Słowa jak stalaktyty

- o książce Droga do Śródziemia

Cezary Karolczak

 

 

Nie można było dać większego prezentu miłośnikom Tolkiena w Polsce niż wydanie doskonałej książki T. A. Shippey’a Droga do Śródziemia. Okazuje się, że nawet w czasach pogoni za łatwym zyskiem, kiedy nabijanie w butelkę przeciętnych ludzi jest łagodzone raportami finansowymi, można zaoferować produkt nie tylko wpisujący się w aktualną modę, ale jeszcze wartościowy i bardzo potrzebny.

Bo książka Shippey’a jest w Polsce potrzebna, zresztą nie tylko w Polsce. Jak grzyby po deszczu rosną bowiem wielce oświeceni znawcy, którzy w swoich pożal się Boże raportach wyjaśniają o co Tolkienowi chodziło (patrz. tzw. „czternastostronicowy raport” w lutowym numerze Cinemy). Dzieło Shippey’a, choć ma już dwadzieścia lat jest tak doskonałe, że z powodzeniem wystarczy na kolejne dwadzieścia. Mamy bowiem przed sobą niezwykle wnikliwe opracowanie twórczości Tolkiena pióra, które nie tylko zna się świetnie na swoim fachu, ale przede wszystkim wie o czym pisze. Punktem wyjścia jest filologia, nic w tym dziwnego -  zarówno autor książki jak i Tolkien byli filologami. Dla przeciętnego czytelnika książek Tolkiena, zwłaszcza dla cudzoziemca i w dodatku nie filologa, takie podejście może się wydać mało strawnym. Niech się przyznają wszyscy fani, którzy z przyjemnością i bez trudu przeczytali Potworów i krytyków. A przecież ten zbiór esejów także napisał Tolkien. Czyż miłość nie wymaga zbyt wielu wyrzeczeń?

Shippey pokazuje w jaki sposób należy odczytać Tolkiena aby Hobbit, Władca Pierścieni, Silmarillion łączyły się z tekstami zamieszczonymi w Potworach, aby interpretować rzetelnie, aby wszystko miało ręce i nogi. Wielokrotnie podkreśla, że Tolkien nie był po prostu jednym z pisarzy tzw. fantasy, ani, śmiem twierdzić, prekursorem tego gatunku. Cóż to bowiem za prekursor i cóż to za gatunek skoro nikt nie zrobił niczego lepszego.

Autor Drogi do Śródziemia w fascynujący sposób podąża za myślami Tolkiena. Żąda od jego interpretatorów powrotu do źródeł, czyli do słowa i do Anglii. Słowo dla Tolkiena jest jak stalaktyt, mówi Shippey. Nie da się przewidzieć ostatecznej formy, ani jedynego i ostatecznego sensu słowa. Ma ono swoją bogatą i sięgającą głęboko w przeszłość historię, ale nieznana jest także jego przyszłość. Takie rozumienie słowa umożliwia badanie i odkrywanie wcześniejszych form, umożliwia, jak mówi Shippey, „rzeczywistość z asteryskiem” - rzeczywistość możliwych form. Możemy chyba śmiało rozszerzyć tezę Shippey’a, która nie tylko dotyczy rozwoju słów, ale rzeczywistości w ogóle. Przecież to nic innego jak światy możliwe, albo, jak kto woli, obszary, w których obowiązują logiki modalne. Być może właśnie dlatego Tolkien często powtarzał, że nie wymyślił tych światów, lecz jedynie odkrył.

Shippey jest zwolennikiem tezy, wedle której Tolkien wierzył w izomorfizm języka i rzeczywistości. „Wszystko co zrobił Tolkien, polegało na zmianie przymiotników w nazwy geograficzne, na obróceniu słów w rzeczy” (Droga, s. 96) i dalej: „Istnieje dawny mit o „prawdziwym języku”, w którym każde słowo ma swój odpowiednik w jednym zjawisku i każde zjawisko ma swój odpowiednik w jednym słowie, i w którym  znaczące ma z natury władzę nad znaczonym” (Droga, s. 133). Przypomnijmy, że ów mit możemy odnaleźć w Kratylosie Platona, gdzie każda rzecz ma prawidłową nazwę pochodzącą z natury tej rzeczy (383a), a jego współczesną postacią jest Wittgensteinowska teoria znaczenia zamieszczona w Traktacie logiczno-filozoficznym, choć tam mowa jest o zdaniach jako nośnikach znaczeń: „Zdanie jest obrazem rzeczywistości” (4.01). Wydaje się jednak, że z taką teorią odbicia kłóci się pogląd o słowie jako stalaktycie. Każda wcześniejsza forma słowa, w tym także forma zrekonstruowana pociągałaby inny świata, w łagodniejszej formie – obraz świata. Na pomoc może nam tutaj przyjść strukturalizm. Rozwój poszczególnych form słów nie był rozwojem dowolnym. Na rozwój słów ma wpływ rzeczywistość. Z historii słowa daje się odczytać historię świata. Pojęcie izomorfizmu jest tutaj pojęciem decydującym. Nie wiem na ile analiza myśli Tolkiena przez pryzmat strukturalizmu jest poprawna, Shippey wzmiankuje tylko o de Saussure, ale wydaje się to godne rozpatrzenia. Pozwolę sobie przytoczyć fragment książki analizującej dokonania Michel’a Serres’a na polu powojennego francuskiego strukturalizmu: „Wszystkie teksty wzajemnie się przez siebie wyrażają, co oznacza, że różnica między tekstem naukowym a tekstem fikcyjnym zostaje usunięta, nie przemocą, lecz wskutek wymyślenia drogi, która wychodząc od jednego, prowadzi do drugiego.

Przeciwieństwo prawdy i błędu bądź też, jeśli kto woli, nauki i baśni – przeciwieństwo, które tkwi u podstaw pozytywizmu – okazuje się ostatecznie powierzchowne i szkolne. Z jednej strony, „studium o legendzie jest legendą, studium o mitologii mitologią”: albowiem możliwe jest przełożenie dyskursu naukowego (który chce uchodzić za „metajęzyk” języka mitologicznego) na mit. Z drugiej strony, i na odwrót, mit jest już studium mitologii (...)

Baśń nie jest bełkoczącą nauką, jak głosi teza o ciągłości w historii nauk. Nie jest też antynauką – grzech ścigany przez Bachelarda – przesądem, jaki powinna zwalczać nauka, ażeby móc się ukonstytuować (antyteza dyskontynuistyczna). Baśń znajduje się wewnątrz nauki” (Vincent Descombes, To samo i inne. Czterdzieści pięć lat filozofii francuskiej (1933 – 1978), przeł. Bogdan Banasiak i Krzysztof Matuszewski, Spacja, Warszawa 1997, s. 109).

Nie jest to zatem zwyczajny izomorfizm słów i rzeczy, a raczej doszukiwanie się izomorfizmu pomiędzy strukturą języka a strukturą świata. Odkrywając możliwe formy słów poszukujemy odpowiadających im form świata. I to jest chyba sens powiedzenia Tolkiena: „Dajcie mi imię, a opowiem wam o nim historię”. Problemem jakiejkolwiek teorii znaczenia, zwłaszcza przedstawionej wyżej, jest jednak problem ciągłości. W jaki sposób mianowicie język za pomocą nieciągłych środków, bo tylko takimi dysponuje, może przedstawić ciągły świat. To pytanie pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. Możliwe, że przecięcie stalaktytu, dotarcie do możliwej formy słowa powoduje, że już jesteśmy w danym świecie możliwym. Ale to zakładałoby swoisty holizm semantyczny, że wszystko łączy się ze wszystkim, że, mówiąc inaczej, nie mamy nigdy do czynienia z jednym stalaktytem lecz, że piłując jeden, piłujemy ich znacznie więcej, może nieskończenie wiele. Shippey nie wyjaśnia tejże problematyki, niemniej wydaje się, że Tolkien nie mógł przyjmować prostej teorii odbicia.

Właściwie mógłbym zakończyć tę recenzję słowami samego autora, który krótko opisał zawartość swej pracy: „W pewnym sensie o „Śródziemiu” powiedzieliśmy już wszystko” (Droga, s. 305). Chociaż się z tychże słów wycofuje (patrz, s. 17), to po przeczytaniu odnosi się wrażenie braku dobrych opracowań twórczości Profesora. Książka T.A. Shippey’a jest książką ze wszech miar wzorcową, ustalającą, moim zdaniem, kanon interpretacyjny dzieł Mistrza. Ta książka, jak mało która, skłania do sięgnięcia po teksty oryginalne i ich wnikliwej lektury.

Na zakończenie kilka drobnych uwag. Na stronie 140 mamy rzecz następującą: „W Drużynie Pierścienia mamy po prostu sekwencję bezsensownych sylab: A Elbereth, Gilthoniel [...] Co czytelnik miałby z tego zrozumieć?”. Nie rozumiem dlaczego autor pisze bezsensownych? Gdyby w jakiejś książce czytelnik odnalazł napis: Vi sitter ofte i stua, snakker polsk eller norsk, ser på TV og har det hyggelig, to miałby uznać ją za bezsensowną? Albo taką: Hvordan står det til? Takk, bare bra. Og med deg? Co decyduje o sensowności jakiegoś wyrażenia, a bezsensowności innego? Czy łatwo przychodzi nam utożsamienie hymnu do Elbereth z dowolnym ciągiem liter np.: kosioensii aeih ajiei no oej? Czy nie lepiej jest przyjąć, że o sensowności wyrażeń decyduje kontekst a nie jakieś niejednoznaczne i arbitralne przypisanie sensowności wyrażeniu? Bo przecież omawiany napis ma swój kontekst, wiemy czym jest w ramach całego dzieła. Znamy nawet jego, nieudolne co prawda, tłumaczenie.

Nie wiem w jak dużym (zapewne bardzo) stopniu twórcy filmu korzystali z opracowań tolkienistycznych, ale  na stronie 131 znajduje się ciekawa informacja: „Pierwsze trzy prawdziwe spotkania hobbitów to spotkania ze Starą Wierzbą, z Tomem Bombadilem w Starym Lesie i z Upiorem Kurhanów na Kurhanach. Wszystkie te zdarzenia można by pominąć bez szkody dla przebiegu akcji”. Co też w filmie zrobiono. Poczekamy na kolejne części. Może będzie mniej zmian?

Wracając do wspomnianego artykułu w Cinemie, warto polecić autorowi tegoż „raportu” uważną lekturę strony 370, gdzie dowie się,  że Tolkien nie był zafascynowany „Pierścieniem Nibelungów” Richarda Wagnera (por. Cinema 2/2002, s. 29).

Wydawnictwu Zysk i S-ka i należą się słowa uznania za wydanie tejże książki, zważywszy, że wykorzystano już poprawioną wersję tłumaczenia Marii Skibniewskiej. Szkoda tylko, że nie ma twardej okładki, jak Inklingowie czy książka Pearce’a.

Pani Joannie Kokot należą się gratulacje za przekład, zwłaszcza, że wielokrotnie w przypisach odnosi się do książek już w Polsce przetłumaczonych, szczególnie do Potworów i krytyków.

Kończąc jednym zdaniem: Najlepszy tolkienistyczny zakup w 2002 roku.     

T. A. Shippey, Droga do Śródziemia, przeł. Joanna  Kokot, ZYSK i S-ka, Poznań 2001.