![]() |
|
|
|
|
|
Tam i z powrotem - wywiad z Andrzejem Bilbo Brandybuckiem Kowalskim założycielem ruchu tolkienowskiego w Polsce |
|
|
|
|
|
W
Sekcji Tolkienowskiej jest Pan znany jako Bilbo Brandybuck - Dziedzic
Bucklandu. Skąd takie imię i czyj to pomysł? Pomysł jest
mój własny. Bilbo to mój ulubiony bohater, ale trudno było być Bilbo
Bagginsem, bo z nim akurat konkurować się nie da. Natomiast Brandybuck
wynika z tego, że jestem dość ruchliwy jak na hobbita i tak to koledzy i
koleżanki określili. Jeśli chodzi o Dziedzica Bucklandu, to ponieważ
wymyślaliśmy sobie różne historyjki w Buckland News (czyli Wiadomościach
Bucklandu) trzeba było kogoś tym Dziedzicem mianować i jako szef
Sekcji takie imię i nazwisko sobie przybrałem. Potem
kolejni członkowie Sekcji Tolkienowskiej przybierali tolkienowskie imiona
na wzór Pańskiego... Może nie do
końca na wzór. Większość tych pseudonimów czy imion, z wyjątkiem
Agnieszki Sylwanowicz i Pauliny Braiter, było z mojego nadania. Starałem
się aby były podobne do prawdziwego nazwiska i w miarę możliwości
odpowiadały imionom i nazwiskom używanym przez Tolkiena. Mamy
przyjemność rozmawiać z założycielem ruchu tolkienowskiego w Polsce, więc
kolejne pytanie samo się nasuwa... Jak powstała Sekcja Tolkienowska? Kto
wpadł na pomysł nazwy Parmadili i kieda pojawiła się po raz pierwszy? Sam ruch
tolkienowski, czy pomysł ruchu tolkienowskiego, narodził się bardzo dawno
temu, gdy nie było jeszcze Śląskiego Klubu Fantastyki. Pierwszym lub
jednym z pierwszych polskich członków Towarzystwa Tolkienowskiego z Anglii
(The Tolkien Society) była Agnieszka Sylwanowicz, która otrzymała z
Towarzystwa mój adres ponieważ ja również nawiązałem taki kontakt. Było
to pod koniec lat 70 kiedy taki ruch w Polsce powstawał... Czy
nazwa Parmadili jest związana z „Gwaihirzęciem” czy została
wymyślona wcześniej? Nazwa została
wymyślona wcześniej, ale wracając jeszcze do początków... Razem z
Agnieszką mieliśmy bliskie kontakty jeszcze przed powstaniem Śląskiego
Klubu Fantastyki, w czasie gdy w Bytomiu powstał klub fantastyki Somnambul.
Potem kiedy powstał ŚKF to nasz obecny kolega i przyjaciel - redaktor
Łuczak - wpadł na pomysł audycji telewizyjnych Poza
Ziemią, a jedna z tych audycji miała być poświęcona Tolkienowi.
Znaleźliśmy - ściślej Agnieszka Sylwanowicz - pewnego malarza, który
malował inspirowany twórczością Tolkiena, a ja wraz z kolegą Łuczakiem
przez pół godziny opowiadaliśmy o różnych aspektach jego twórczości i
pokazywaliśmy obrazy... a potem przyszło blisko 100 listów! Doszliśmy do
wniosku, że szkoda zmarnować taki potencjał ludzki i zaczęliśmy do
tych ludzi odpisywać. Musiała powstać organizacja... W tej grupie osób,
które wtedy do nas napisały byli m.in. Michał Błażejewski, Marek
Gumkowski, Paulina Braiter (wtedy jeszcze uczennica szkoły średniej z Wałbrzycha).
W zasadzie wszyscy „pozaśląskowi” członkowie Klubu i Sekcji
wzięli się z tamtej audycji. Natomiast nazwę Parmadili wymyśliła
Agnieszka Sylwanowicz, a rozpowszechniła ją Ola Jagiełłowicz (wtedy
jeszcze Kościuczuk) rysując emblemat na bazie znaków tolkienowskich. Teraz
pytanie dotyczące zauroczenia Tolkienem. Jak się to zaczęło i kiedy po
raz pierwszy spotkał się Pan z książkami Tolkiena, a wreszcie jak
zdobył Pan jego pierwsze książki (polscy tolkieniści dawniej mieli z tym
duże problemy)? Co urzeka w tych książkach najbardziej? A może
zaczniemy od końca. Dotarłem do Tolkiena, jak zwykle w takich
przypadkach... przypadkiem. Mianowicie w roku 1961, jako uczeń jeszcze
dziewiątej klasy szkoły średniej, byłem w drużynie szkolnej na
olimpiadę wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Na którymś z etapów
nagrodą była książka. Był to akurat pierwszy tom Władcy
Pierścieni Tolkiena, który wtedy ukazał się po raz pierwszy w
Polsce. Przeczytałem go i spodobało mi się to straszliwie. Później
spokojnie czekałem rok na następny tom i kolejny rok na kolejny tom. I
wbrew pozorom wtedy kupienie tego nie było żadnym problemem, te książki
leżały i z trudem schodziły. Natomiast jeśli chodzi o Hobbita,
to kupiłem go w antykwariacie w Gdańsku, gdzie byłem w roku 1964 po
maturze. Mama ufundowała mi w nagrodę pobyt w Sopocie (w tym na festiwalu)
i wtedy właśnie w gdańskim antykwariacie znalazłem pierwsze wydanie Hobbita
z rysunkami Młodożeńca. Kupiłem też Rudego
Dżila w twardej okładce, bo to właśnie były te rzeczy, które ukazały
się w tych latach. Natomiast drugie wydanie Władcy
Pierścieni to była już zupełnie inna para kaloszy... Wtedy jednak
miałem już zaprzyjaźnioną panią z księgarnii w Bytomiu, która odkładała
mi książki na półkę i nawet udało mi się zdobyć trzy komplety dla
siebie i znajomych. Drugie wydanie, które ukazało się w czasie pierwszej
Solidarności było już bardzo trudne do dostania i
książka zaczęła obrastać w kultowość. Natomiast zauroczenie...
trudno powiedzieć dlaczego. Książka jest piękna albo nie jest. Zresztą
prowadziliśmy dość długie spory w czasie spotkań Śląskiego Klubu
Fantastyki, a nawet jeszcze wcześniej za czasów Somnambula. Fantastyką,
nie tylko filmową, interesowała się wtedy koleżanka Agnieszka Ćwikiel -
dziś znany filmoznawca. Agnieszka rozbierała wtedy Władcę
Pierścieni na poszczególne elementy pierwsze, a ja twierdziłem, że
książka jest piękna albo nie jest i nie ma sensu zastanawiać się
dlaczego. Komuś się podoba albo nie. To tak jak słynna kwestia Pencrofa z
Tajemniczej wyspy. Kangury według niego były jadalne albo
niejadalne, a cała reszta nie miała znaczenia. Pamiętamy
wszyscy słynnego „Gwaihira” pismo, które pojawiło się w
latach 80. Czy wydawanie „Gwaihira” było związane z początkami
Sekcji Tolkienowskiej i czy nie było trudności związanych z wydawaniem
pisma? Wydanie
pierwszego Gwaihira było pomysłem
naszego pierwszego, wielkiego prezesa Śląskiego Klubu Fantastyki - Piotra
Kasprowskiego. Po audycji telewizyjnej (o której mówiłem wcześniej)
doszedł on do wniosku, że skoro jest tak duże zapotrzebowanie i tak duży
oddźwięk na program o Tolkienie, to może warto wydać pismo. Mieliśmy
jako Śląski Klub Fantastyki zgodę ówczesnego Głównego Urzędu Kontroli
Prasy i Widowisk (czyli cenzury) na wydawanie czasopisma o nazwie Fikcje w nakładzie 3 tysięcy egzemplarzy. Było to drugie obok Fantastyki
pismo profesjonalnie zajmujące się fantastyką w Polsce. Oczywiście Fantastyka miała jakieś 100 tysięcy nakładu, myśmy mieli 3 tysiące,
bo na więcej nikt nam nie dawał papieru ani zgody. Tym niemniej było to
pismo znaczące. W ramach tej zgody udało nam się uzyskać pozwolenie na
wydawanie rocznika czy półrocznika Gwaihir.
Pierwszy numer bazował przede wszystkim na materiałach tłumaczonych z angielskich
czasopism, potem zaczęły do nas docierać krajowe materiały i udało nam
się złożyć cztery numery Gwaihira.
Potem zaczęły się kłopoty finansowe Klubu i cała ta inicjatywa musiała
spasować. Przeszło to najpierw do miesięcznika klubowego o nazwie Miesięcznik,
bo Miesięcznik jest następcą Fikcji,
które również upadły po zmianie systemu. Wtedy wprawdzie papier było
trudno zdobyć, ale ten zdobyty papier był bardzo tani. W nowych warunkach
zdecydowała twarda ekonomia i nie było nas już na to stać. Zaczęliśmy
wydawać Miesięcznik, ale jeszcze
przed wydaniem jego pierwszego numeru zaczęły ukazywać się Wiadomości
Bucklandu. O ile dobrze pamiętam było to kilkanaście numerów, potem
przeniosły się do Miesięcznika.
A potem Paulina Braiter stwierdziła, że skoro Gwaihira
nie ma, to może zaczniemy wydawać Gwaihirzątko,
skończyło się na Gwaihirzęciu
i Little Gwaihirze. Zaczął się
on ukazywać w roku 1989 i ukazywał się póty póki nie przejęli tego
koledzy z Warszawy, którzy że tak powiem położyli inicjatywę do końca.
Aczkolwiek Little Gwaihir znowu
zaczął się ukazywać ponieważ sumienie ruszyło mnie strasznie i wolne
chwile w weekendy staram się wykorzystać na zrobienie tego czasopisma. Skorzystamy
z okazji i zapytamy się Pana o ocenę „Simbelmynë”. Czy podoba
się Panu ta nowa formuła? To jest
bardzo dobre, bardzo profesjonalne pismo i moim marzeniem byłoby
kiedykolwiek wydawanie takiego magazynu. Ale po pierwsze - nie potrafię,
ponieważ moja technika komputerowa odbiega od współczesnych standardów.
Pismo, jeżeli cokolwiek i kiedykolwiek będę robił, to tylko na zasadzie
nożyczek i kleju, bo tak się do tego przyzwyczaiłem. Ma to zresztą jakiś
swój urok, ale to już nie jest to, o co chodzi. Natomiast Simbelmynë
to pismo profesjonalne. Koledzy mają przede wszystkim chęć, po drugie chęć
i po trzecie czas. Ja mogę tylko pomóc technicznie na tyle, na ile potrafię
i myślę, że dzięki temu coś tam w Polsce uratowaliśmy, bo nie ma nic
gorszego niż zaprzestanie działalności. Dziękujemy
za taką ocenę i pomoc z Pana strony, bez której wydawanie pisma nie byłoby
możliwe. Wiemy, że wspólnie z kilkoma innymi osobami z Polski brał Pan
udział w obchodach setnej rocznicy urodzin Tolkiena. Było to w Oksfordzie
w 1992 roku. Co najbardziej utkwiło Panu w pamięci z tamtego czasu? Tak,
rzeczywiście. Zresztą do dziś bardzo mile ten pobyt wspominam. Byłem
wtedy z żoną, dla której był to pierwszy pobyt na Zachodzie. Ja byłem
już tam wcześniej kilka razy i mogłem pokazać jej jak tam jest inaczej.
A Oksford to przepiękne miasto! Przede wszystkim wspominam jego architekturę
oraz miejsca, w których był i działał Tolkien. Sama konferencja była długa
i dosyć męcząca. Ja w zasadzie ograniczyłem się do wysłuchania
kilku tylko referatów i do spotkania się z ludźmi, których dotąd znałem
wyłącznie z korespondencji - w tej chwili mam ich przed oczyma cały czas.
Mam tu na myśli Nancy Martsch, kolegę Hildifonsa Tooka (Gary Hunewell),
Alexa Lewisa (który mieszkał wtedy jeszcze w Emiratach Arabskich), Lisę
Star, Bridget Wilkinson i wielu innych naszych przyjaciół. Wtedy mogłem z
nimi usiąść przy jednym stole, wypić piwo i porozmawiać... Wracając do
Oksfordu - mieszkałem wtedy w pięknym starym pensjonacie, który był
bardzo tolkienowski. W szczególności utkwiła mi jednak wycieczka
zorganizowana przez gospodarzy konferencji po miejscach, które Tolkien unieśmiertelnił
w swoich książkach. Były to na przykład miejsca, gdzie według Tolkiena
żył Kowal z Podlesia czy smok Chrysophylax. Ta dawna dziewiętnastowieczna
Anglia, która zachowała się w okolicznych wsiach była przepiękna i wyróżniała
się na tle Londynu, który dziś jest już bardzo dużym, brzydkim i hałaśliwym
miastem. Jest to coś pięknego. Jak
ocenia Pan dzisiejsze działania miłośników Tolkiena w Polsce i na świecie?
Jakim problemom należy stawić czoła, a jakie stają przed nami szanse? Myślę, że
formuła tolkienizmu powoli się wypełnia. Analizy, które zostały
przeprowadzone doprowadziły sprawę prawie do końca. Christopher, słusznie
czy niesłusznie, ujawnił wszystkie lub prawie wszystkie zapiski ojca. W
związku z powyższym ci, którzy są fanatycznie nastawieni do warsztatu
czy procesu twórczego, mogą śledzić w jaki sposób ewoluowały postacie,
śledzić zmiany pierwotnych koncepcji, wreszcie jak Tolkien tworzył ten świat
ostatecznie. I tutaj dodanie czegokolwiek jest trochę dzieleniem włosa na
czworo czy słynnymi „skarpetkami hobbickimi”, które - zresztą
śmieszne - publikowaliśmy kiedyś w Gwaihirzęciu...
Natomiast myślę, że po pierwsze - zawsze będą dochodzili nowi ludzie,
którzy po raz pierwszy tego Władcę
Pierścieni przeczytają. Póki oni będą, szczególnie u nas którzy
przez wiele lat byliśmy na obrzeżach tego ruchu, ruch tolkienowski ma
jeszcze coś do przekazania. Po drugie - wiele utworów czy dzieł okołotolkienowskich
nie jest tłumaczonych na język polski. W związku z powyższym jest
jeszcze wiele do zrobienia... Po trzecie - dopóki jest to jakaś wspólna
zabawa dająca przyjemność i satysfakcję uczestniczącym, to myślę, że
to ma jeszcze sens. Uważam natomiast, że powinniśmy porzucić jakiś ton
zadęcia czy zadufania, który był na początku. Mimo, że jest to bardzo
wybitne dzieło i bardzo wybitny pisarz (w wielu krajach figurujący na czołowych
miejscach list najwybitniejszych powieści XX wieku) to nigdy nie znalazł
się na pierwszym miejscu i zapewne nigdy tam nie trafi [Władca Pierścieni został w 1997 roku książką stulecia w wyniku
plebiscytu angielskiej telewizji Channel 4 i sieci księgarnii
Waterstone’a. W ankiecie wzięło udział blisko 25 tysięcy
Brytyjczyków - przyp.red.]. Być może dlatego, że problemy egzystencjalne
tam poruszane są - przez swój fantastyczny sztafaż - siłą rzeczy złagodzone
w stosunku do tej naszej okrutnej rzeczywistości. Podsumowując - jeśli
te trzy warunki są spełnione to warto o tym pisać, pamiętając jednak,
że nie jest to ani najwybitniejszy pisarz ani najwybitniejsza powieść.
Takie bardzo „sieriozne” czasami wypowiedzi są śmieszące...
Natomiast jakie szanse są przed nami... Myślę, że trzeba po prostu się
bawić i to jest chyba najważniejsze. Póki będziemy mieli poczucie
humoru, póty będziemy prawdziwymi hobbitami. Teraz
kilka słów o takich działaniach tolkienowskich, które my określamy jako
„posttolkienowskie”. Wtedy różni miłośnicy Tolkiena nie tyle
analizują twórczość Tolkiena, co ją rozbudowują, dopisują jakiś
dalszy ciąg... Jak ocenia Pan takie postępowanie? Generalnie
jestem przeciwnikiem dalszych ciągów. Być może jest to związane z
wiekiem. Jako młody człowiek bardzo nie lubiłem opowiadać, natomiast
kochałem za to grube powieści (w miarę możliwości wielotomowe!) i
cieszyłem się jeżeli okazywało się, że gdzieś ktoś coś napisał. To
tkwiło we mnie długi czas. Pamiętam swoją radość kiedy przeczytałem,
moim zdaniem najwybitniejszą powieść XX wieku, czyli Lamparta
Lampedusy, a potem okazało się Lampedusa przed śmiercią rozpoczął
pisanie drugiej części. Były to bodaj trzy rozdziały i we fragmentach można
je było przeczytać... Natomiast dziś czuję się zmęczony ciągnięciem
na siłę pewnych wątków i rozbudową tematów, które powinny być zakończone.
Koniec XX wieku charakteryzuje się tym, że po pierwsze - pisarze sami
tworzą wielotomowe sagi, które rzadko kiedy da się czytać do końca. Po
drugie - jakby brakuje tematów, a w związku z powyższym we
wszystkich dziedzinach literatury pojawiają się ciągi dalsze. Nie tylko
zresztą w literaturze - w filmie również. Ktoś na przykład wpadł na
pomysł, aby nakręcić dalszy ciąg Casablanki, co już uważam za pomysł całkiem bez sensu. Jest
napisana druga część Wojny i pokoju,
kolejna część Przeminęło z
wiatrem i to wszystko ma się tak do oryginału, jak powiedzmy
pornografia do sztuki erotycznej, czyli nijak. Dlatego uważam, że pisanie
powieści czy opowiadań posttolkienowskich ma sens tylko i wyłącznie
wtedy, gdy piszący zdaje sobie sprawę z dystansu do tematu i bawi się
tematem. Oczywiście jest przyjemnie, kiedy wyszukuje on jakiś niezakończony
czy niezauważony wątek i rozbudowuje go na wesoło. Jest to sympatyczne i
można się z tego pośmiać... Pamiętam nasze pierwsze polskie próby, ale
były to raczej krótkie formy bez wielkich ambicji, jak na przykład Spotkanie
przyjaciół Wnuka o ostatniej podróży Sama. Były one dosyć
urocze... Zresztą jedyną znaną mi dużą pracą jest dzieło Pierumowa
[chodzi o książkę Pierścień mroku,
którą wkrótce wyda Prószyński i S-ka - przyp. red.], którego akcja
toczy się w tym samym, co u Tolkiena, świecie. Jednak są to już
inni bohaterowie i zawiązanie wątku jest jakby inne. Jest to tylko
wykorzystanie świata, więc myślę, że trudno nazwać to kontynuacją. To
jakby ktoś powiedział, że kontynuacją Wojny
i pokoju, co zresztą niektórzy napisali, jest nowa powieść Aksionowa
o Rosji. Kontynuacją jest o tyle, że dzieje się w tym samym kraju, tej
samej planecie i mniej więcej w tym samym czasie historycznym. Natomiast
Pierumow napisał coś zupełnie innego, inaczej rozkładając akcenty i
bardziej współcześnie, odejmując temu dziełu jakąś nadzieję, która
cały czas tkwi we Władcy Pierścieni.
W książce Pierumowa tej nadziei nie ma, a w finale ostatecznie
pokazane jest, że każde dobro obraca się w zło. Jak jest naprawdę - to
już jest kwestia światopoglądowa. Z
dzisiejszego punktu widzenia Tolkien może być postrzegany jako bardzo
konserwatywny katolik. Tymczasem jego książki poruszają ludzi bardzo różnych
światopoglądów, wierzących i niewierzących, młodych i starszych... Jak
wytłumaczyłby Pan ten fenomen? Myślę, że
katolicyzm, czy w ogóle religijność Tolkiena, były tak naprawdę jego
osobistą sprawą. On tego nie przeniósł do książek. Jego ograniczenia
polegały na tym, że nie bardzo potrafił pisać na tematy dziś popularnie
zwane romansowymi. Mając swą ukochaną i wyśnioną żonę potrafił
ukazywać tylko miłości spełnione, natomiast żadnych innych nie potrafił,
a w związku z tym ich nie pokazywał. W książce o takiej konwencji akurat
nie było to potrzebne, choć myślę, że gdyby bardzo chciał, to zrobiłby
to. Pewne wątki sygnalizowane w Silmarillionie
pokazują, że temat zazdrości czy nienawiści w miłości też mu
obcy nie był... Natomiast cieszy się on tak wielką popularnością wśród
różnych opcji religijnych czy światopoglądowych ponieważ tematy, które
poruszał są tematami uniwersalnymi. Tematy te są aktualne wśród ludzi
każdej wiary lub braku wiary, ponieważ są to tematy dobra i zła. Bogowie
czy bóstwa nie interweniują w świecie Tolkiena w zasadzie wcale. Oczywiście
w poprzednich etapach dziejów Śródziemia oni się pojawiają. Jednakże
to, co jest podstawowym dziełem i cieszy się tą popularnością, czyli Władca
Pierścieni, jest wolny od interwencji Najwyższego. W związku z powyższym
nawet ci, którzy dysponują mocą czarodziejską, mają tę moc w jakiś
sposób zaprogramowaną albo ograniczoną do wyboru z pewnej kategorii możliwości.
Ta moc jest jakby odpowiednikiem naszych
możliwości technicznych w dniu dzisiejszym. I tak możemy sobie wyobrazić,
że np. znikanie może być odpowiednikiem pola czy możliwości ukrywania
się we współczesnym świecie. Nie jest to nic takiego, co wymaga
bezgranicznej wiary, a więc jest to przyjmowane przez nas zupełnie
normalnie i naturalnie. Ten świat przypomina religijność starożytnych
Greków, których bogowie musieli poddawać się pewnych regułom i najwyższą
zasadą było przeznaczenie - Nemezis, przed którym nikt nie mógł uciec.
Skoro zostało jakoś powiedziane, że każdy może odegrać dobrą rolę,
to i Gollum taką rolę mógł odegrać. Nie był natomiast potępiony na
wieki, bo takiego potępienia w tym świecie nie było. Dzisiaj
nie sposób też nie zapytać o film. Wiemy, że w Nowej Zelandii zaczęła
powstawać pierwsza część „Władcy Pierścieni”, która w
2000 roku ma pojawić się w kinach. Jak Pan ocenia próby ekranizacji tego
dzieła? Czy mają one jakikolwiek sens? Jestem
przeciwnikiem ekranizacji ponieważ istnieją dwie możliwości. Pierwszą
jest stworzenie filmu dosłownego. Jest to bardzo trudne, ponieważ wszyscy
wielbiciele tej twórczości przyzwyczaili się do pewnej wizji postaci, które
stworzył Tolkien. Być może, gdyby to był film na zasadzie animacji
komputerowej, jak było to próbowane choć z mizernym efektem [chodzi tu o
film Ralpha Bakshiego - przyp. red.], to może twórcy mogliby nawiązać do
postaci stworzonych przez autora. Natomiast co do aktorów ludzkich, przy całym
szacunku do umiejętności Liama Neesona, jakoś nie widzę go w roli
Gandalfa [w czerwcu 1999 jednym z kandydatów do tej roli był Liam Neeson
– przyp. red.]. Nie wspomnę już o elfach czy hobbitach, którzy siłą
rzeczy nie będą się w tym filmie specjalnie różnić... Są to
specyficzne postacie, które jakoś tam sobie wyobrażamy i trudno to w
filmie oddać. Istnieje wyjątek w postaci filmu Willow,
który został bardzo ładnie zrobiony, ale tam akurat sytuacja była
odwrotna. Scenarzysta, mając do dyspozycji ludzi małorosłych wymyślił
sobie taką rasę i w ten sposób powstał film. Tu sytuacja jest zgoła
odmienna. Można jednak zrobić coś innego. Mianowicie można odrzucić
sztafaż postaci i stroju, po czym zagrać to jak w słynnym kiedyś
przedstawieniu Antygony Hanuszkiewicza,
gdzie wszyscy z wyjątkiem Tejrezjasza byli w strojach współczesnych.
Tylko czy w ten sposób uda się oddać głębię dzieła? Trudno mi
powiedzieć... Widziałem zresztą tylko jeden film, który był lepszy od
książki, według której został nakręcony - było to Przeminęło
z wiatrem. Pozostałe dzieła filmowe są znacznie, znacznie gorsze. Może
jeszcze z polskiej twórczości Popiół
i diament, ale wynika to z genialnej roli Cybulskiego w tym filmie
i klimatu, który Wajda potrafił uchwycić. Wracając do filmu Władca Pierścieni - myślę, że będzie to kolejne nieudane dzieło.
Dla tolkienistów będzie to o tyle dobrze, że przez następne pięć lat będzie
o czym pisać, wytykając błędy tego filmu. Ponieważ
jednak ten film ma powstać - czy ma Pan jakieś swoje typy aktorskie? Kto
na przykład mógłby zagrać Froda? Nie, nie
potrafię - to jest jakby poza moim wyobrażeniem. Owszem, ludzi mógłbym
obsadzić, ale hobbitów, czarodziei... jak pokazać Drzewca? Jako chodzące
drzewo? Bez sensu, uważam, że jest to całkiem chybiony pomysł. Nie
oznacza to oczywiście, że tego filmu nie obejrzę. Bardzo
dziękujemy za rozmowę.
rozmawiali
|
|
|
|
|