący z wyższej woli, świat sensowny i celowy we wszystkich swych przejawieniach, także tych na pozór niepojętych dla zamieszkujących go istot”. Zatem chodzi tu raczej po prostu o przejaw, manifestację, ujawnienie, objawienie, uzewnętrznienie. Dlaczego jednak autor nie skorzystał z zamienników?

Drugim ważnym pojęciem jest mandala. Choć słowo jest dość dobrze wyjaśnione, to i tu także pojawiają się udziwnienia. Z jednej strony mamy przypis na stronie 53, gdzie czytamy: „W praktyce religijnej i psychoterapii pojęcie to dotyczy kolistych przedstawień, które mogą być malowane, układane, rzeźbione lub tańczone.”, a z drugiej strony mamy na stronie 62 określenie mandal kolorystycznych: „obrazują odmienność planów barwnych i świetlnych poszczególnych dziedzin dobra i zła. Ich przejawieniem (sic!) w świecie Profesora są między innymi imiona mówiące. Gandalf Szary, a później Biały; Saruman Biały, a potem Tęczowy, Czarny Władca, Biała Wieża – wszystkie te imiona i nazwy własne dotyczą koliście oddziałujących centrów mocy przejawianej przez stronników muzycznej harmonii lub dysonansu”. Nic z tego nie rozumiem. Trop jest dobry, bo rzeczywiście, koliste wyobrażenia dość często pojawiają się w twórczości Tolkiena, co autor szczegółowo przedstawił omawiając mandale przestrzenne. Ale jak mam doszukiwać się kolistości w imieniu Gandalf Szary? Czy przejście od szarości do bieli ma coś wspólnego z kołem? Dodatkowo moje wątpliwości wzbudza możliwość łączenia domen z mandalami, a nawet ich pokrywania się. Jeśli rzeczywiście autor dostrzega kolisty charakter niektórych domen, to dlaczego nie powiedział tego na samym początku?

Ciekawym pomysłem jest „zamknięcie” świata w „piramidę akustyczną”. Autor na stronie 43 pisze: „Wszystkie te elementy składają się u Tolkiena na muzykę, której moc stwarza świat przedstawiony. Stosunek tych zależności zamknąć można w formie „piramidy akustycznej”, podstawę której stanowi mowa, a wierzchołek – poprzez stadia pośrednie –pierwotna Muzyka Stwórcy”. Chciałbym dodać coś od siebie do tego ładnego obrazka. Możemy wzbogacić to wyobrażenie o aspekt kreacji i wówczas należałoby piramidę obrócić o 180 stopni. Pierwotna Muzyka Stwórcy rozpoczyna świat, jest światem, ale z czasem przeobraża się w mowę – najpospolitszy sposób kreacji świata (idźmy dalej, już subkreacji). Mamy zatem model zstępujący (Muzyka przeobraża się w słowo). Skoro jednak Muzyka obejmuje także i koniec świata, musi istnieć droga powrotna, droga wstępująca. Tutaj musimy „dokleić” do podstawy pierwszej piramidki podstawę drugiej. Pamiętajmy jednak, że wierzchołki obu piramidek są tym samym wierzchołkiem. Stąd też musimy jeszcze całość skleić  wierzchołkami. W ten sposób mamy „akustyczny pierścień”. Oczywiście to tylko mały żart, choć wydaje mi się, drobnym ulepszeniem pomysłu autora.

Wielkim plusem tej książki jest, mimo wszystko, ostrożność co do interpretacji dzieł Profesora. Autor nie brnie w odmęty teologicznych sporów, choć zahacza o pojęcia gnozy, teodycei i absolutu. Dodatkowym atutem jest aneks poświęcony muzyce w kulturze Grecji i europejskiego średniowiecza, a także Indii i Chin. Przyznam się, że nigdzie nie znalazłem podziału muzyki na trzy rodzaje, przypisywany Pitagorasowi. Same określenia wskazują na to, że jest to raczej głos jakiegoś komentatora. Musica instrumentalis, musica humana i musica mundana to przecież nie greka. Nic na ten temat nie mówi G. Reale w swojej Historii filozofii starożytnej, ani Janina Gajda w Pitagorejczykach. Swoją drogą ciekawi mnie źródło tego podziału.

Na koniec jeszcze jedna wątpliwość. Na stronie 11 mamy: „Z czasem sama muzyka brzmienia niektórych słów, ich walor foniczny, zdawały się zajmować młodego Ronalda nawet bardziej niż warstwa semantyczna – ich znaczenie.” zakończone przypisem odnoszącym do Listów Tolkiena. Problem jednak w tym, że na stronie 523 Listów nie ma mowy o jakiejkolwiek semantyce, czy teorii znaczenia. Zapewne chodzi więc o jakiś inny fragment.

Książka Artura Kawińskiego Tolkien. Barwy Pieśni jest ciekawym studium nad muzyką w twórczości Tolkiena. Mimo kilku niejasności polecam ją szczególnie miłośnikom całościowych analiz tolkienowskiego świata.

 

Artur Kawiński, Tolkien. Barwy Pieśni, Gdański Klub Fantastyki, Gdańsk 2001