O przekładach na przykładach

Tadeusz A. Olszański

 

 

 

Dyskusja nad tłumaczeniami Władcy Pierścieni odżyła, zapewne w oczekiwaniu na tłumaczenie Marii i Cezarego Frąców. Dwa nowe głosy, GanDalFa i Tomasza Fenske bronią rozwiązań translatorskich Marii Skibniewskiej i Jerzego Łozińskiego. Obaj autorzy jednak popełniają już w punkcie wyjścia istotny błąd, dyskutując o jakości tłumaczenia bez odwołania do oryginału. Tymczasem ocena tłumaczenia zależy przede wszystkim od jego odpowiedniości wobec oryginału, a dopiero w drugiej kolejności - od zgodności ze smakiem językowym czytelników (tj. ogółu użytkowników języka przekładu).

Oba dotychczasowe tłumaczenia Władcy Pierścieni miały liczne wady, stopniowo poprawiane. Wbrew GanDalFowi, przekład M. Skibniewskiej był poprawiany wielokrotnie: w wydaniu II (z 1981 r., którego reprintem było wydanie kieszonkowe z 1990 r.) sama tłumaczka skorygowała ogromną liczbę błędów I wydania (z 1961-63 r.), potem zaś były wydania MUZY SA z 1996 r., przywracające kompletność dzieła (z wyjątkiem indeksów) i z 1998 r., zawierające dalsze poprawki. Przygotowywane jest kolejne wydanie, które powinno być już wolne od błędów i opustek (prawdopodobnie ukaże się ono w 2002 r.).

 

Podobnie jest z tłumaczeniem J. Łozińskiego: Bractwo Pierścienia i Dwie Wieże mają po trzy opublikowane wersje (Powrót Króla - tylko jedną). W kolejnych wersjach dwu pierwszych tomów usuwano najbardziej rażące błędy, zmieniano też niektóre nazwy. Niestety, wydawca nie uznał za stosowne oznaczyć ich nawet jako kolejnych nakładów, wszystkie oznaczone są więc jako „wydanie I, Poznań 1996” i „wydanie I, Poznań 1997”. Poszczególne wydania Bractwa Pierścienia można odróżnić po tym, że pierwsze nie zawiera map Śródziemia (w drugim już są), a w trzecim wśród konsultantów nie wymienia się już Sekcji Tolkienowskiej ŚKF[1], a jego cena, wydrukowana na tylniej okładce, wynosi 24,90. Z Dwoma Wieżami jest gorzej - jedynym widocznym elementem różnicującym kolejne wersje jest wydrukowana cena: odpowiednio 16, 19,50 i 24,90 zł.

Nie jestem bezwzględnym przeciwnikiem tłumaczenia J. Łozińskiego, choć dzieło M. Skibniewskiej cenię znacznie wyżej. To pierwsze jest do przyjęcia, pod warunkiem usunięcia wcale licznych, bezdyskusyjnych błędów[2] (zwłaszcza w Powrocie Króla, który nie doczekał się „wydania poprawionego”) i wyeliminowania niektórych oczywiście niestosownych tłumaczeń nazw i imion (jak Gamgee - Gaduła) oraz interpolacji (te są zawsze niedopuszczalne) i niektórych komentarzy tłumacza. Z wielu trudności Łoziński wybrnął lepiej od Skibniewskiej (choć z innych - gorzej), a jego język jest chyba bliższy współczesnej polszczyźnie literackiej; M. Skibniewska posługiwała się standardem sprzed pół wieku prawie. O ile wiem, przygotowywana obecnie nowa wersja tego tłumaczenia nie ograniczy się do usunięcia „krzatów” i Bagosza z Bagoszna, ale spełni też powyższe warunki.

 

Przejdę teraz do problemów, na których koncentrują się GanDalF i T. Fenske, i które są - jeśli dobrze rozumiem, głównym przedmiotem kontrowersji w środowiskach fanów.

 

Krasnoludy i krzaty

 

Stosowność określeń krasnolud(y) i krzat(y) wobec opisanych przez Tolkiena postaci jest sprawą drugorzędną wobec ich stosunku do nazwy oryginalnej. Ta zaś brzmi dwarf, w liczbie mnogiej dwarves (zamiast prawidłowej formy dwarfs), co jest innowacją Tolkiena. Dwarf to karzeł, tak dosłownie, jak i przenośnie (np. czerwony karzeł to red dwarf). Oznacza ono między innymi „istotę mitologiczną, zwłaszcza kowala”[3]. Zatem najwierniejszym przekładem byłoby karzeł, karłowie. Ale każdy chyba przyzna, że byłoby to nieodpowiednie.

 

Tłumaczenie M. Skibniewskiej niemal idealnie przystaje do oryginału. Biorąc za podstawę krasnoludka, zniekształciła go w podobny sposób, jak Tolkien dwarf’a, uzyskując efekt o tyle silniejszy, że zniekształcenie występuje także w liczbie pojedynczej. Zachowała też ona związek słowa nowego z już znanym, utrwalonym w języku. J. Łoziński próbował podobnego zabiegu ze słowem skrzat, jednak odrzucając pierwszą literę zgubił oczywistość związku, tym bardziej, że za podstawę przyjął słowo znacznie słabiej obecne we współczesnej polszczyźnie. W dodatku słowo krasnolud, będąc zgrubieniem krasnoludka, sugeruje karła, ale nie - karzełka, gdy skrzat, to zdecydowanie ktoś maleńki (np. małe, a już ruchliwe dziecko).

 

Słowo krasnoludek jest w polszczyźnie późnym neologizmem (po raz pierwszy odnotowanym w 1861 r.), urobionym od znanych od XVI w. kraśnych ludków (duszków domowych, zwanych też kraśniętami)[4]. Kraśny/krasny zaś to zawsze i przede wszystkim „czerwony”, dopiero wtórnie „piękny” (czerwony, więc piękny!). Nie wiem, skąd w słowniku Skorupki wzięło się znaczenie „dzielny”. Słownik Doroszewskiego, najlepszy ze współczesnych, podaje dla krasnego znaczenia „czerwony” oraz „piękny, urodziwy, przystojny”, zaś dla kraśnego - „tłusty”[5] (w gwarze myśliwskiej) oraz „czerwony, piękny, jaskrawy” (wszystkie jako przestarzałe)[6]. Zdaniem Brücknera już pierwotne kraśnięta wzięły nazwę od czerwonych czapeczek[7], więc pochodziłyby one z niemieckich wyobrażeń, przydających podziemnym karłom-górnikom i kowalom czerwone czapki.

 

Do potocznego języka wprowadziła krasnoludki Maria Konopnicka, łącząc tradycje niemiecką ze słowiańskimi bożętami (ubożętami). Później słowa tego użyto w tłumaczeniu Królewny Śnieżki (w oryginale są dwarfs). Te ostatnie zresztą, to typowe - niemieckie karły, górnicy i kowale, dalekie potomstwo Nibelungów. Na marginesie - to właśnie skojarzenie z Konopnicka było powodem, dla którego J. Łoziński odrzucił formę krasnoludy.

 

Teraz o krzatach. Brückner notuje XV-wieczną formę krzat, ma ją jednak za pomyłkową[8]. Zaś skrzata wywodzi on od niemieckiego Schratt „duch leśny, dziki mąż”, ze staroniemieckiego scrat(o). Określenie to wydaje się więc nieźle pasować do takich dvarwes, jakich opisuje Tolkien, a jeszcze bardziej - podręczniki WarHammmer’a i pochodna literatura, i można by go było zaakceptować, gdyby nie jedno. Gdyby nie to, że krasnoludy już istnieją, że neologizm M. Skibniewskiej zyskał prawo obywatelstwa w języku polskim, ma dobrze zdefiniowane znaczenie, jest używany nie tylko w tłumaczeniach, ale i w twórczości oryginalnej. „Nisza językowa” została zajęta.

 

I jeszcze jedno: jeśli dobrze zrozumiałem, T. Fenske przyjął za dobrą monetę powołanie się w tej sprawie J. Łozińskiego na A. Brücknera. Tymczasem to, co pisze on o „nadpalonym fragmencie zapisków” etc., to czysta fantastyka. Nic więcej. Nasz tłumacz zaczerpnął słowo krzat z Brücknera, ale nie miał prawa „przyszywać” wielkiego polskiego językoznawcy, zmarłego w 1939 r., do dziejów Czerwonej Księgi Marchii Zachodniej.

 

Obieżyświat i Łazik

 

I tu musimy zacząć od oryginału. Aragorn znany jest w Bree jako Strider, czyli ktoś, kto strides, stawia wielkie kroki i/lub szeroko rozstawia nogi (siedząc). Nie jest to komplement, a przywołany przez GanDalFa fragment znakomicie pokazuje, jaki był stosunek mieszkańców Bree do Aragorna: niechęć z nutą podziwu raczej, niż szacunku. Jak zwykle zasiedziali chłopi i mieszczanie odnoszą się do wagabundów, ludzi bez określonego zajęcia i miejsca zamieszkania. Aragorn jest w pełni świadom pejoratywnego odcienia tego przezwiska, gry ironizuje na jego temat wobec hobbitów, choć po zwycięstwie jest z niego dumny i dodaje do swej królewskiej tytulatury.

 

I tu M. Skibniewską zawiódł słuch językowy. Strider to niewątpliwie nie „obieżyświat”, raczej „wędrowiec”, „włóczęga”, „włóczykij”, „łazik”, może nawet - „łazęga”[9]. Rozwiązanie Łozińskiego jest niewątpliwie lepsze, tym bardziej, że wbrew GanDalFowi łazik, to - także we współczesnych słownikach po pierwsze „włóczęga, turysta”, a dopiero po drugie - tym samochodu wojskowego[10], a Aragorn w oczach mieszkańców Bree wcale nie „przemierza Sródziemia tam i z powrotem”, ale bezcelowo kręci się po okolicy. Lepszy byłby Włóczykij, gdyby tak natrętnie nie kojarzył się z Muminkami... Inna rzecz, że gdy M. Skibniewska podejmowała tę decyzję, słowo to było jeszcze „wolne” i szkoda, że na nie nie wpadła.

 

Aha, wbrew GanDalFowi wandering folk nie znaczy w tym kontekście „lud, naród”, ale „zbiorowość, grupa”: Barliman chce zaznaczyć, że Strider jest jednym z wielu podobnych. W obu przekładach mowa jest - poprawnie - o „tych wędrowcach”.

 

Dodatkową wskazówką jest imię Telcontar, odpowiednik imienia Strider (ale nie - Obieżyświat!) w quenya. Wprawdzie Tolkien nigdzie nie przedstawił etymologii tego imienia, jednak badacze języków elfickich uważają, że jego podstawa brzmiała *telconta[11] (kroczyć, wędrować), to zaś słowo pochodzi od telco (noga, ale także - pień)[12]. Tak więc jest to argument raczej za Łazikiem, niż Obieżyświatem.

 

Drużyna i Bractwo

 

To, że nadanie pierwszemu tomowi Władcy Pierścieni tytułu Wyprawa było błędem, nie ulega wątpliwości. Jakie były tego powody - nie wiem; być może tytuł ten uznano za atrakcyjniejszy od właściwego. Z możliwych wersji tłumaczenia The Fellowship of the Ring najwłaściwszą jest jednak Drużyna Pierścienia, a nie Bractwo, czy Orszak, choć popularne słowniki podpowiadają co innego. Fellowship bowiem, to specyficzna wspólnota równych sobie, często, choć niekoniecznie - przyjaciół, a także - łącząca ich więź. Nie tylko przynależność, ale i lojalność. Fellowship może być przy tym także wspólnotą całkowicie nieformalną (np. fellow-countryman to „rodak”). The Fellowship of the Ring, to grupa osób, wspólnie podejmujących zadanie, związane z Pierścieniem, zobowiązanych do zachowania lojalności wobec siebie, choć nie związanych przysięgą ani obrzędem. Stąd też tytuł ostatniego rozdziału tomu pierwszego, The Breaking of the Fellowship, ma podwójne znaczenie: rozbicie grupy oraz złamanie łączącej ją lojalności.

 

Tymczasem „orszak”, to asysta honorowa, a „bractwo” - to organizacja o charakterze formalnym, której członkowie są na ogół związani takim czy innym obrzędem (jak w bractwach kościelnych, lożach masońskich etc.)[13]. Natomiast „drużyna”, określenie wczesnofeudalnej formacji wojskowej, a współcześnie - jednostki organizacyjnej harcerstwa, zawiera w sobie wymienioną wyżej podwójność znaczeniową, choć nie tak czytelną, jak w angielskim fellowship. Drużyna, to grupa druhów, czyli przyjaciół. Z różnych możliwości, jakie podsuwa polszczyzna, to jest niewątpliwie najlepsze, zaś tytuł ostatniego rozdziału udał się lepiej J. Łozińskiemu (Rozpad Bractwa Pierścienia), niż M. Skibniewskiej (Rozstanie); inna rzecz, że dobre oddanie podwójnego znaczenia oryginału jest po polsku chyba niemożliwe.

 

Staje i mile

 

Tłumaczenie miar, stosowanych we Władcy Pierścieni, stwarza istotny problem. U Tolkiena bowiem wystepują zarówno miles, jak i laeguas. Ta pierwsza miara (u M. Skibniewskiej - mila), to mila angielska (lądowa, statutowa), ca 1,6 km; ta druga (u Skibniewskiej - staje) to 3 mile lądowe, ca 4,8 km. League ma odpowiednika w polskiej nomenklaturze historycznej, M. Skibniewska wybrała więc staje (tak brzmi prawidłowy polski mianownik, nie staja), nazwę miary staropolskiej, odpowiadającej jednak znacznie mniejszej długości[14]. Szkoda, że nie zostało to objaśnione przypisem.

Natomiast Łoziński w przypisie do tomu I wyjaśnia, że „jego” mila mierzy 7,2 km (co mniej więcej odpowiada mili staropolskiej, 7,14 km), natomiast określenie staje wprowadza (zupełnie niepotrzebnie) dla odległości znacznie mniejszej, ok. 200 m, co odpowiada angielskiemu cable. Taka „mila łozińska” jest prawie dwukrotnie dłuższa od league, tłumacz jest zmuszony do dokonywania stałych przeliczeń, a czytelnik, instynktownie kojarzący „milę” ze milą angielską, ma kłopoty. Np. gdy Eomer podziwia wyczyn Aragorna i towarzyszy, u J. Łozińskiego czytamy, że przebyli oni pieszo ponad 30 mil w ciągu czterech dni, więc czytelnik dorozumiewa mile angielskie, co daje niespełna 50 km (też mi wyczyn!). Natomiast w oryginale mowa jest o 45 leagues, czyli prawie 220 km (30 „mil łozińskich” daje w przybliżeniu ten sam wynik).

 

Rymy Pierścienia

 

Jeśli chodzi o wiersz, otwierający Władcę Pierścieni, potocznie tak właśnie zwany, to można dyskutować o wierności i pięknie poszczególnych tłumaczeń (oprócz M. Skibniewskiej i J. Łozińskiego jest też moje i Marka Gumkowskiego, to ostatnie moim zdaniem najlepsze z dotychczasowych). Zgadzam się z T. Fenske, że wersja Łozińskiego jest „bardziej wyszukana”. Tyle, że w tym przypadku jest to właśnie wada, a nie zaleta tego tłumaczenia. W oryginale nie ma żadnej „kamiennych sal korony” ani „władców szlachetnego miana” - jest to bardzo prosty tekst, który M. Skibniewska przełożyła niemal dosłownie, także pod względem oddania środków poetyckich oryginału[15].

Natomiast nie ma, nie może być dyskusji, gdy chodzi o to, co J. Łoziński zrobił z wersem 5/8. To w ogóle nie jest tłumaczenie, ale drastyczna interwencja w treść utworu, zastąpienie sformułowania neutralnego, znaczącego dosłownie „w ziemi Mordoru, gdzie leżą Cienie”, słowami „W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana”, niejednoznacznymi i niosącymi treść nową i z pewnością obcą myśli Tolkiena. To nie jest przekład, to jest falsyfikacja oryginału.

 

Dodatek F.II wg J. Łozińskiego

 

Nie będę zajmował się tu wciąż licznymi (zwłaszcza w III tomie) dowolnościami i błędami J. Łozińskiego; większość z których ma być wyeliminowana przy przygotowywaniu wydania „filmowego”. Korzystam jednak z tej okazji, by zwrócić uwagę na niedopuszczalny sposób, w jaki tłumacz potraktował Dodatek F.II, noszący w oryginale tytuł On Translation (O przekładzie).

Traktuje on o sposobie, w jaki J.R.R. Tolkien oddawał w swym dziele język oryginału Czerwonej Księgi, westron. Mówi on więc o sposobie tłumaczenia na język angielski, odwołując się do cech i słów tego języka. Tak też powinien on zostać przełożony (i tak postąpiła M. Skibniewska), zaś ewentualny dodatek od tłumacza polskiego może stanowić jedynie odrębny, wyraźnie wyróżniony fragment.

Niestety, J. Łoziński zdecydował się nie tłumaczyć, lecz zaadaptować Dodatek F.II w taki sposób, by mówił on o zasadach tłumaczenia z westron na polski, tj. o sytuacji, która (nawet w ramach konwencji) nie miała miejsca. Postanowił więc - o czym uprzedza we wstępie Od tłumacza (str. 594-595) - „opuścić to wszystko, co nie wiązało się z moimi rozwiązaniami translacyjnymi, a dodając to, co je uzasadniało”. Jednak tylko dwa takie fragmenty dają się zidentyfikować - złożone kursywą noty o nazwach Gaduła i Gorzawina. Dodatków i rozbieżności jest jednak dużo więcej - oto wykaz najważniejszych:

Tekst Tolkiena pisany jest w liczbie pojedynczej, co tłumacz zastąpił mnogą.

Tekst pełen jest większych lub mniejszych błędów i przeinaczeń, którymi nie będę się tu zajmował, wskazując tylko na trzy szczególnie drastyczne: Władca Pierścieni nie jest przedstawieniem „pewnego fragmentuCzerwonej Księgi (s. 595), ale jej „treści” (the matter of...), a Sępna Puszcza to las „wielkiej”, a nie „zielonej” trwogi (great/green) (s. 598), oraz pseudoetymologiczny wywód nazwiska Gaduła z nazwy miejscowej Gad (s. 603).

Początkowy fragment ust. 2/1 na s. 595-596 („Ponieważ takie kierowały nami intencje...”) jest interpolacją tłumacza, podobnie jak końcowy fragment tego ustępu (od słów „a odnosimy wrażenie...”).

Z początkowej części ust. 2 na str. 596 wykreślono istotny fragment, a w dalszej części mamy interpolację („ale wobec niego (...) z hołdem zależności”). Wykreślono też sformułowanie, że bezpośredniość Pippina musiała rozbawić Denethora. Interpolacją jest też przypis gwiazdkowy do tego akapitu; oryginalny przypis mówi o zależności między thou i you, bez elementu anegdoty.

Pierwsze zdanie ust. 3 na str. 596 (6 linijek) jest interpolacją.

        

W ust. 1 na str. 597 mamy trzy interpolacje: „którego wykwint zubożyliśmy tutaj, aby elegancja i wrażliwość nie wydały się napuszonością i efekciarstwem” (zamiast tego powinniśmy czytać: „najbliższym ich własnej mowie, znacznie starszym (stylem) niż gondorski”), „co staraliśmy się zaakcentować, pozostawiając ich imiona i nazwy w oryginalnej pisowni” oraz „język ich nie wyrażał tego, czego w istotach tych nie było: umiłowania słów i rzeczy” (powinno być: „mówili jak chcieli, bez miłości do słów ani rzeczy”).

       

W ust. 2 na str. 597 końcowy fragment (od słów „ale nie wrogich...”) jest interpolacją.

        

Treść ust. 3/1 na str. 597-598 jest niemal zupełnie zmieniona: pierwszy szereg nazw (dosłownie tłumaczonych) to w oryginale: Rivendell, Hoarwell, Silverlode, Langstrand, The Enemy (Nieprzyjaciel), the Dark Tower (Czarna Wieża), dalej zaś mamy omówienie sposobu parafrazowania przy tłumaczeniu nazw Góry Zguby (Przeznaczenia, Przeklętej), Mrocznej Puszczy, Lune i Brandywiny. Wszystko inne pochodził od tłumacza. Nb. Ostrok (Hollin) ani po polsku, ani w oryginale nie jest „zbitką”, nazwą złożoną.

        

W ust. 2 na str. 598 pominięto pierwsze zdanie, głoszące, że „Takie podejście wymaga pewnej obrony. Sądziłem, że gdyby...”, zaś w końcowej jego części mamy „adaptację kulturową”: Tolkien oczywiście nie pisał o Krakowie, lecz o tym, że mówienie Imladris zamiast Rivendell jest czymś podobnym, jak nazywanie dziś Winchesteru - Camelotem, z tą różnicą, że to pierwsze utożsamienie jest pewne (bo nie ma - i chyba nie może być - dowodu, że Winchester zbudowano na miejscu Camelotu), a w Rivendell wciąż mieszka czcigodny władca, znacznie starszy, niż Król Artur, gdyby ten wciąż królował w Winchesterze.

        

Jest to nie tylko podejście niedopuszczalne, ale też błędne, nie można bowiem z jednej strony porównywać wątpliwej tożsamości Calemot - Winchester z niewątpliwą ciągłością dziejową Krakowa od czasów mitycznych, z drugiej zaś - znaczenia Artura w tradycji i kulturze angielskiej ze znaczeniem (raczej marginalnym) Kraka w polskiej. Nie mówiąc już o tym, że mało kto w dzisiejszej Polsce pamięta „uczoną” romanizację Kraka na Grakcha, dzieło mistrza Wincentego Kadłubka.

        

W ust. 3 na str. 598 drugie zdanie (od słów „Trzymaliśmy się przy tym...”) pochodzi od tłumacza, zastępując tekst oryginału, zawierający wyjaśnienie, że hobbickie nazwy własne zawierają liczne określenia pospolite (jak hill - wzgórze, pagórek czy field - pole) lub lekko archaicznych (ton zamiast town, miejscowość), a także wyjaśnienie archaicznych rdzeni wich, bottle i michel.

        

W ust. 4/1 na str. 598-599 tłumacz dodał przykładowe nazwiska, a w końcowej części zamiast mówić o zanglicyzowaniu pisowni nazwisk Took i Boffin pisze „i te tylko odrobinę wygładziliśmy, aby nie odstawały od innych”.

        

W ust. 2 na str. 599 zamiast imion Fred i Hugo w oryginale mamy: Otho, Odo, Drogo, Dora, Cora i podobne; w poprzedniej liście pominięto imię Tanta.

        

Ust. 3 na str. 599 został znacznie skrócony - pominięto fragment mówiący o tym, że Tolkien w zasadzie nie używał jako ekwiwalentów imion o rodowodzie łacińskim i greckim. Także tu przykłady kontrastujących imion i nazwisk są dodatkiem tłumacza.

        

W ust. 4 na str. 599 wyjaśnienie do słowa debra (w nawiasie), skądindąd celne, jest interpolacją. Akapit ten jest połączeniem dwu ustępów oryginału, które zostały znacznie skrócone.

        

W ust. 5/1 na str. 599-600 nie ma mowy o imionach łacińskich (ta wstawka jest konsekwencją wcześniejszego opuszczenia), zaś cały fragment o imieniu Sam (7 linijek) jest interpolacją, zastępującą tekst oryginalny, mówiący: „Starałem się zachować te cechy, używając form Samwise i Hamfast, uwspółcześnione staroangielskie samwîs i hámfoest, o zbliżonym znaczeniu”. I nic więcej!

        

Cały ust. 2 na str. 600 to luźne wariacje na temat trzech ustępów oryginału (13 linijek tekstu polskiego wobec 37 oryginału), z których wypadły m.in. wyjaśnienia nazwy Edoras, imion Deagol i Smeagol oraz określeń mathomy i smajale.

        

W ust. 3 na str. 600 zdania „Nie chcemy powtarzać...” oraz „co też wyraża się (...) proporcje Trzeciej Epoki” są interpolacją tłumacza, szczęśliwie czytelną, na Brücknera bowiem (w sprawie krzatów) powoływał się on już wcześniej. Uznając prawo do obrony tej kontrowersyjnej koncepcji trzeba jednak stwierdzić, że nie wolno czynić tego w tekście, formalnie będącym tłumaczeniem. Wykreślone zostało natomiast uzasadnienie nieregularnej formy dvarwes.

        

W ust. 2 na str. 601 pierwsze zdanie jest interpolacją, wstawioną w miejsce tekstu, podającego m.in. oryginalną westrońską nazwę Morii - Phurunargian (angl. Dwarrowdelf).

        

Także w Dodatku D (podrozdział Kalendarze), którego nie analizowałem szczegółowo, mamy nieoznaczone interpolacje tłumacza: dodał on m.in. przypisy 3 i 7, usunął zaś dwa przypisy oryginału, a także pozwolił sobie dopisać do tekstu Tolkiena własne rozważania nt. nazwy Jeziora Evendim (Zarannego). Konkluzja J. Łozińskiego jest tu zresztą błędna - wzgląd na całość kultury elfów wskazuje na to, że sens Nenuial odnosi się do zmierzchu, a nie do świtu.

 

Tadeusz A. Olszański

 

PS. Mam nadzieję, że nikt nie weźmie mi za złe parafrazy, do której uciekłem się w tytule tych rozważań. A wszystkim zainteresowanym problemami tłumaczenia gorąco polecam książkę Elżbiety Tabakowskiej - O przekładzie na przykładzie. Rozmowa tłumacza z EUROPĄ Normana Davisa.

 

 



[1] W istocie Sekcja nigdy nie konsultowała tego tłumaczenia. Nie tu jednak miejsce na opis tego przykrego nieporozumienia.

[2] Najpoważniejszym z nich jest określenie Zły, wprowadzone przez J. Łozińskiego w miejsce Nieprzyjaciela (Enemy).

[3] Chambers’s Twentieth Century Dictionary, hasło dwarf.

[4] Andrzej Bańkowski - Etymologiczny słownik języka polskiego, hasło krasnoludek.

[5] Okrasa (dawniej krasa), czyli dodatek tłuszczu do potraw, także pochodzi od krasny (zapewne jako czynnik ubogacający, więc upiększający).

[6] Słownik Języka Polskiego Witolda Doroszewskiego, hasła krasny, kraśny.

[7]Aleksander Brückner - Słownik etymologiczny języka polskiego, hasło krasa.

[8] Ibidem, hasło skrzat. Nie mogę przytoczyć tu wywodu Bańkowskiego, gdyż III tom jego słownika jeszcze się nie ukazał.

[9] W Gar’ingawi wyspie szczęśliwej Anny Borkowskiej mamy barda Łazęgę, darzonego powszechnym szacunkiem.

[10] Por. niedawne, celne tłumaczenie tytułu opowiadania Tolkiena Roverandom jak Łazikanty.

[11] Gwiazdka oznacza, że słowo to nie jest zaświadczone źródłowo, tj. nie występuje w żadnym z tekstów, które wyszły spod pióra Tolkiena.

[12] Carl F. Hostetter (w:) Vinyar Tengwar nr 31 (1993). Jego opinię podzielają David Salo i Ryszard Derdziński (dziękuję Ryśkowi za powyższe informacje). We Władcy Pierścieni słowo telco jest wymienione tylko w znaczeniu „trzon, pień” (jako element litery).

[13] Temu ostatniemu słowu najściślej odpowiada angielskie brotherhood (oznaczające także „braterstwo”).

[14] Staje to (a) odpowiednik furlonga czyli ca 0,2 km, (b) stajanie, staropolska miara o różnej długości, najczęściej ca 0,9 km (jako miara drogowa) lub ca 0,1 km (jako miara gruntów uprawnych), a dopiero po 1818 r. - ca 1,1 km. Stajanie było też miarą powierzchni [Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, tom 10, hasło staje].

[15] Na marginesie - GanDalF cytuje to tłumaczenie niedokładnie (wers 4).