Jerzy Bernasik

 

WSPOMNIENIA EMERYTOWANEGO FOTOGRAMETRY[1]

Możesz też przeczytać:
Libijska przygoda
lub zobaczyć:
Libijska przygoda ilustracje

 

Słowo wyjaśnienia

 

Ktoś z młodszych Kolegów (chyba Sławek) – po kolejnej mojej opowiastce z dawnych lat – powiedział że warto te wspomnienia i anegdoty z życia uczelnianego spisać. Pomyślałem: ma rację - przecież w jakimś momencie zapominamy, no i podobno tak szybko odchodzimy ...

Spróbuję więc przedstawić swoje wspomnienia na tle ważniejszych wydarzeń z opisywanego okresu. Aby jednak nie zniechęcić do czytania tych przydługich retrospekcji, rozdzielę je tak, by każdy tracił czas jedynie na lekturę rzeczy które go zainteresują. Na końcu dodam – dla młodych czytelników – objaśnienie niektórych skrótów. Dołączę kilka dokumentów i ilustracji. Powstrzymam się od własnego, subiektywnego oceniania osób czy zdarzeń, bo nie jestem pewny swojego obiektywizmu a poza tym: „zrozumieć, znaczy wybaczyć” – no może nie do końca ....

           

Byłem świadkiem (a czasem nawet uczestnikiem) historii

 

Urodziłem się na pół roku przed wybuchem wojny. Niemcy zamordowali w Oświęcimiu mojego Ojca - za konspirację w Organizacji Orła Białego, Wujka - za konspirację o zabarwieniu czerwonym. Ich spór tle ideologicznym zakłócił ostatnią wieczerzę wigilijną; ale do Oświęcimia – po okrutnym śledztwie gestapo - wywieziono Obu tym samym transportem ... Wspomnienia z czasów wojny – widzianej oczami dziecka - spisałem jako aneks do wydanych drukiem wspomnień mojej Siostry; zamieszczam je na końcu - jako „Wspomnienia Braciszka”.

Wojenne dramaty odbiły się na zdrowiu nas wszystkich a Dziadek zmarł zaraz po wojnie. Kobiety już wiedziały: „żadnej polityki” ! Dlatego w kolejnych dramatycznych czasach (UB, PPR, PZPR, „bratnia pomoc ZSRR”) - jako jedyny ocalały „mężczyzna”, byłem „chowany pod kloszem” – aż do rozpoczęcia samodzielnego życia – na studiach w Krakowie (Wydział Geodezji Górniczej, Sekcja Geodezji Inżynieryjno-Przemysłowej AGH).

Aby uprzytomnić Czytelnikom jak wtedy wyglądał Kraków, załączam fragment Turystycznego Planu Krakowa” z roku 1955. Czytającego zaskoczy zapewne fakt, że za gmachem głównym AGH (wciąż jeszcze pomalowanym w wojenne barwy maskujące), kilkoma budynkami przy ul. Reymonta i obszarem budowy pawilonów „B” i „C” – rozpościerały się prywatne ogrody warzywne (pogardliwie nazywane przez propagandę PRL-owską – „badylarstwem”). Ulica Czarnowiejska kończyła się przy Miechowskiej a domy przy ul. Kawiory stały „w polach” – aż do akademika przy ulicy Gramatyka. Na wschodzie Krakowa, linia tramwajowa – która jeszcze kilka lat wcześniej kończyła się pętlą na „Rondzie Mogilskim”– była przedłużona do budowanej Nowej Huty i przebiegała obok pasażerskiego lotniska w Czyżynach.

Skoro mowa o tramwajach, to warto wspomnieć jak się jeździło … Bilet sprzedawał konduktor siedzący przy tylnym wejściu, który – pociągając za linkę dawał dzwonkiem (dzyń, dzyń !) sygnał do odjazdu. Za tę linkę – biegnącą  przez cały skład – mógł pociągnąć każdy pasażer – sygnalizując potrzebę zatrzymania. Drzwi zazwyczaj były otwarte, bo na stopniach (z konieczności, bądź z wyboru) podróżowało „grono” pasażerów. A jeśli przeładowany tramwaj wiózł kibiców piłkarskich na mecz – to podróżowano również na zaczepach między wagonami.

Mecze piłkarskie to też była „inna bajka” – nie do uwierzenia w czasach rozwydrzonych „kiboli”. Dopuszczalnym okrzykiem było – w uzasadnionych sytuacjach – „sędzia kalosz !”. Ale jeśli jakiś młokos pozwolił sobie na głupią uwagę (lub okrzyk), bywał gromiony przez starszego kibica: „idze, idze bajoku !” – młodzi  byli rozproszeni w tłumie „prawdziwych” starszych kibiców. Zdarzało się oklaskiwanie udanej parady bramkarskiej, czy efektownego zagrania piłkarza drużyny przyjezdnej. W przejściach widowni chodzili sprzedawcy dropsów zachwalając: „siiilno kwaśne, silno miętowee !”, albo sprzedawcy lodów: „loody Pingwin !”, lub: „lody Pingwin w śmietanie – kto skosztuje temu staniee !”  Na przyjezdnych kibiców zapewne patrzono „bokiem” i dogryzano sobie, ale pamiętam, że gdy kiedyś grała drużyna z Sosnowca i ktoś rzucił grudką żwiru w stronę przyjezdnych, to jeden z nich  wstał i w stronę Krakowian wygłosił: „przyjechaliśmy do Krakowa i myśleliśmy że to kolebka kultury …” I to wystarczyło. 

 

Fragment „Najnowszego planu turystycznego Krakowa” z 1955 roku. Jak widać, Kraków „kończy się” za stadionem Wawelu

 

O budowanej właśnie Nowej Hucie pisano piosenki w rodzaju:

Niedaleko od Krakowa, od Krakowa, rośnie w górę Nowa Huta, Huta Nowa.

A w tej Hucie a w tej nowej, a w tej Hucie a w tej nowej, wszystko tętni od budowy!

kończące się:

…A kiedy za lat trzydzieści, lat trzydzieści, zapytają gdzie się Kraków, Kraków mieści

   Odpowiemy z wielką butą, odpowiemy z wielką butą: Kraków ? Tam – pod Nową Hutą !

albo patetyczne wiersze kończące się:

…komin wystrzela śmiało, jakby chciał sięgnąć gwiazd !

Rodzi się nowe miasto, najradośniejsze z miast !

W Krakowie – według wspomnianego Planu - było 9 hoteli (raczej hotelików) i 7 stacji benzynowych. Za to było 14 barów mlecznych ! „Przekrój” żartował z oficjalnej reklamy: „przez mleczne bary mamy taaakie bary !”, dodając: „przez mleczne zupy mamy taaakie d...y”. „Przekrój” – choć drukowany na fatalnym papierze i wymagający przed lekturą rozcięcia kartek – zwykle był sprzedawany „z pod lady”; uznawano go za jedyne „europejskie” pismo w obozie socjalistycznym. Polska zresztą była nazywana „najweselszym barakiem w obozie”.     

„Przekrojowi” należy się choć kilka zdań - neutralizował on bowiem  starania „władzy” o upowszechnianie radziecko-partyjnego stylu bycia i posługiwanie się „nowomową”. Cotygodniowa przekrojowa porcja „demokratycznego savoir vivre” przypominała jak przed wojną zachowywał się i wysławiał dobrze wychowany Polak. Ale nie do końca im się udało … Do dziś profesorowie mówią „na Komisji”, „na Senacie”, „na miasteczku” – bo wtedy do stylu władzy należało mówienie „z rosyjska” (że niby jestem „swój człowiek”). Przykłady inne: gdy do Warszawy przyleciał Prezydent Czech, to szef  kancelarii Prezydenta Wałęsy (profesor !) wręczał zdumionej Pani Havlowej kwiaty łodygami do góry a ostatnio tak samo robił to sam Prezydent Kaczyński (też profesor) – tak zazwyczaj wręczali je kobietom, czy wyróżnianym pracownikom - działacze partyjni i inni oficjele PRL. Jeśli dziś zauważycie, że ktoś „ważny” podaje Wam rękę nie spoglądając w oczy, lub patrząc już na następnego do uściśnięcia, lub celowo przekręci Wasze nazwisko, to jest to ktoś z piętnem tamtych czasów – to był sposób akcentowania swojej ważności. A jeśli chodzi o słowa wprowadzane do użycia w kręgach władzy partyjnej (a potem do warstw „niższych”), to zabawny był fakt wzbogacania słownika o „skomplikowane” słowa, użyte przez I sekretarza PZPR w referacie wygłoszonym na ostatnim Zjeździe lub Plenum KC PZPR. Pamiętam na przykład zawrotną karierę słowa „integracja” … Co drugi „towarzysz” starał się w jakiś sposób wpleść je w rozmowie czy tekście. A teksty owych referatów pisane były przez ludzi wynajmowanych. Poznałem kiedyś pracownika Radia Kraków, który przed  ważnymi wystąpieniami lokalnego notabla partyjnego, zostawiał po prostu portierowi kopertę z tekstem referatu, po którą przyjeżdżał ktoś z Komitetu Miejskiego PZPR. Niedawno popularny „krakauer” Leszek Mazan przyznał się ze skruchą do autorstwa pewnego niechlubnego,  zamówionego (a raczej wymuszonego) tekstu „wystąpienia” okolicznościowego.  A skoro mowa o wprowadzaniu „nowomowy”, to warto przypomnieć ważne słowa które w tym czasie niemal wyeliminowano z polskiego słownika: prawdomówność, słowność, dobre imię, godność, lojalność, sumienność, szlachetność, rzetelność, dobroć, wyrozumiałość, takt, dobre maniery, kindersztuba, honor, dyskrecja; efekt: ówczesna i dzisiejsza żałosna scena polityczna.

Swoje piętno „barwnego ptaka w szarzyźnie PRL-u” pozostawił na Przekroju współpracujący przez pewien czas z redakcją Leopold Tyrmand. Jego walka o uchylenie „żelaznej kurtyny” dla jazzu – uzasadniana sprytnie tym, że jest to muzyka gnębionych Murzynów amerykańskich – była próbą (udaną) zdobycia przyczółka niezależności od ustrojowej poprawności. Inną próbą było wprowadzanie mód na atrybuty wyśmiewanego „stylu zgniłego zachodu” – barwne skarpetki (wyśmiane niedawno przez posłankę Błochowiak z SLD), szerokie, watowane marynarki, buty na „słoninie” i w ogóle „stawanie w dryf” – skoro nie można „pod prąd”. Tyrmandowa powieść z życia warszawskiego półświatka  - „Zły” – to była perełka w potopie socrealistycznej literatury (polskiej i radzieckiej) i wielki sukces Autora. Dopiero wydanie Przygód Sherlocka Holmesa (Conan Doyla) a następnie kolejne rodzime powiastki kryminalne (drukowane w serii „srebrnego kluczyka”) stanowiły odmianę po okresie monopolu radzieckich i polskich powieści wojennych i socrealistycznych „produkcyjniaków” – eposów   „o trudzie i walce społeczeństwa budującego swoją socjalistyczną Ojczyznę”.

Przekrój skupiał grono ludzi którzy nie tylko mieli coś ważnego do przekazania społeczeństwu zagrożonemu wirusem „homo sovieticus”, ale umieli tak to podać, że cenzura przepuszczała …  Zamieszczane w pewnym okresie humorystyczne rysunki: „przez okulary Sławomira Mrożka” były wypowiedziami wybitnego dramaturga w jedynej formie pozwalającej oszukać cenzora. Gdy zaczęto w odcinkach drukować „Astronautów” Stanisława  Lema, to chyba niewielu przewidywało, iż są to narodziny „megagwiazdy” literatury science-fiction, wizjonera, humanisty i wielkiego twórcy. Okno na świat stanowiły relacje Budrewicza a Lucjan Kydryński streszczał czasem obejrzane za granicą szlagiery filmowe, na których sprowadzenie nie było szans. Winni jesteśmy wdzięczność jeszcze  wielu innym publikującym w tym czasopiśmie.

Miałem 17 lat, gdy w pierwszych dniach życia akademickiego (październik 1956) sprzeniewierzyłem się zakazom doświadczonych wojną Kobiet, idąc na manifestację. Ktoś stojący na dachu budki przed akademikiem przy Reymonta 17 zaczął wzywać do marszu milczenia – w sprzeciwie wobec tłumienia powstania w Budapeszcie przez czołgi radzieckie. Po przecięciu Alei Mickiewicza – którymi  „przypadkowo” przejeżdżała wtedy wojskowa kolumna radziecka - przeszliśmy wokół Plant, mijając ambasadę radziecką i budynki „władzy” przy Basztowej, mając przypięte małe flagi węgierskie. Była to pierwsza od lat przedwojennych wolna demonstracja patriotyczna w Krakowie! Kilka dni później w hallu A-0 odbył się wiec w trakcie którego delegacja pracowników Kombinatu „Huta im. Lenina” przedstawiła propozycję 10 żądań wobec „władz partyjnych i państwowych” (przyjęte entuzjastycznie). Wśród nich było obrazoburcze żądanie odesłania do ZSRR ministra obrony narodowej – gen. Konstantego Rokossowskiego (nota bene żartowano, że jego wygięta nienaturalnie lewa brew – to ze zdziwienia że jakoby jest Polakiem). Zbierano datki i oddawano krew dla Braci Węgrów[2]. Bloki naszego akademika były przez cały październik enklawą wolności: co wieczór, dzięki „radiowęzłowi” studenckiemu, można było słuchać nadawanych przez Radio „Wolna Europa” informacji o walkach w Budapeszcie. Wybuchem radości przyjęliśmy też wiadomość o wyborze Władysława Gomułki na stanowisko pierwszego sekretarza PZPR (wcześniej był on więziony). Gomułka z wielkim szumem zlikwidował znienawidzony Urząd Bezpieczeństwa – UB, aby ... po kilku tygodniach utworzyć Służbę Bezpieczeństwa - SB. I wszystko wróciło na dawne tory, pod hasłami: „Pomoc, przykład, przyjaźń ZSRR – to podstawowe źródło naszych zwycięstw !”, „Partia do socjalizmu i dobrobytu prowadzi naród !” itp... Zamieszczam kilka obrazków z tamtych lat (wg. „Kalendarza PRL”), uzupełnione cytatami z ówczesnych gazet.

 

Kontrola drogowa. Rok 1965 – MO dysponuje już Syrenkami !

Władysław Gomułka (I sekretarz PZPR) w Dniu Górnika

 

Kolejki wyczekujących na „rzucenie towaru” – koszmar kobiet. W 1980 roku śpiewany przez Krystynę Prońko „Song czekających w kolejce” zapowiadał bezkrwawą rewolucję Solidarności: „...te kamienie polecą jak lawina ...”

 

            O śmiesznościach i absurdach lat Gomółkowsko-Gierkowskich „coraz mniej dziś pamiętamy” (lub po prostu nie wiemy)... a warto o nich przypomnieć, gdy ktoś wspomina z nostalgią tamte lata. Na przykład – czy ktoś wie: kiedy i dlaczego w Polsce wprowadzono ograniczenie prędkości samochodów do 90 km/godz ? Otóż „pod koniec Gomółki” brakowało dosłownie wszystkiego a zwłaszcza paliw i energii. Aby zmniejszyć zużycie prądu wprowadzano czasowe jego wyłączenia, natomiast aby zmniejszyć zużycie paliw, którejś zimy wprowadzono „czasowo” ograniczenie prędkości samochodów do 90 km/godz. A samochodów osobowych było wtedy niewiele: wolne i ciężkie „Warszawy”, trochę Wartburgów,  pierwsze „Syrenki” i Trabanty, oraz dygnitarsko-partyjne Wołgi.

Potem zaczęła się dekada zadłużania Polski przez duet: Gierek – Jaroszewicz . I to już wcale nie było śmieszne (bo większość pieniędzy zmarnowano). A pod koniec „dekady Gierka” zaczęła się reglamentacja wszystkiego – wprowadzono system kartkowy. Wprawdzie wszyscy „mieli pracę”, ale tylko niektórzy naprawdę pracowali. Obowiązywała zasada: „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy”; tylko ów „tysiąc” przekształcał się stopniowo w „tysiące”.

            Problem braku towarów rozwiązywano na kilka sposobów: dla „aparatu partyjnego”, SB, kadry MO i wojska były sklepy „za żółtymi firankami”, oraz bufety w siedzibach komitetów partyjnych. Mniej „uprzywilejowani” – sprzedawcy sklepów z towarami reglamentowanymi, urzędnicy którzy „coś mogli załatwić”, kierownicy wszelkiego rodzaju – tworzyli krąg wymiany usług i sprzedawanych „z pod lady”: artykułów spożywczych, towarów codziennego użytku, części do samochodów. Reszta płaciła łapówki, albo wystawała nocami przed sklepami i „z godnością” znosiła niedostatek. Aby było mniej smutnie wspomnę, że gdy do sklepów „rzucano” papier toaletowy, to szczęśliwcy dumnie wędrowali do domu przepasani przez piersi wiązanką 10 (!) rolek. A ja niedawno wyciągnąłem z kufra dwie pary nowiutkich trampek z przed 25 lat - bo gdy coś „rzucono” do sklepu i odstało się godzinę w kolejce, to należało bez wahania kupować tyle ile pozwolili i takie rozmiary jakie jeszcze były: „może się przyda, gdy dziecko urośnie ...”. Najbardziej elegancko (w stare ciuchy zagraniczne) można się było ubrać – choć za niemałe pieniądze - „na tandecie”, gdzie sprzedawano to co dzisiaj w tzw. szmateksach.

          Materiały budowlane – zamiast kupić, trzeba było „załatwiać”; tym sposobem z cementu przeznaczonego na „wielkie budowle socjalizmu” i bloki mieszkalne, budowano prywatne wille. A że potem „chudy” beton nie wytrzymywał przewidzianych obciążeń eksploatacyjnych… Dzisiaj mało kto pamięta, że w roku 1988 półki sklepowe wypełniano octem a inflacja w Polsce przekroczyła 500 procent ! I gdyby nie upadek komunizmu, pierwszy demokratyczny rząd Mazowieckiego, oraz reformy Balcerowicza, byli byśmy dziś drugą Białorusią.

Gdy „za Gierka” Polacy zaczęli wyjeżdżać nad ciepłe morze do Bułgarii, czy Rumunii, to zabierali różne rzeczy do sprzedania i na łapówki dla celników. Kto „załatwił” sobie na przykład magnetofon „Grundig” (produkowany w Polsce na licencji i ponoć eksportowany) ten mógł za pieniądze ze sprzedaży utrzymać się z rodziną na bułgarskim, czy rumuńskim kempingu przez miesiąc. Na  łapówki dla celników zabierano: kartony papierosów „Carmen”, kremy Nivea (polska podróbka), wodę kwiatową „Być może” itp.; do Jugosławii zabierano antybiotyk „biseptol” – uważany tam za doustny środek antykoncepcyjny.

To wszystko nie wynikało wyłącznie z niemożności sprowadzenia czy wyprodukowania; był to również element systemowego „wychowywania” obywateli poprzez tłamszenie – każdy winien był zdawać sobie sprawę jak mało znaczy - wg. leninowskiego: „jednostka zerem !”. Najbardziej upokarzające i denerwujące było wielogodzinne wystawanie przed biurami paszportowymi, gdzie SB decydowało komu „wydać” (na tydzień, miesiąc, lub dłużej)  – jego własny paszport  -  aby umożliwić wyjazd zagraniczny.

A czego dziś mi żal ? Ambitnych spektakli teatralnych (przy wypełnionych salach), wybitnych kreacji aktorskich, dobrych filmów (nawet jeśli ówczesne były zaprawione porcją propagandy), niebanalnych seriali telewizyjnych, pięknych wieczorynkowych bajek dla dzieci – głównie polskich i czeskich, doskonałych kabaretów, piosenek których teksty pisali ludzie utalentowani a śpiewały osoby mające głos i słuch, radiowej „Rewii Piosenek” Lucjana Kydryńskiego, taniej książki i  chyba też tego, że było z kogo i z czego się śmiać (choć musiały wystarczać zakamuflowane aluzje – aby cenzura przepuściła); dziś też jest z czego i z kogo się śmiać, ale niestety bywa to śmiech przez łzy; różne środowiska śmieszy, irytuje i oburza co innego; a „zapominalscy” zastanawiają się: „po co nam to było ?”.

Wiosną 1968 roku wybuchły protesty studenckie w Paryżu, a potem i w Polsce. Odbył się wiec na krakowskim Rynku. Milicjanci pałując studentów w rejonie Plant wpadli do sal i gabinetów Collegium Novum, wrzucili tam granat z gazem łzawiącym. Na ogłoszony wiec protestacyjny przed Rotundą poszliśmy z Józkiem Jachimskim, ryzykując – jako dydaktycy - konsekwencje służbowe. Ale przed Rotundą nikogo nie było, zaś niewidoczny spiker powtarzał informację o odwołaniu wiecu ...

Na AGH wprowadzono wtedy kosztowną zmianę: Dom Studencki przy Reymonta 17 podzielono na 5 oddzielnych akademików, dodając 4 portiernie, 4 radiowęzły itp. – aby znów „wróg klasowy” nie mógł tumanić radiowo i organizować zbiorowo tak licznej grupy studenckiej. Pamiętam, że w czasie zamieszek wykorzystano popularność Rektora AGH prof. Żemaitisa, aby w przerwie telewizyjnej transmisji z meczu o puchar Europy zaapelował do studentów o zachowanie spokoju; ale niedługo potem, gdy miał wylecieć na zagraniczną konferencję – cofnięto Go z pokładu samolotu ... Zaufanie PZPR miało swoje granice, nawet do osób uznawanych za „swoje”.

Potem nastąpiły powszechnie znane porachunki – winni byli Żydzi (których wysłano do Izraela), i naukowcy – którzy wychowywali młodzież mało ideologicznie. Naukowcom zafundowano reformy: tworząc duże instytuty (zamiast katedr) powierzono stery placówek naukowych swoim „miernym, ale wiernym”, wspierając to utworzeniem stanowiska „docenta” (nie wymagające habilitacji i nadawane przez władze), czyniąc dotychczasowych docentów (z habilitacją) – „doktorami habilitowanymi”. Przypomniałem o tym 28 lat później[3] w publikacji zamieszczonej w Biuletynie informacyjnym AGH; zamieszczam kopię.

 

 

Gdy zostałem „wybrany” do Rady Oddziałowej Pracowników Dydaktycznych Związku Nauczycielstwa Polskiego AGH, chciałem zrobić coś dobrego, sensownego. Najpierw udało mi się zorganizować spotkanie (pracowników i studentów) z czterema rektorami AGH:

- prof. Walerym Goetlem – wybitnym geologiem, prekursorem sozologii i pomnikową postacią uczelnianą, rektorem AGH w latach 1939-1945 i 1945-1951; jak zresztą pamiętam, moja Syrenka nie była zbyt wygodnym środkiem lokomocji dla tego postawnego Pana w starszym wieku,

- prof. Andrzejem Bolewskim, prorektorem AGH, geologiem, więźniem obozu hitlerowskiego (po znanym, podstępnym aresztowaniu krakowskich uczonych w Uniwersytecie Jagiellońskim),

- prof. Kiejstutem Żemaitisem – szanowanym i popularnym rektorem AGH (w latach 1963-1969) oraz z „zaplanowanym”: na Jego następcę

- prof. Janem Aniołą, metalurgiem, (rektorem w latach 1969-1972).

Byłem bardzo szczęśliwy, że udało mi się te cztery znakomitości uczelniane zebrać przy wspólnym stole „prezydialnym”.

            W którymś roku, młody wydziałowy sekretarz partii przekazał władzom Uczelni negatywne opinie o trzech młodych, zdolnych asystentach; było to równoznaczne z wnioskiem o zwolnienie. Pomimo dobrych opinii przełożonych i choć udało mi się zaangażować w sprawę ważnego v-dyrektora instytutu, efekt jednak był mierny: jeden z nich został - bo zapisał się do partii, drugi znalazł pracę w instytucie nie prowadzącym dydaktyki (został potem profesorem w Niemczech), trzeci odszedł po roku. A ów „trunkowy” sekretarz „rządził” wiele lat i dopiero po kilku burzliwych rozwodach przeniósł się na Politechnikę Częstochowską i słuch o nim zaginął.

Nie podobały mi się – jak wielu młodym - panujące feudalno-partyjne stosunki: niereformowalność niektórych kiepskich, starszych wykładowców, dobór, nagradzanie i awansowanie uwzględniające przynależność partyjną a nie doceniające pracy dydaktycznej i naukowej. Nie akceptowałem również (i do dziś nie akceptuję) zróżnicowanej grzeczności wobec: ważnych i mniej ważnych współpracowników; lepszych i gorszych studentów. Głosiłem że osoba dobrze wychowana po prostu nie potrafi zachować się niegrzecznie (dziś dam przykłady z prezydenckiego repertuaru: „spieprzaj dziadu”, „ta małpa w czerwonym”, czy „won gnoju”). Powtarzałem że najlepszym sposobem wychowawczym jest własny (dobry) przykład – to skuteczniejsze niż sto słów. Że w atmosferze wzajemnego poszanowania, dobre słowo czy uśmiech zachęcą do pracy lepiej niż groźna mina. Wierzyłem że w istniejącym systemie politycznym uda się osiągnąć pewien postęp poprzez ankietowanie studentów. Udało mi się przekonać członków mojej „Rady” Związku Nauczycielstwa Polskiego (znacznie starszych) i skierowano mnie na rozmowę z odpowiedzialnym za te sprawy sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR (absolwent moskiewskiej uczelni, prof. L.). Była to zaskakująca rozmowa - głównie mój monolog i jego dziwne przyglądanie się: „czy on na pewno ma wszystko w porządku w tej łepetynie”? A może to „wróg klasowy” ?  Potem już przestałem tracić czas w ZNP. Zabrałem się za doktorat.

Problematykę doktoratu podsuwało życie – fotogrametrzy z Przedsiębiorstwa Miernictwa Górniczego w Bytomiu chcieli mierzyć jezdnie suwnicowe (po wypadku w trakcie pomiarów geodezyjnych), potrzebowali też metodyki badania odkształceń budynków, w Katedrze doskonaliłem metodykę pomiaru wychyleń kominów. To była ciekawa praca, która mnie pochłonęła; pracowałem według poznanej w liceum łacińskiej maksymy: Nulla dies sine linea – co dzień,  choć linijkę ! Prof. Piasecki (autorytet z Politechniki Warszawskiej) dał recenzję, która wbiła mnie w dumę i ucieszyła Promotora – doc. Sitka – był to bowiem Jego debiut w tej roli.

            W grudniu 1970 doszło do dramatów w Gdańsku i Szczecinie, gdzie zamordowano kilkudziesięciu stoczniowców. Informację miałem szybko – od dr Andrzeja Jarzymowskiego, który dostał wiadomości i zdjęcia pomordowanych. Zaczął się czas biuletynów, gazetek i dzielności kilkudziesięciu KOR-owców, którzy jawnie (nazwiskiem i adresem) firmowali teksty upominające się o prawa pracowników (wg. podpisanych przez władze zadłużonego PRL-u umów międzynarodowych) i o ich łamaniu. Aż do wybuchu strajku w Lublinie i o tych najważniejszych, rozstrzygających o historii Polski – w Gdańsku i w Szczecinie. To co było dalej – dla zainteresowanych – wspominam w rozdziale „Solidarność”.

           

Mój romans z „fotką”

 

            Pewnie był to zaledwie „flirt z fotogrametrią” – bo choć coś nie coś na tym polu osiągnąłem, to nie zawsze czułem się „właściwym człowiekiem na właściwym miejscu” – dziś mogę się do tego przyznać. Wiatry które nagle zmieniały kurs mojej „łodzi życiowej” były na ogół nieoczekiwane i niezależne ode mnie; ja tylko jak żeglarz umiałem „halsować” – i nieoczekiwanie wiatr przeciwny popychał mnie do przodu. W liceum czułem się humanistą i właściwie do dziś się nim czuję. Ponieważ jednak praca (i płaca) nauczycielska nie zachęcały do studiów uniwersyteckich, wybrałem leśnictwo; a że w Krakowie tego wydziału nie było – wybrałem coś moim zdaniem najbliższego – geodezję - zawód polowego „skoczybruzdy”. Wyniki studiów były niestety - na miarę moich „talentów” matematycznych i umiarkowanego zaangażowania (wyjątek robiłem dla rzeczy pasjonujących mnie, lub co najmniej sensownych). W tym czasie zresztą wielu z nas starało się o „państwowe” oceny (tzn. dostateczne) – wiadomo było bowiem, że o pozycji zawodowej w głównej mierze zadecyduje przynależność i aktywność partyjna – a nie dyplom; kilkanaście lat później wyśpiewano to w piosence „Mniej niż zero”.

Ze względu na perspektywę pracy polowej wziąłem stypendium fundowane z Państwowego Przedsiębiorstwa Fotogrametrycznego (PPF) - wykonującego terenowe pomiary osnów, oraz prace kartograficzne na stoliku topograficznym. Firma starannie mnie przeszkoliła w trakcie praktyk terenowych, oraz w pracowniach warszawskich. Było więc naturalną rzeczą, że wziąłem fotogrametryczny temat pracy dyplomowej.

            W międzyczasie trafiłem na piękną (naprawdę !) książkę o fotografii – Pękosławskiego „Z fotografią na ty”; kupiłem ją przypadkowo – do czytania w podróży. Potem kupiłem najtańszy aparat fotograficzny, który później przerobiłem na powiększalnik. W ciaśniutkiej komóreczce poznałem zapach utrwalacza i cały „zaczarowany świat ciemni”. Zrobiłem kilka udanych fotogramów. Gdy przyszło mi opracować dyplomową fotomapę, to w ciemni - pod okiem pasjonata fotografii, nieodżałowanego, do dziś najcieplej wspominanego Pana Staszka Stefaniszyna, mogłem zrobić dobre wrażenie. Zakładem Fotogrametrii kierował z-ca prof. mgr inż. Jan Cisło – łagodny, dobry lwowiak, kochający przyrodę - Jego gabinet przypominał oranżerię, pieczołowicie pielęgnowaną przez Gospodarza; najchętniej popołudniami. Katedrą Geodezji Górniczej (której częścią był Zakład) kierował „silny człowiek” Wydziału – prof. Zygmunt Kowalczyk. O Katedrze i jej Kierowniku więcej napiszę (wyłącznie dobrze) w innym rozdziale. Ale opinia była jednoznaczna: na 2. piętrze – gdzie panował „Pan Rektor Kowalczyk” i po trosze na parterze - gdzie rozwijał „ochronę środowiska” prof. Skawina, biło serce Wydziału.

            Niedawno utworzony Zakład Fotogrametrii zatrudniał 5. magistrów inżynierów: Jana Cisło, Zbigniewa Sitka, Józefa Jachimskiego, Krystynę Łopuszańską (wkrótce odejdzie - gdy wyjdzie za J.J.) i Daniela Michalskiego (wesołego miłośnika fotografii, absolwenta specjalności „geodezja górnicza”)[4]. Zaczęto mi się przyglądać pod kątem zatrudnienia a gdy nieoczekiwanie zmarł Kierownik Zakładu, to Jego następca - mgr Sitek - zaproponował mi pracę (zapewne moje przeszkolenie w PPF było argumentem rozstrzygającym). Było to niezwykle miłe, ale przedstawiłem okoliczności wykluczające: stypendium fundowane (i obowiązek podjęcia pracy w PPF w ciągu 3 miesięcy po obronie), oraz słabe widzenie stereoskopowe; do tego doszły niezbyt przychylne (niestety prawdziwe) opinie o wynikach moich studiów. Ale mimo wszystko zaczęto starania o zwolnienie mnie z obowiązku pracy w PPF...

            Czas oczekiwania na odpowiedź dyrektora PPF w Warszawie przedłużał się, więc podjąłem pracę biurową przy budowie szkoły w Miechowie (półoficjalnie i nie pokazując dyplomu). Opracowywałem rozliczenie zużytych materiałów budowlanych; raz nawet uratowałem skórę szefa budowy... A było to tak: gdy na bocznicę kolejową przyjeżdżały wagony z materiałami, to należało natychmiast wzywać z Krakowa samochody ciężarowe do przywozu ładunku na budowę – bo za każdą godzinę postoju wagonu „leciało osiowe” – wysokie opłaty. Na domiar złego, moi szefowie zadarli z magazynierem kolejowym (p. Zapałą), który zapowiedział że nie pozwoli na rozładowywanie wagonów dopóki nie uregulują zaległości finansowych. Aż tu kiedyś, gdy w sobotnie południe obaj moi szefowie pojechali do domów (w Chorzowie), nieoczekiwanie przyjechało z Krakowa 10 zamówionych samochodów do transportu ładunku kolejowego - a osiowe za dwa dni i za pusty przejazd 10 ciężarówek słono by kosztowało ! A normalni śmiertelnicy nie mieli wtedy w domu telefonów. Wsiadłem więc do pierwszej ciężarówki, z magazynierem kolejowym – do którego cukierni „Złoty ul” kiedyś chodziłem na lody - załagodziłem sprawę i do wieczora trwało rozładowywanie, przewożenie i składowanie. Potem wdzięczny Szef przyznał mi jakąś gratyfikację ...

            Ale odpowiedź z Warszawy nie przychodziła, pomimo starań prof. Michała Odlanickiego (przy poparciu Jego wychowanka – kierownika krakowskiego oddziału PPF). Musiałem sam pojechać do Warszawy i przekonać – mówiącego rosyjską polszczyzną - dyrektora PPF, że ze mnie miałby mały pożytek ...  No i byłem na tyle przekonywujący, że mnie puścił. 1 lutego 1962 roku - nie mając skończonych 23 lat - zacząłem asystenturę (bez okresu stażowego !). O pierwszym – barwnym - okresie pracy w katedrze profesora Kowalczyka, piszę w następnym rozdziale „Fakty, plotki, anegdotki”.

 

Fakty, plotki, anegdotki z lat gdym w Katedrze Geodezji Górniczej był

 

                Szefem Katedry Geodezji Górniczej był Pan Rektor – czyli prof. Zygmunt Kowalczyk, zaś moim bezpośrednim przełożonym – mgr Zbigniew Sitek. To była dobra Katedra i to był „ekskluzywny” Zakład: mgr  Sitek był powszechnie znany (również w warszawskim PPF) jako niezwykle przystojny, elegancki i kulturalny, mgr Jachimski (z „dobrej”, krakowskiej rodziny) słynął ze znakomitych wyników studiów, magisterium powszechnie lubianej Krysi Łopuszańskiej wzbudziło zainteresowanie nawet w NRD i wkrótce opracowanie dyplomowe powtórzyła jako zadanie badawcze (zapewne wnosząc nowe elementy). Prof. Kowalczyk – jako rektor AGH - zadbał o wybudowanie odpowiedniego pawilonu dla Wydziału. Dzięki Niemu znalazło pracę na Wydziale wiele osób źle widzianych przez władze. W 1956 dostał pracę w Instrumentarium a potem etat dydaktyczny w naszej Katedrze świeżo zwolniony z UB-ckiego więzienia żołnierz AK p. Andrzej Jarzymowski.[5] W Katedrze znaleźli też pracę (lub spokojną przystań) niezbyt dobrze widziani przez „władze” oficerowie przedwojenni: podporucznik ułanów i więzień Oświęcimia - mgr Witold Wierusz, oraz pułkownik – sympatyczny „Dziadzio” - Ludwik Piątkowski[6]. Pan Pułkownik dzielił pokój z Jurkiem Tatarczykiem i prowadził niezbyt absorbujące sprawy administracyjne. Chyba polubiliśmy się. Pamiętam że gdy Mu powiedziałem o zamiarze ożenku, to po „ułańsku” przypomniał mi, że „nie musi się kupować browaru aby wypić piwo”, ale gdy w przerwie spektaklu w Teatrze Słowackiego przedstawiłem Mu moją narzeczoną i Jej Mamę, był szarmancki i dowcipny. Odwiedzałem Go w szpitalu wojskowym gdy chorował, ale niedługo potem zmarł. Pan Witold Wierusz po kilku latach pracy dydaktycznej (i współautorskim wydaniu skryptu do ćwiczeń) objął ważne stanowisko Dyrektora Zakładu Aparatury Naukowej AGH – zapewne dzięki poparciu profesora Kowalczyka.

 

Prof. Kowalczyk – z lewej, prof. Kochmański – z prawej; wisi Bierut – zatem to 1949r ± 4

 

Wszyscy dorabialiśmy w „gospodarstwach pomocniczych AGH” wykonując pomiary związane z badaniami odkształceń na terenach górniczych. Pewnego razu mieliśmy scentrowane statywy w wąskim chodniku kopalnianym, gdy przechodziła grupa górników. Prowadzący ich sztygar – aby żaden nie potrącił naszych statywów - rzucił do tyłu: „uważojta chopy, bo to jest jeich robota” ... On wiedział jakim szacunkiem otaczana wśród śląskich górników „robota”. Odtąd ja – Zagłębiak z urodzenia - zacząłem z coraz większą sympatią i uznaniem patrzeć na Ślązaków, których mogłem jeszcze przez wiele lat poznawać z najlepszej strony.

Profesorowi Kowalczykowi na ogół brakowało czasu – jeśli zaczął jakiś wykład, to była to raczej „impresja na temat”, zaś właściwy, treściwy i uporządkowany wykład następował często dopiero po przerwie. Prowadził go ktoś z Jego adiunktów – a o tych dydaktykach, oraz staranności ich pracy (zarówno na ćwiczeniach, jak na praktykach terenowych), o doborze współpracowników i ich prowadzeniu przez Pana Rektora – trzeba mówić z najwyższym uznaniem. Zresztą to zrozumiałe – niedouczenie geodety górniczego mogło doprowadzić do katastrof i nieszczęść.

            Nabór pracowników bywał dokonywany przez Pana Rektora bardzo różnorodnie – Panią Romę Link (później Machowską) poznał na przykład w tramwaju i gdy dowiedział się że ukończyła Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej, od razu zaproponował Jej pracę ... Zatrudnił też dwóch doświadczonych geodetów: inż. Michała Kucharza i mgr inż. Stanisława Chmiela, powierzając Im wykonywanie pomiarów (głównie niwelacji precyzyjnej reperów) na terenach objętych wpływami podziemnej eksploatacji górniczej. Pana Rektora poznałem zresztą na studiach jako „groźnego” egzaminatora – na egzamin po 2. roku czekaliśmy chyba 8 godzin; ale gdy wreszcie wieczorem „wpadł”, to swoim zwyczajem „rzucał” pytania: np. głośno wypowiedziane słowo „Hansen” oznaczało – masz wyprowadzić wzory „zagadnienia Hansena”; podobnie „Collins” itp. Wtedy - wszyscy zaplanowani na egzamin zdaliśmy go w szybkim tempie - Profesor nie miał chyba zbyt wiele czasu na skrupulatne egzaminowanie i mogliśmy gremialnie pójść „na jedną wódkę” do „Uniwersyteckiej” – był to bowiem najważniejszy egzamin na studiach (geodezja II).

            Zebrania Katedry zaczynały się zawsze podobnie: Pan Rektor mówił to co najważniejsze, wprowadzał ogólnie, po czym przekazywał „pałeczkę” zawsze pedantycznie przygotowanemu, zorganizowanemu z-cy  prof. Mieczysławowi Milewskiemu. Sekretariat prowadziła prawniczka - Pani Anna (od 1960 żona profesora Milewskiego). Nieco wcześniej Pani dr Roma Link wybrała za męża dr-a Zdzisława Machowskiego. W tym okresie Wydział cieszył się również z trzeciego mariażu, gdy doc. Skawina poślubił swą asystentkę – mgr Lucynę Zubikowską.

            Profesor Kowalczyk – z pozoru – był srogim szefem: upominał, mobilizował i wszystko musiało iść jak w zegarku ... Miecia – czyli M. Milewskiego. Ale gdy ktoś miał kłopoty w trakcie obrony doktoratu, czy na seminarium – to Profesor zawsze ratował sytuację jakimś żartem czy wyjaśnieniem. I jest smutne, że po latach doszedł do gorzkiej refleksji: „gdy ktoś zachowa się wobec mnie podle, to od razu zastanawiam się: co to takiego dobrego dla niego zrobiłem, że ...”.

            Profesor inicjował imprezy, bale, umiał się bawić i był świetnym gawędziarzem (zwykle -wśród swoich - zaczynał od „suejcie no...”). Pamiętam „posylwestrowy” bal Katedry (!) – biesiadowaliśmy w Jego gabinecie (obecne pokoje 201a i 201b) a tańczyliśmy w sali vis a‘ vis (obecnie pokoje 219, 220). Organizator tej udanej imprezy - Wacek Janusz - zorganizował potem wielki bal wydziałowy (oczywiście w „balówce”); nota bene był wtedy śmiertelnie zakochany ... Ale mnie On najbardziej zaimponował, gdy na publiczne upomnienia Rektora o małą liczbę publikacji odpowiedział: „bo ja Panie Rektorze nie uznaję przyczynkarstwa” (!?).

            Imieniny Pana Rektora to była ważna data !  Impreza imieninowa często odbywała się poza AGH; czasem po pochodzie 1 majowym. Na pochód przychodziliśmy zresztą nie tylko z pragmatyzmu (wiadomo było że pan S. notował kto był), ale też dla tego, że w trakcie kilkugodzinnych postojów, można było omówić wiele spraw – służbowych i prywatnych, dowiedzieć się „co w trawie piszczy” i usłyszeć najnowsze dowcipy polityczne …

Pamiętam  imieniny Rektora  w studenckim klubie „Pod Jaszczurami”; pamiętam że „przedmiot westchnień Wacka” wystąpiła wtedy w sukni wieczorowej (czy nawet balowej)... To były czasy ! Ale imieniny pracowników (ok. 20 razy w roku) stanowiły „dopust boży” dla Pań kreślarek (Jasi i Ewy) – zwykle przygotowywały stosik kanapek. Solenizant stawiał butelkę dobrej wódki (lub dwie); czasem koniak i dostawał ciekawy prezent. Przy wódce sypały się dowcipy – często te same kilka razy; takim żelaznym komentarzem czyjegoś przeziębienia było przypomnienie: „najlepsze są okłady z młodych piersi” – myślę że to z ułańskiego repertuaru p. Wierusza ...

            Przypomnienie najbardziej szokującej historyjki (opowiadanej tylko godnym zaufania) wymaga kilku słów wprowadzenia. Otóż wtedy, młodzieży ZMP-owskiej i tzw. „harcerskiej”, za wzór stawiano Pawkę Morozowa, który zadenuncjował własnych rodziców gdy doszedł do wniosku że są „wrogami ludu”, a do dobrego tonu - na zebraniach organizacyjnych - należało „składanie samokrytyki”. A rzecz miała się tak: studentka na praktyce romansowała z asystentem  i pewnego razu wróciła do wieloosobowej sypialni mając „dessous” w ręce. Dowiedział się o tym zakochany w niej kolega - aktywista młodzieżowy i doniósł gdzie trzeba. Dziewczyna musiała odejść z Uczelni, asystent pozostał, zaś ów student – po studiach - został dydaktykiem i „wychowawcą” młodzieży; doczekał się uznania w ZNP i  PZPR[7].

 

Ostatnie zdjęcie Katedry Geodezji Górniczej w „pełnym” składzie

 

            Gdy w roku 1968 usamodzielnialiśmy się – aby stworzyć Katedrę Fotogrametrii -zostaliśmy zaliczeni do „geodezji powierzchownej”. „Ostał mi się jeno ...” czarny okrągły stół z gabinetu prof. Kowalczyka, przy którym wielu z nas zdawało egzamin; stoi dzisiaj w moim pokoju. W Katedrze Geodezji Górniczej funkcjonowały wtedy cztery Zakłady (przed nazwiskiem kierownika czy pracownika proszę dodawać P.T.): Geodezji Górniczej (kierownik Mieczysław Milewski), Instrumentoznawstwa (Tomasz Gomoliszewski), Fotogrametrii (Zbigniew Sitek), oraz Geometryzacji Złóż i Kartografii Górniczej (Józef Siembab). Pracowali dydaktycy (staram się wymieniać w kolejności angażu): Roma i Zdzisław Machowscy, Adam Chrzanowski, Andrzej Jarzymowski, Józef Jachimski, Jerzy Tatarczyk, Wojciech Janusz, Daniel Michalski, Jerzy Bernasik, Edward Popiołek, Alojzy Dzierżęga, Władysław Mierzwa, Jan Pielok, Stanisław Mularz, Józef Niemczuk, Małgorzata Szymczyk, Jan Cisowski.

 

Życie towarzyskie i zawodowe w Zakładzie Fotogrametrii

 

Specyficzną „malowniczość” lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – lat moich pierwszych kroków w życiu zawodowymi i koleżeńskim Zakładu Fotogrametrii AGH – spróbuję odmalować choć kilkoma szkicami wspomnieniowymi.

            Zacznę od wspomnień o Panu Staszku Stefaniszynie – zakładowym fotografie i artyście - fotografiku. Był to człowiek absolutnej uczciwości, solidności, profesjonalista w każdym calu; uczynny, społecznik i w ogóle – najlepszy człowiek pod słońcem. Zazwyczaj był pogodny, dowcipny i nastawiony pozytywnie do świata, ale przejmował się ogromnie drobnostkami, zwłaszcza jeśli mogły rzucić cień na Jego rzetelność, uczciwość, czy kwalifikacje zawodowe. Nie tyle wiekowo, ile mentalnie „stary kawaler” – zapewne również za sprawą aparycji: dość korpulentny, łysiejący, szarmancki; wycieczkowicz, turysta, ale nie wysportowany … Jego bezustanne perypetie męsko – damskie,  towarzyskie czy wręcz matrymonialno – sercowe stanowiły przedmiot żartów, anegdot, ale czasem także zmartwień przyjaciół. Miał dużą łatwość nawiązywania kontaktów, więc często „podrywał” – na kino, kawę, fotografowanie. Raz nawet tak wytrwale umawiał się do kina z poderwaną w kawiarni  panienką lekkich obyczajów, że dopiero po kinie (a w każdym razie po przyjęciu zaproszenia), rozbawiona, wyjaśniła Mu sytuację i wyznała swą profesję. Zdarzało się, że do „atelierowego” portretowania umówionych ładnych dziewcząt dopuszczał nas – dokształcanych „fotograficznie” młodszych kolegów – Daniela i mnie.

Z Danielem zresztą zdarzało się zresztą podrywać „na fotografowanie” niezłe dziewczyny także bez pomocy Pana Staszka – vide dwa załączone poniżej zdjęcia – zrobione przez Daniela.

Zalew w Nowej Hucie; na zdjęciu z lewej „oswajawiane”, na drugim - dobre znajome

 

Z Panem Staszkiem wśród studentek Wydziału  – Czerna, rok 1963

 

 

Ze studentkami, ale bez Pana Staszka (jest to rocznik mojej przyszłej Żony …)

 

Z zażenowaniem przyznam, że jeden z moich żartów prima-aprilisowych zrobionych  Panu Staszkowi był bezlitosny: zostawiłem Mu wiadomość o telefonie, podając numer znanego artysty fotografika, który kiedyś publicznie skrytykował kolorowe fotogramy wystawione przez – niezwykle ambitnego - Pana Stefaniszyna. „Żart” znacznie mniej rozbawił Pana Staszka niż mnie i  pozostałych kolegów …

Do galerii malowniczych postaci zakładowych należał niewątpliwie mgr Jacek G. Zjawił się nagle i podobnie zniknął – po roku, czy dwóch … - pozostawiając wesołe wspomnienia. Zaczął u nas pracować, bo prof. Sitek – „wypuszczając” do Nigerii dr-a Florka, postawił Mu warunek znalezienia „równorzędnego” następcy. Zaczął więc Jacuś od razu jako starszy asystent !  Już pierwszy kontakt zwiastował ciąg dalszy – gdy w pierwszym dniu  praktyki w Grybowie nie zjawił się na rozpoczęciu zajęć, gdzie miał studentom (i kadrze) objaśnić jedno z ćwiczeń polowych. Przyczyna nieobecności była banalna:  zagadał się z naczelnikiem poczty grybowskiej,  który okazał się krajanem (a może nawet „serdecznym przyjacielem mojego wuja”…) .  Zdarzyło się potem, że do Opatowca – gdzie liczny zespół zakładowy wykonywał pomiary –  ostatnie kilometry odbył „okazją” , bo w jego Trabancie najpierw zaczęło pachnieć spaloną gumą (więc Jacek otwarł okno …) a potem auto stanęło – bo pasek klinowy był zniszczony. Po kilku dniach wracaliśmy do Krakowa, pasek klinowy założono i „na pych” uruchomiliśmy Jackowy wehikuł… Ale po chwili z pod auta – w pył wiejskiej drogi - wypadła prądnica, potem jakieś kable, aż wreszcie – ku nieopisanej wesołości – auto stanęło; trzeba było je holować do Krakowa.

            Przygoda dydaktyczna zakończyła się po niepokojących sygnałach studenckich na temat Jackowego „nauczania”. Potrzebna była kilkuosobowa hospitacja zajęć i … propozycja prof. Sitka – zmiany pracy – z której Jacek skorzystał. Po kilku latach został pilotem wycieczek …

 

            Barwne życie towarzyskie kwitło także na terenie Uczeni: coroczne huczne bale: barbórkowy, czy Bal Metalurgów, wieczorki taneczne w klubie pracowników, bale wydziałowe. Każdej zimy warto było „dostać się” na kurs narciarski organizowany przez nieocenioną Panią Basię Chwastek (ze Studium WF). Organizowała je najpierw w Krościenku a potem w Bukowinie Tatrzańskiej. Ale to były zupełnie różne imprezy – w Bukowinie mieliśmy „tylko” zimowisko, byliśmy rozproszeni, wiele osób przyjeżdżało z dziećmi; w Krościenku natomiast była codzienna wesołość w gronie przyjaciół. W Krościenku mieszkaliśmy razem (w willi Granit) i nie było wyciągów narciarskich.  Za to codziennie wieczorem były śpiewy i tańce, robiliśmy jakieś żarty, kwitła satyryczna twórczość literacka i rysunkowa. Pamiętam fragmenty jednej z piosenek - chyba napisanej przez Hanię Boisse, potem Kegel, a jeszcze potem – dyrektorkę Biblioteki Głównej; w tekście przewijają się elementy i terminy nauki jazdy na nartach :

równolegle czy kątowo, dobrze kochać byle zdrowo,

do odjazdu godzin kilka a więc droga każda chwilka.

Obrót w lewo obrót w prawo, flirt najlepszą jest zabawą,

do odjazdu godzin kilka a więc droga każda chwilka.

 

            Jednym z często wspominanych żartów był zrobiony naszemu przesympatycznemu, już nie najmłodszemu instruktorowi – dr-wi Lenkiewiczowi (międzynarodowy działacz narciarski i instruktor, projektant ski-boba). Pan Lenkiewicz (a wraz z nim my) obawiał się że nie będzie z nami do końca turnusu, bo miał pojechać po żonę, wracającą z zagranicy. Hania wraz z doc. Podrzuckim zadzwonili z poczty i wezwany z pokoju p. Lenkiewicz usłyszał (od „francuskich znajomych żony”) informację że jutro żona przylatuje … Było zatem wieczorne pożegnanie z grupą, wręczenie – symbolicznego kijka narciarskiego, smutne pogwarki, gdy nagle Hania z doc Podrzuckim zaczęli po francusku powtarzać tekst przedpołudniowej rozmowy telefonicznej ...

 

    

 

Wyprawa narciarska na Trzy Korony; kilku przyszłych profesorów (od prawej na górnym zdjęciu: Podrzucki, Banaszewski … Przewłocki i z lewej  - ja), oraz Marysia Radwańska (w przyszłości

Pani doktor - profesorowa Trafasowa) i instruktor - mgr Palik.

 

            W Zakładzie Fotogrametrii – jak w całej Katedrze Geodezji Górniczej – dorabialiśmy w  tzw. gospodarstwach pomocniczych AGH, wykonując pomiary i badania na terenach szkód górniczych kopalni Bobrek, Orzegów i w Świętochłowicach; nota bene do dziś pamiętam godziny odjazdu porannych pociągów z Krakowa: 4.37 i 5.52… Najsympatyczniej było, gdy „rej wodzili” pp. Zdzisio Machowski, Adaś Chrzanowski, a potem także Wacek Janusz. Warto zaznaczyć, że wesoła atmosfera i dobre zakwaterowanie (Hotel „Polonia” w Bytomiu) w najmniejszym stopniu nie zakłócały  profesjonalnej i poważnej atmosfery pracy. Była to świetna szkoła.

            Jako podwładny - kierującego Katedrą Geodezji Górniczej – prof. Zygmunta Kowalczyka, związałem swoje zainteresowania „naukowe” z górnictwem. Było to zresztą kontynuacją tradycji rodzinnej - mój Dziadek Józef Stankowski aż do emerytury sprawował na kopalni „Paryż” w Dąbrowie Górniczej nadzór nad „maszynami”, zaś Ojciec był urzędnikiem na Kopalni „Flora”.

Wykonywaliśmy głównie precyzyjne pomiary odległości i wysokości między reperami, ale również pomiary odkształceń szybów a także wyrobisk kopalnianych. Z czasem zacząłem uczestniczyć w pomiarach wychyleń kominów. Po niedługim czasie udało mi się wykazać, że fotogrametryczne pomiary wychyleń kominów są tańsze i bardziej wartościowe. Przełomowym był moment, gdy w sytuacji znacznego wychylenia od pionu i zagrożenia katastrofą komina nr. 22 (w Hucie Bobrek), prof. Kowalczyk wezwał mnie telegraficznie z urlopu wakacyjnego, abym co kilka dni wyznaczał fotogrametrycznie wychylenie komina. Wykryłem wtedy niebezpieczną anomalię kształtu i gdy po kilkunastu dniach wychylenie gwałtownie wzrosło, przystąpiono do rozbiórki komina. Po tym zdarzeniu rezygnowano stopniowo z pomiarów teodolitowych i przez 10 lat  wykonywałem dwa razy w roku fotogrametryczne pomiary kilkunastu kominów.

Następną okazją do sporej satysfakcji zawodowej był problem hali odlewni w WSW „Andoria” w Andrychowie, gdzie pękające belki dachowe groziły katastrofą ogromnej hali. Ekspertyza znakomitych specjalistów budowlanych: profesorów Fuksy i Tyszowieckiego dopuszczała (po złagodzeniu pierwotnego „wyroku”) krótkoterminową eksploatację hali (do zakończenia produkcji „eksportowych” silników), pod warunkiem pomiaru odkształceń wszystkich (240) dźwigarów. W istniejących warunkach, żadna metoda geodezyjna nie wchodziła w rachubę. Zastosowałem fotogrametryczną metodę jednoobrazową i pomiar zdjęć metodą par czasowych. Wyniki pomiaru fotogrametrycznego powiązałem niwelacją precyzyjną. Zastosowana przeze mnie metoda dała wyniki nie tylko dobre pomiarowo, ale i pocieszające praktycznie - można było zrezygnować z natychmiastowej wymiany dźwigarów. Okazało się bowiem, że poza rejonem pękania czterech dźwigarów, pozostałe wykazują niewielkie i regularne odkształcenia. Po roku pomiar powtórzyłem - dał także uspakajające wyniki a w następne wakacje dokonano wymiany kłopotliwych belek żelbetowych na stalowe. Moja nagroda była lepsza niż dyplomy i pieniądze - „załatwiono” mi telefon !  Potem podobne pomiary wykonywałem wielokrotnie w Elektrowni Jaworzno II.

W dramatycznym okresie stanu wojennego poddana została próbie moja metoda badania przemieszczeń bezwzględnych w zastosowaniu do kopalnianej wieży szybowej, gdy komisarz wojskowy Kopalni „Jowisz” w Wojkowicach nie zgodził się na - zalecane przez rzeczoznawców budowlanych - zatrzymanie eksploatacji i natychmiastową wymianę wieży. Kompromis zakładał, że przez okres 10 tygodni (niezbędne do skonstruowania  nowej wieży) eksploatacja będzie kontynuowana, ale przy cotygodniowym, fotogrametryczno-geodezyjnym nadzorze stateczności konstrukcji. Poza fotogrametrycznym wyznaczaniem przemieszczeń bezwzględnych, niwelacją precyzyjną kontrolowałem stałość czterech reperów które poleciłem przyspawać w nadszybiu. Organizacja była następująca: zdjęcia były wywoływane w dniu pomiaru, mierzone rano a w południe telefonowałem na Kopalnię: czy przemieszczenia mieszczą się w granicach 1 - 2 mm. Po 6 dniach przekazywałem dokumentację. Szczęśliwym zakończeniem tej satysfakcjonującej „przygody” było oddanie do eksploatacji pięknej, nowej wieży szybowej.

W latach osiemdziesiątych nawiązał ze mną kontakt dr Andrzej Sołtysik (geodeta i wiertnik), gdyż fotogrametria była jedyną metodą pozwalającą na określanie przemieszczeń kilkudziesięciu węzłów konstrukcyjnych wieży wiertniczej w momencie próbnego jej obciążenia. Zaprosiłem do współpracy dr Andrzeja Tokarczyka. Zastosowaliśmy metodykę opisaną wcześniej w mojej rozprawie habilitacyjnej. Wykonywane przez wiele lat pomiary odkształceń, rozszerzane były czasem o ocenę poprawności montażu, badania poawaryjne, szukanie przyczyn katastrofy wiertniczej, pomiary parametrów lin lub inne zastosowania fotogrametrii.

Praca nad opisanymi zagadnieniami stanowiła piękną „przygodę” naukowo-inżynierską. A czasem również dostarczała satysfakcji pedagogicznej – jak w trakcie lektury pracy dyplomowej moich podopiecznych (Ł. Stója i  P. Treli - absolwentów specjalizacji „geodezja inżynieryjno-przemysłowa”) którzy napisali pełne pasji: „Niniejsza praca dostarczyła nam wiele satysfakcji i nowych doświadczeń. Trud włożony w opracowanie tytułowego zagadnienia okazał się być niesłychanie owocny w wartościowe wnioski i pogłębił nasze rozumienie fotogrametrii inżynieryjnej, jako współczesnego, jakże doskonałego narzędzia inżyniera geodety – fotogrametry” ... „Podczas tworzenia niniejszej pracy zapałaliśmy chęcią stworzenia tekstu, który mógłby zainteresować – nie tylko promotora i recenzenta pracy magisterskiej, ale i studentów – zainteresować pod kątem możliwości jakie daje fotogrametria inżynieryjna.”

 

NSZZ „Solidarność

 

W pierwszych dniach września 1980 roku zaczął działać w Krakowie Komitet Organizacyjny „NSZZ Solidarność Region Małopolska”. Jednym z czołowych członków był Robert Kaczmarek, pracownik naukowy AGH, opozycjonista, redaktor gazetki „Merkuryusz Krakowski i Światowy”, który zaczął organizować „Solidarność” na AGH. Gdy w połowie września – po powrocie z praktyki w Grybowie – wpisywałem się na wydziałową listę (zainicjowaną przez dr Henryka Brancewicza) – było tam 11 nazwisk (potem dwie Panie wycofały podpisy). Na początku nabór posuwał się opornie ... Ale – jak wspomina dr Brancewicz – „pod wodzą” pp. Milewskich i Machowskich przyszła zapisać się liczna grupa pracowników Zakładu Geodezji Górniczej. Wahania większości bezpartyjnych tłumaczyły konsekwencje jakie niedawno poniosła czeska inteligencja po stłumieniu „praskiej wiosny”. Popularna była recepta: „Nie narzekaj, nie podskakuj, siedź na d..ie i przytakuj”. Pamiętam agitowanie Czesia Żuławskiego (docenta !), który po kwadransie zdecydował: „ja, AK-owiec nie będę się bał !”. I opowiedział mi swoją wojenną przygodę z 1943 roku, gdy w Stanisławowie - mając 15 lat - przenosił pistolety (na  akcję), i musiał przejść obok niemieckich żołnierzy rewidujących kogoś. Pomogła szkolna znajomość niemieckiego i młodzieńcza fanfaronada…

 Załączam pierwsze ogłoszenie wydziałowe, oraz  komunikat Komisji Uczelnianej     

 

Organizowaliśmy udane spotkania na sali balowej z ciekawymi osobami – np. z redaktorem Kozłowskim (8 lat później został ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego).  Zjawiali się wybitni aktorzy, aby – w tym ważnym momencie - przypominać poezję Norwida. Świetne nagłośnienie przygotowywał p. Jerzy Cherian – wspólnie słuchaliśmy nagrań  Pietrzakowego  „Żeby Polska była Polską” (traktowanego jak hymn), miałem nagrania patriotycznych mów sejmowych Holoubka, Małcużyńskiego, Męclewskiego.  Potem zostałem oddelegowany do „Uczelnianego Komitetu Organizacyjnego” Solidarności AGH. Cotygodniowe otwarte zebrania tego Komitetu zaczynały się od długiej dyskusji nad porządkiem obrad – bo tylko pierwsze 5 -6 punktów porządku miało szanse być przedyskutowane. Ale za to każdy – po latach „demokracji socjalistycznej” – miał świadomość wpływania na bieg zdarzeń – bo każda ważna decyzja o strajku, czy pogotowiu strajkowym - była poprzedzona błyskawiczną ankietą opinii członków.

Solidarność – co było ważne – zrywała ze stylem zebrań i obyczajowością organizacyjną PZPR i wprowadzała uczciwość wyborczą. W PZPR i w Związkach Zawodowych oraz wszelkich organizacjach „społecznych”, w trakcie zebrań, przed uczestnikami siedziało „prezydium” - ważne osoby które miały widzieć i być widziane,  kontrolując przebieg zebrania. W PZPR zwracano się per „towarzyszu” a regulaminy wyborczych zebrań partyjnych i związkowych praktycznie wykluczały wybór osób nie przewidzianych przez ustępujące władze (de facto – nie wskazanych przez władze PZPR). Krąg osób – obdarzonych zaufaniem władz - które mogły obejmować ważne stanowiska partyjne i państwowe zaliczano do „nomenklatury”. W skali bloku „socjalistycznego” na szczycie piramidy władzy znajdował się sekretarz generalny KPZR a sekretarze krajów „demokracji ludowej” byli mniej ważni aniżeli radzieccy ambasadorzy (zazwyczaj równocześnie szefowie wywiadu), czy dowódcy wojskowi w tych krajach. Prasa podziemna – w gorącym okresie roku 1981 – opisała fakt spoliczkowania  I sekretarza PZPR przez podpitego dowódcę radzieckiego, gdy S. Kania w złym momencie przyszedł na pilną rozmowę. Europie i światu otwarł oczy na funkcjonowanie tego systemu dopiero ważny szpieg radziecki (członek nomenklatury KPZR), który po przejściu na stronę brytyjską, szczegółowo opisał (jako „Suworow”) system radziecki wraz z jego planami wojskowego podboju  Europy. Warto bowiem przypomnieć, jak bezradny wcześniej był „demokratyczny i  praworządny do bólu” system zachodni, gdzie jawnie mogli działać stronnicy ZSRR  a wśród nich szpiedzy radzieccy. Najgłośniejsza była sprawa brytyjskiego środowiska oxfordzkiego – z którego wyszli najważniejsi szpiedzy radzieccy - Brytyjczycy, funkcjonujący potem jako ambasadorzy i dygnitarze mający dostęp do najtajniejszych akt wywiadowczych. W tej sprawie zdemaskowany (ale bez ostatecznych dowodów) najwybitniejszy szpieg radziecki mógł przez pewien czas działać „legalnie”, aż  do momentu, gdy  – obie strony – pozwoliły  mu czmychnąć do ZSRR.

Sytuacje strajkowe wykorzystywaliśmy do „odnowy patriotycznej i obywatelskiej”. W wypełnionej „balówce” przekazywaliśmy informacje, śpiewali i słuchali pieśni patriotycznych (tekst „Roty” na wszelki wypadek rozdałem). Upowszechnialiśmy piosenki z „Festiwalu wolnej piosenki”, który odbył się w hali Oliwii w Gdańsku (przegrywane na kasety magnetofonowe). Wszystkich zbulwersowała (innym otwarła oczy), ujawniona na jednym z mityngów cyniczna, poufna instrukcja młodego katowickiego sekretarza PZPR – Żabickiego.  I choć mieliśmy świadomość „współuczestnictwa” wtyczek SB, to jawność Solidarności ograniczała ich pole działania – za to bywali „najodważniejszymi” pyskaczami – wydało się to po 13 grudnia 1981[8].

W pierwszych miesiącach 1981 roku najważniejszym wydarzeniem była wystawa zdjęć z wydarzeń gdańskich 1970 roku; z głośników płynęły na przemian piosenki Jandy (Ballada o Janku Wiśniewskim) i Kaczmarskiego (Mury), oraz nagrane w tamtych dniach rozmowy milicjantów: „ ... idą Świętojańską, niosą tego trupa ... ”. Na ul. Św. Anny stała stumetrowa kolejka – każdy chciał wystawę zobaczyć, bo w każdej chwili mogli przecież wystawę zamknąć ! Było jednak jak w hymnie „S”: „żyjmy tak, jak gdyby nasz był wiek, pod wolny kraj spokojnie kładź fundament”. Potem były przepychanki o oficjalną rejestracją Związku, wybory na Wydziale i na Uczelni – u nas wybraliśmy dr hab. Józefa Jachimskiego (pół roku później miał nawet szansę zostać dziekanem – zabrakło 10 głosów). Solidarność liczyła 9,5 miliona członków. I była wspierana przez wspaniałego Papieża – Polaka !

 Do wakacji 1981 wierzyliśmy w możliwość porozumienia z władzami – w szansę na coś w rodzaju „finlandyzacji” Polski. Do Solidarności zapisywali się także członkowie partii. Liczący się publicysta partyjny (teraz opozycyjny) Stefan Bratkowski; ogłosił „List otwarty do moich towarzyszy: CO WYBIERAMY”. Maciej Szumowski - redaktor naczelny partyjnej „Gazety Krakowskiej” nadał swojej gazecie kształt patriotyczny; była wiarygodna i czytana przez wszystkich. Także kilku czołowych działaczy Solidarności AGH należało wciąż do PZPR.

 W momentach gdy jeszcze „mieliśmy złudzenia” krążył, był wywieszany w witrynach sklepowych i z nadzieją czytany wiersz anonimowego autora (styl sugerował L. J. Kerna ...?), skierowany (w domyśle) do gen. Jaruzelskiego:

 

Do Pana Generała

Jak świadczy o tym wielki stos

            Akt, kronik i annałów

Nieraz składaliśmy swój los

W dłoń naszych generałów

I wielu z nich, o ile wiem

Spisało się jak trzeba ...

Kościuszko, Poniatowski, Bem

Piłsudski czy Kutrzeba

       Jeden zwyciężył, drugi padł

       Lecz wszystkim równa chwała

       I raczej dobrze sądzi świat

       O polskich generałach

A gdy generał zamiast krwi

Dział, czołgów, czy żołnierzy

Żąda dziewięćdziesięciu dni

To ja mu raczej wierzę

       Zwłaszcza że on wydeptał pył

       Typowych polskich szlaków

       Bo najpierw na Syberii był

       A potem bił Prusaków

Więc się rozezna chyba w mig

Kiedy przed frontem stanie

Gdzie tutaj kosynierów szyk

A gdzie targowiczanie

       Bez entuzjazmu noszę broń

       I obcasami walę

       Lecz w razie czego, proszę – dzwoń !

       Do usług GENERALE !

 

       Niestety wkrótce okazało się, po co generałowi Jaruzelskiemu były potrzebne „dziewięćdziesiąt spokojnych, pracowitych dni” o które prosił rodaków.  A patriotą okazał się PUŁKOWNIK – Kukliński.

 Po wakacjach partia dała swoim członkom wybór: albo przynależność do Solidarności, albo do PZPR; na naszym Wydziale chyba tylko 1. osoba wybrała „Solidarność”. Ogłosili hasło: „socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości”. Gazety radzieckie coraz groźniej pomrukiwały („Prawda”), zachodnie – panikowały; gdy we wrześniu wracaliśmy z Włoch do Polski, znajomi się dziwili, odradzając powrót: „Polonia ? – brutta situacione !” Sytuacja rzeczywiście się zaostrzała, mnożyły się wieści o translokacjach oddziałów radzieckich, można było się też domyślać z jaką satysfakcją wkroczą do Polski żołnierze czechosłowaccy (pomni naszego udziału w stłumieniu „praskiej wiosny”). Rozwiązanie - zgodne z wspomnianą zapowiedzią było łatwe do przewidzenia; zwłaszcza gdy jesienią gen. Jaruzelski skierował do wszystkich większych zakładów na wizytacje wyższych oficerów – to byli przyszli ”komisarze wojskowi”.

 

 

Nasze gazetki i biuletyny z przed stanu wojennego

 

Tygodnik  „Solidarność” wydawano w bardzo ograniczonym nakładzie i był trudno dostępny

                  

                           

          

 

Zagraniczna prasa - o wydarzeniach w Polsce (Prawda, Giornale di Brescia)

13 grudnia ogłoszono stan wojenny. Byliśmy nań częściowo przygotowani - była decyzja o podjęciu powszechnego strajku w razie delegalizacji Związku. 14 grudnia podjęliśmy na AGH decyzję o strajku okupacyjnym (w najbardziej odpowiednim do tego, odosobnionym bloku C-4) . Jako jeden z dwóch na Wydziale Geodezji Górniczej miałem „kartę mobilizacyjną” – na wypadek stanu wojny - do oddziałów samoobrony AGH. Przez noc 14/15 grudnia patrolowałem więc teren AGH z opaską w barwach AGH (patrole Milicji i ZOMO nie wkraczały na ten obszar, ale chodziły wkoło Uczelni). W nocy obowiązywała wtedy „godzina milicyjna”. Miałem okazję wskazać drogę do C-4 i poinformować o sytuacji kogoś wyglądającego na zagranicznego korespondenta, lub wysłannika ambasady, mogłem przekazywać informacje o patrolach MO kolegom dyżurującym „na bramie” – znaliśmy się przecież dobrze z zebrań Komitetu Organizacyjnego „S” AGH. Przed południem 15 grudnia mogłem dołączyć do strajkujących Pamiętam że obecne na strajku Koleżanki Zosia Traczewska i Lucynka Różycka były bardzo przejęte moją sytuacją – ponoć mogłem być postawiony przed sądem wojennym

 

Ostatni numer Gazety Krakowskiej przed stanem wojennym i pierwszy – po jego wprowadzeniu

Noc strajkowa i pierwsze dni stanu wojennego

                 

                Wieczór i noc strajkowa z 15/16 grudnia były pełna nadziei: w sali „balowej” co chwila przekazywano nowe informacje: o manifestacji poparcia na Polach Elizejskich, solidarnych deklaracjach parlamentów europejskich, o oddziale komandosów którzy jakoby dołączyli do strajkujących stoczniowców gdańskich. Z aplauzem przyjmowaliśmy wiadomości z Nowej Huty (dokąd odjechali nasi strajkujący studenci): o dobrej sytuacji i przygotowaniach do oporu, przemyceniu do okrążonego przez ZOMO Kombinatu - w karetce pogotowia ratunkowego - przewodniczącego regionu. Były też wiadomości niedobre: że jesteśmy jedyną uczelnią krakowską która prowadzi strajk, o pacyfikacji strajku w MPK – przerwany wystrzałem z pistoletu śpiew hymnu, zemdlenie przestraszonej kobiety. Przyszedł do nas przedstawiciel Solidarności Rolniczej ze słowami poparcia; późnym wieczorem przyszedł Rektor Kleczkowski gorąco apelując o przerwanie strajku, o zachowanie siebie dla  młodzieży, o konieczność pracy organicznej …  Wcześniej poinformował kierownictwo strajku, że otrzymał wiadomość o liście osób które zostaną zatrzymane i o decyzji siłowej likwidacji strajku; informacja ta została nam przekazana. Postanowiliśmy decyzję o ewentualnym zakończeniu strajku podjąć nazajutrz przed południem. Uzgodniono, że każda Komisja Wydziałowa zwolni ze strajku po jednej osobie, która w razie aresztowania przewodniczących przejmie funkcję tajnego przewodniczącego. Rozważano techniczne możliwości ucieczki z okrążonego budynku osób zagrożonych aresztowaniem (w razie wkroczenia ZOMO). Potem nie dyżurujący przy wejściu mogli się kilka godzin zdrzemnąć.

            Około godziny  3 w nocy 16 grudnia do budynku wtargnęło ZOMO (budynek otaczało ponoć 400 komandosów, którzy wylądowali nocą w Balicach). Zomowcy z hałasem sforsowali drzwi i naszą „barykadę” (mającą dać nam czas na zwinięcie śpiworów i zniszczenie list strajkujących). W szpalerze uzbrojonych zomowców wychodziliśmy na zewnątrz i przez kilka godzin (na mrozie) spisywano nasze personalia:  krypto-ubek – AGH-wski BHP-owiec informował – po odczytaniu nazwiska z dowodu osobistego – o ewentualnym aresztowaniu. Zatrzymali kilkanaście osób (w tym przewodniczącego wydziałowego – Józka Jachimskiego). Około połowę zatrzymanych wypuścili po kilku dniach, ale Adam Grudziński zmarł w kilka miesięcy po zwolnieniu. Najdłużej internowany był Tadeusz Syryjczyk.

            Po wyprowadzeniu nas z budynku, podnieceni zomowcy zdemolowali radiostację satelitarną, kserograf, wyważali zamknięte drzwi i rozkradali pozostawiony prowiant. Pastwili się nad kolegami którzy nie wyszli na zewnątrz; jednego ze spałowanych „dekowników” – chorego na serce dr Starczewskiego - zabrało Pogotowie Ratunkowe. Tej samej nocy - z psami, pałowaniem i brutalnymi przesłuchaniami - spacyfikowano strajk hutników z HiL .

            Nazajutrz od rana brygady remontowe naprawiały drzwi i szyby w naszym pawilonie. Do mnie zgłosił się nieznany student po informacje o strajku i zatrzymanych. Na drzwiach C-1 ktoś wywiesił informację – listę zatrzymanych. Byliśmy chyba jedynym wydziałem, który zgodnie z wcześniejszym postanowieniem - uczcił masówką rocznicę gdańskiego 18 grudnia 1970 roku. Spotkaliśmy się w tej samej sali „balowej” z której 30 godzin wcześniej nas wyprowadzono; Albin Janik wszystko przygotował, Jurek Zaraska przyniósł flagę narodową przewiązaną kirem, masówkę poprowadziłem ja – w zastępstwie zatrzymanego Józka Jachimskiego . W trakcie masówki dr Andrzej Wróbel przyniósł tragiczną wiadomość o górnikach zabitych na Kopalni Wujek; uczciliśmy pamięć ofiar minutą ciszy. Przekazałem informację o tym że Solidarność tajna będzie funkcjonować wbrew zakazom władz, że funkcje aresztowanych przejmują ich zastępcy. Nie było żadnych konsekwencji …(?).

            Każdego trzynastego odbywały się msze za ojczyznę, które przeradzały się zazwyczaj w demonstracje, tłumione przez oddziały ZOMO. Najostrzejsze starcia miały miejsce w Nowej Hucie. Na AGH kilkakrotnie – trzynastego - w proteście przeciw stanowi wojennemu, na dźwięk syren,  przez kwadrans  spacerowaliśmy; akcje te były rejestrowane, grożono zwolnieniami …

            Natychmiast zaczęła docierać pomoc zagraniczna. Pierwsze dni – to zatem było  przewożenie paczek (ja – swoim Wartburgiem): z Kurii Biskupiej, lub z magazynu ASP na Plantach do różnych miejsc a potem dostarczanie paczek rodzinom internowanych. Zaskakiwało czasem zaufanie różnych osób przekazujących bez pokwitowania (i informacji komu przekażę) zebrane pieniądze – na pomoc dla uwięzionych. 20 grudnia kolega dr A. J. przyniósł mi taśmę z nagraną przez górnika z Wujka relacją o przebiegu zdarzeń na kopalniach Manifest Lipcowy i na Wujku. Na przesłuchanie 2-godzinnej taśmy spotkaliśmy się u mnie (6 czy 7 osób). Potem wykorzystując rodzinę przekazałem taśmę do Sopotu, skąd ponoć trafiła do Radia Wolna Europa.

            Relacje z miejsc internowania docierały różnymi drogami. Pierwszą bezpośrednią relację usłyszałem od zwolnionej z Gołdapi p. Haliny Mytnik. Informacje o sytuacji w kraju mogliśmy początkowo uzyskiwać tylko z rozgłośni zagranicznych – były one oczywiście zagłuszane (ale wcześnie rano zawsze udawało się „złapać” zwięzły i dowcipny serwis „Radio France Internationale”. Potem zaczął się kolportaż prasy podziemnej. Docierały listy, taśmy i poezje. Krótki wiersz Anki Kowalskiej internowanej  w Gołdapi– z marca 1981 - przytaczam:

 

Kochani

Jestem zdrowa

Jadam zupę mleczną

Dzisiaj był nawet spacer i widziałam niebo

nad sobą, nie przez okno.

Dobry pan komendant

Zdjął na całą godzinę kłódkę z naszych drzwi.

Był lekarz

Zaopatrzył chorą na wyrostek

W walerianę i słoik witaminy C.

Czekajcie

Bądźcie zdrowi.

Gdyby ten list doszedł – całuję Was.

I tylko

jak dobrze, jak cudownie

prawda ?

że nie żyją

nasza matka, nasz ojciec.

 

Najważniejsza gazeta podziemnej Solidarności

 

Piosenki stanu wojennego

Teksty spisane z krążących taśm magnetofonowych

 

Kolęda internowanych (mel. „Bóg się rodzi”)

 

Pociesz Jezu kraj płaczący, zasiej w sercach prawdy ziarno.

Siłę swoją daj walczącym, pobłogosław Solidarność

Więźniom  wszystkim daj wytrwałość, pieczę miej nad rodzinami,

A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

 

Pieśń polskich żołnierzy walczących na zachodzie (śpiewana też w 1981)

 

O Panie który jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń

Wołamy z wszystkich stron do Ciebie, o polskie orły, polski dom.

O Boże ! Skróć ten miecz co siecze kraj. Do wolnej Polski nam powrócić daj !

By stał się źródłem nowej siły – nasz dom, nasz kraj

O usłysz Panie skargi nasze ! O usłysz nasz tułaczy śpiew !

Z nad Warty, Wisły, Sanu, Bugu, męczeńska do Cię woła krew

 

Nie chcemy komuny !  - na mel. „ Piechota ta szara piechota”

 

Nie chcemy komuny, nie chcemy i już ! Nie chcemy ni sierpa, ni młota !

Za Wilno, za Grodno, za Katyń i Lwów ! Zapłaci czerwona hołota !

 

Za wojny, za gwałty, cierpienia i łzy. Za lata w niewoli spędzone !

Za fałsze, oszczerstwa i cyniczne gry. Nadzieje bestialsko zniszczone.

 

Od Jałty ten koszmar sowiecki już trwa. I z każdym wciąż rokiem narasta.

Nie lękaj się walki, w szeregu dziś wstań ! Przed tobą czerwona hałastra !

 

Nie chcemy komuny, podnieśmy więc głos. Nasz protest do Kremla już dotarł.

Uchwyćmy w swe ręce parszywy nasz los. Niech zadrży czerwona hołota !

 

Po celach ponurych nadzieja w nas tkwi. Wolności uchylą się wrota.

Nadejdą dla WRON-y ostatnie już dni. Niech płaci czerwona hołota !

 

Czas błędów, wypaczeń już znudził się nam. Wymierzmy sztywnemu więc kopa !

Czas Polsko wystawić rachunek Twych ran. Niech płaci czerwona hołota

 

Ref. Nie chcemy komuny. Nie chcemy i już ! …

 

Hymn SOLIDARNOŚCI

 

Solidarni, nasz jest ten dzień. A jutro jest nieznane.

Więc żyjmy tak, jak gdyby nasz był wiek:

Pod  wolny kraj spokojnie kładź fundament.

A jeśli ktoś nasz polski dom zapali,

To każdy z nas gotowy musi być ...

Bo lepiej byśmy stojąc umieral

Niż mieli klęcząc na kolanach żyć

Solidarni nasz jest ten dzień !

Połączmy się bo wspólny jest nasz cel !

 

Mury

 

On natchniony i młody był. Ich nie policzyłby nikt.

On im pieśnią dodawał sił. Śpiewał że blisko już świt.

Świec tysiące palili mu, z nad  głów unosił się dym.

Śpiewał że czas by runął mur, oni śpiewali wraz z ni-i-m:

            Wyrwij murom zęby krat. Zerwij kajdany połam bat !

            A mury runą ! Runą, runą ! I pogrzebią stary świat !

            Wyrwij murom ... (bis)

Wkrótce na pamięć znali pieśń. I sama melodia bez słów

Niosła za sobą starą pieśń. Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm. Jak wystrzał  poklask ich brzmiał !

I ciążył łańcuch, zwlekał świt. On wciąż śpiewał i grał:

            Wyrwij murom ...         (bis)

Aż zobaczyli ilu ich. Poczuli siłę i czas.

I z pieśnią że już blisko świt, szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk. Ten z nami, ten przeciw nam ...

Kto sam ten nasz największy wróg ! A śpiewak także był sa-a-m

            Patrzył na równy tłumów marsz. Milczał wsłuchany w kroków rytm,

            A mury rosły, rosły ...Łańcuch kołysał się u nóg

            Patrzył na równy ...      (bis)

 

Pieśń internowanych ekstremistów - na mel. „Pierwszy raz wychodziliśmy w pole”

 

Gdy się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela – orła WRON-a nie zdoła pokonać!

Wtedy wolni związkowcy, ekstremiści, KOR-owcy na premiera wybiorą Kuronia

Wtedy wolni związkowcy ... (bis)

Będą tańczyć wśród zgliszczy Gwiazda, Jurczyk i Michnik obok trumny Siwaka Albina

Na wieść po tym sam Breżniew tak potężnie się zerżnie, że rozpadnie się mumia Lenina

Na wieść o tym sam Breżniew ... (bis)

Potem wszystkich czerwonych gdzieś za Ural się zgoni, a gdy Polska odrodzi się nowa

Chińczyk sroższy od Berii każe im na Syberii aż do śmierci komunę budować

Chińczyk sroższy od Berii ... (bis)

 

Śpią narody  - na mel. „Podmoskiewskie wieczory”

 

Śpią narody we wschodniej Europie. Niedobrze jest zbyt długo spać !

Bracia zbudźcie się. Wolność blisko jest. Trzeba ją za żywota brać !

Bracia zbudźcie się,...(bis)

Ukołysał Was Lońki  swojski ton, wolności Wam zamilknął dzwon.

Dziś ze wszystkich sił, niech radośnie brzmi. Narody wschodu rozbudzi.

Dziś ze wszystkich sił ... (bis)

Czemu bracie jeszcze namyślasz się. Czemu lękasz się, czemu śpisz.

Wolność blisko jest, słychać już jej śpiew. Zawtóruje jej ludzi gniew.

Wolność blisko jest ...(bis)

Oto robotniczej wolności kwiat. Biało-czerwoną barwę ma.

Ludziom wolność da, piękny zapach ma – SOLIDARNOŚĆ się nazywa

Ludziom wolność da ... (bis

 

WRON-isko latało

 

Zima jeszcze nie skończona, przyleciała nagle WRON-a

Cały świat okryła cieniem, wykrakała nam więzienie.

            Kra, kra, kra ! Wronisko latało, a SB szalało, kra, kra, kra, kra kra !

            Kra, kra, kra ! ....(bis)

W kryminale dziś siedzimy, lecz się WRON-y nie boimy.

Wyskubiemy pióra czarne, bo ptaszysko to koszmarne

            Kra, kra, kra ...(bis)

Z kryminału gdy wyjdziemy, wtedy WRON-ę zatłuczemy

Kiedy wiosną lody spłyną, rozprawimy się z ptaszyną.

            Kra, kra, kra ...(bis)

Choć nam posiwieją skronie, wytłuczemy jaja WRON-ie

Żeby się nie odrodziła, więcej Polski nie gnębiła

            Kra, kra, kra ...(bis)

Idzie wiosna, kry spływają, esbecy wyjścia szukają.

Lecz szukają go na darmo. Górą będzie Solidarność !

            Kra, kra, kra. WRON-isko przegrane. Orzeł będzie panem !

            Kra, kra, kra, kra, kra

            Kra, kra, kra (bis)

 

Objaśnienia niektórych skrótów

 

IGGiP – Instytut Geodezji Górniczej i Przemysłowej

IKiOŚ – Instytut Kształtowania i Ochrony Środowiska

KOR – Komitet Obrony Robotników

KPZR – Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego

MO – Milicja Obywatelska

NRD – Niemiecka Republika Demokratyczna

PPR – Polska Partia Robotnicza

PRL – Polska Rzeczpospolita Ludowa

PZPR – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza

RFN – Republika Federalna Niemiec

SB – Służba Bezpieczeństwa

UB – Urząd Bezpieczeństwa

WRON – Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego

ZMP – Związek Młodzieży Polskiej

ZNP – Związek Nauczycielstwa Polskiego

ZOMO – Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej

ZSRR – Związek Socjalistycznych Republik Rad

 

 

 

 

Dokumenty różne z mojego archiwum

Jedno z ostatnich ogłoszeń wydziałowej „S” przed stanem wojennym (10.12.1981)

 

Komentarz do trzech następnych dokumentów:

 

            W 9 lat po wydarzeniach grudnia 1981 odbyły się wolne wybory prezydenckie. Z pośród ludzi Solidarności kandydowali: Lech Wałęsa oraz Tadeusz Mazowiecki, który wobec zapowiedzi „wojny na górze” zaproponował Wałęsie (bezskutecznie) aby obaj wycofali swe kandydatury. Włączyłem się bardzo aktywnie w kampanię po stronie Mazowieckiego, agitując, rozwożąc i rozdając ulotki, plakatując – od Krakowa po Lubień. Z Wydziału działała w tym Komitecie cała Rodzina Janików a także Henryk Brancewicz i Gosia Szymczyk. Obóz Wałęsy (przy udziale wielu księży) rozpowszechniał informacje, że Mazowiecki jest masonem, albo Żydem – „no to niech powie że nie jest Żydem …”. Jak wielu innych – wystąpiłem wtedy z Solidarności (vide załączony dokument), oddając mandat członka Komisji Zakładowej AGH.  

W I turze wyborów Tadeusz Mazowiecki otrzymał mniej głosów, niż łamiący polszczyznę peruwiańsko-kanadyjski hochsztapler – Stan Tymiński. Potwierdziła się gorzka prawda Marszałka Piłsudskiego: „dla Polaków można zrobić wszystko, z Polakami – nic”. Po wyborach parlamentarnych roku 2007 - znów mam nadzieję - pozwala mi ją odzyskać młode pokolenie.

 

Jako „mąż zaufania” T. Mazowieckiego nadzorowałem wybory w Borku Fałęckim

 

 

 

 

 

 

Z transparentem, przed filharmonią – za elekcją Tadeusza Mazowieckiego;

obok mnie stanęli (w chwilę po wykonaniu tego zdjęcia): „człowiek z żelaza” , czyli Jerzy  Radziwiłłowicz i Jego małżonka (fot. J. Kozioł).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Recenzja” moich wspomnień nadesłana z Francji przez Roberta Kaczmarka – twórcę Solidarności na AGH i jej współtwórcę w regionie Małopolska

 

 

 

Pan Prezydent Ryszard Kaczorowski dekoruje mnie medalem przyznanym przez

prof. Władysława Bartoszewskiego – za „opiekę” nad Kopcem Marszałka Piłsudskiego

(fot. J. Wróbel)

 

Aneks. Wojenne wspomnienia „Braciszka”[9]

 

            Co może zapamiętać z czasów wojny (1939-1945) dziecko 3-6.letnie? Może niewiele, ale inne fakty, inne obrazy, aniżeli starsi, czy ... niewiele starsi. Tymi „obrazkami” spróbuję więc uzupełnić relację mojej Siostry - Duśki.

            Najwcześniejszy tekst „wbity” do mojej 2-letniej głowy przez Mamę, to adres: „Dąbrowa Górnicza, Wolska 104” - to na wypadek gdybym został od Niej oderwany. Dziś wiem jak niewiele - po śmierci Ojca w Oświęcimiu - brakowało, aby mnie zabrano do dziecięcego obozu  w Potulicach, albo w Beneszowie (Czechy), gdzie jedynie pamięć tego adresu dawała by mi szansę powrotu do rodziny (gdybym przeżył). Mama nauczyła mnie, że „siusiu” na chusteczce, przytkane do nosa i ust uratuje mnie gdy będzie gaz. Wiedziałem też że „fike Polaki pojekali paki” – wszyscy Polacy siedzą w więzieniu, oraz że „Tatuk Nuna juko pike” – Tatuś Jurka jutro  wróci. Piekąc z Dziadkiem zdobyte obierzyny ziemniaczane powtarzałem podobno: „my Dziadziusiu, to jesteśmy chłopcy malowani !” – jak w ułańskiej piosence.

            Przeprawa przez „zieloną granicę” - z Rzeszy do Generalnej Guberni - Mamy ze mną na rękach - była dramatyczna, bo w pewnym momencie porzucił nas opłacony  przewodnik. Pamiętam  smak niedopieczonych grzybów; wiem że w czasie tej przeprawy chorowałem i wymiotowałem.

            W sierocińcu miechowskim, gdzie przez pewien czas mieszkałem z Mamą, miałem groźny wypadek - koń kopnął mnie w oko (do dziś mam szramę na górnej powiece);  jakim sposobem oko ocalało ?  Nie wiem ...  Był szpital i szwy i ... kompromitacja cioci-szarytki, która asystowała przy zabiegu. Bowiem na stole operacyjnym, chcąc odwlec zabieg, zacząłem wołać: „jeść  mi się chce”, a gdy to nie pomogło: „kupę mi się chce !” Odtąd, na życzenie cioci Heli musiałem  mówić że „chce mi się kuku”.

            Głodu w sierocińcu chyba nie zaznałem, ale pamiętam Jasia Kupkę, który chciał - gdy mama robiła „przepierkę” - jeść proszek do prania: „pani, jo bym wszystko wpyloł ...”. Pamiętam z sierocińca kaplicę z kolorowymi szybkami i śpiewaną tam przez dzieci piosenkę:

„Moje wielkie ulubienie, niedzielka wesoła. Ślicznie, świeżo się ubiorę, pójdę do kościoła ...”

            W biednym mieszkanku przy ul. Pocztowej („pod żydowską strzechą”) podstawowym porannym jedzeniem było „drobione”, czyli chleb wrzucany do kawy (z cykorii) z dodatkiem mleka; albo do „bawarki” - czyli mleka rozcieńczonego gorącą wodą. Na obiad bywała „wodzianka”, czyli gorąca woda z dodatkiem smalcu, czasem z dodatkiem barszczu; najczęściej jedliśmy to z ziemniakami albo dodawaliśmy „zacierkę” - takie kruszone chude ciasto. Świętem - raz w miesiącu - było, gdy mama przynosiła kawałek kiełbasy (na kartki) i robiła „kiełbasę w szarym sosie”; do dziś zresztą uważamy to za świetne danie. Ucztą była też zalewajka.

            Moim towarzystwem - gdy Mama i Duśka wychodziły z domu - była suczka Kokcia. Szczury chyba się nas trochę bały, choć pamiętam ich obecność. Pamiętam też nocne polowanie, gdy Witek siekierą zabił szczura uciekającego w górę po firance. Witek – był kuzynem ukrywającym się u nas przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Na swoim stryszku miał nawet „osobistą” choinkę świąteczną; nauczył mnie mickiewiczowskiej Inwokacji do „Pana Tadeusza”.

Wielkie wrażenie zrobił na mnie Święty Mikołaj - kazał  powiedzieć paciorek ... i dał mi prezenty. Duśka i Witek robili sobie ze mnie żarty; jeden z nich - stanowiący „znak czasów” - opowiem. W Prima Aprilis podłożyli mi do łóżka jajko a rano objaśnili, że teraz będę już codziennie znosił  je; cieszyłem się ogromnie, że codziennie będę miał na śniadanie „jajeczko”[10].

 Przez wszystkie lata wojny tęskniłem - do znanych głównie z opowiadań - wspaniałych, a pozostawionych w Dąbrowie: konika na biegunach i książeczki o Królewnie Śnieżce. Również najpiękniejsze było mamine opowiadanie o Gołonogu (na dobranoc) - jak to sąsiad (Pan Bim) zabiera nas swoją dorożką na wycieczkę, wraz z pieskiem i kotkiem.

            Prawdziwie wojenne wspomnienia zaczynają się, gdy pewnego dnia, gdy już mieszkaliśmy na Kolonijkach, rozległy się serie z karabinów maszynowych a jeden z pocisków rozbił szybę i utkwił w ścianie. Leżeliśmy na podłodze owinięci pierzyną, bo „pocisk owija się w pierze i przestaje być groźny” - do dziś nie sprawdziłem ...

            Niemców pamiętam dość dobrze: żołnierze (Wehrmacht) butnie spacerowali dwójkami, trójkami po Rynku i w stronę Parku, mieli pasy z dużymi klamrami a przy pasie bagnety. Inni, to „musztardowcy” - tych należało się szczególnie wystrzegać - od koloru munduru tak nazywano funkcjonariuszy NSDAP. Na rogach Rynku ustawione były głośniki; melodie i teksty niemieckich marszy wojskowych pamiętam do dziś; np.: „Hojte wollen wiraligen zingen, trinken wollen, wirden, kilen, wajn...” (przytaczam w zapisie fonetycznym – tak jak zapamiętałem) . Przez Rynek przejeżdżały czasem dziwne pojazdy - na przykład małe ciężarówki z jednym przednim kołem; mówiono, że ich „paliwem”  jest drewno. Pewnego razu pobiegliśmy za cmentarz, gdzie na zżętym polu (w „Kocich Dołach”) wylądował samolot. Oczywiście nie podchodziliśmy zbyt blisko, ale i pilot nie przejawiał złych zamiarów. Po kilku godzinach (naprawa, może dolanie paliwa) silnik zaryczał, podmuch powietrza przewrócił nas, wyrywając kępy ścierniska i samolot odleciał.

            Którejś zimy Ciocia Hela (zakonnica-szarytka) zorganizowała kulig - ze szpitala do Bukowskiej Woli (w tamtych czasach sanie - z dzwonkami u końskiej uprzęży - były niemal wyłącznym zimowym środkiem lokomocji). Dziś jestem przekonany, że ten kulig był „przykrywką” dla przerzutu czegoś dla partyzantów z Lasu Miechowskiego, albo transportu kogoś od nich do szpitala - nikogo z nas nie było stać na sfinansowanie takiej przyjemności. Jeszcze przynajmniej raz pojechałem saniami z Ciocią do Bukowskiej Woli - przypuszczam że dziecko na saniach, obok siostry zakonnej pachnącej szpitalem, było kamuflażem.

            Najgorsze wspomnienia to katowanie kolbami karabinowymi - uchodźców Kresowiaków - panów Znamirowskiego i Łapki, którzy zadekowali się w gimnazjalnym ogrodzie, zamiast iść kopać okopy. Nic więc dziwnego, że kilka dni później, gdy Niemcy zabierali „na okopy” moją Mamę, zacząłem głośno płakać i wyrywałem się do Niej . Gdy Mama chciała do mnie podbiec, Niemiec coś krzyknął i wymierzył w Nią z karabinu; mimo to Mama podbiegła do mnie, szybko uspokoiła, oddała w ręce sąsiadek i wróciła do grupy „kopaczek”. Niemiec nie strzelił ... dni terroru niemieckiego zbliżały się do końca.

            Nasza Mama - pomimo ogromu nieszczęść (okrutna śmierć męża i brata) nie miała w sobie nienawiści do Niemców (jako ogólności). Była zresztą dobrą i piękną kobietą - to mówił każdy kto Ją pamiętał, każdy kto spojrzy na Jej fotografię. Ojciec zostawił wiele wzruszających tekstów Jej poświęconych (wiersze, listy, dedykacje). Jak Mama cierpiała, tęskniła (wciąż tliła się nadzieja, że może ...) mówią smutne piosenki, które czasem nuciła, a których fragmenty pamiętam - na przykład: „...odjechałeś tak nagle ode mnie ... z tobą było tak jakoś cudownie, czemuż zawsze nie mogło tak być , ... ciebie nie ma, dla kogóż mam żyć ?”. Została żoną młodo  - jak napisał Ojciec w jednym z wierszy poświęconych Jej - „lilijce bladolicej” - „gdy rosa jeszcze stała”. Stale otoczona troską kochającego męża, nie była przygotowana do utrzymywania rodziny - zwłaszcza w takich okolicznościach. Wiedzę i umiejętności zawodowe (maszynistka, urzędniczka, sekretarka, księgowa) zdobywała  ustawicznie stawiana „pod ścianą”. Ciocia Hela - szarytka, w jednym z listów do nas pisała o Niej: „wasza  Matka - Spartanka”.

            Pod koniec wojny udało nam się uzyskać przepustkę na kilkudniowy wyjazd do Dąbrowy Górniczej. Pojechaliśmy z Mamą. Tam, jadących nocnym tramwajem ze stacji kolejowej, zaskoczył alarm lotniczy. Wszyscy popędziliśmy do najbliższej bramy; pamiętam że jakiś mężczyzna poproszony przez Mamę o pomoc w dźwiganiu ciężkiej walizy nie zareagował na Jej prośbę. Do domu Dziadków wpuściła mnie Mama samego: w  kuchni, po dwu stronach stojącego przy oknie stołu, siedzieli Dziadkowie. Babcia coś robiła, Dziadek po prostu siedział (w czarnym berecie). Babcia spytała: czego chcesz Waldusiu? - tak miał na imię synek sąsiadów...  Tej radości, tych łez, wzruszeń, jakie wybuchły po wejściu Mamy - nie da się opisać !

            W Boże Narodzenie nuciliśmy sparafrazowaną kolędę:

            „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem wesoła nowina:

             Tysiąc bombowców, tysiąc bombowców rusza do Berlina,

             Berlin się pali, Hamburg się wali, Hitler z Goeringiem powariowali ...”

                                                                 

            W przeddzień wyzwolenia Miechowa, niedaleko naszego domku (w miejscu gdzie kończyła się zabudowa ulicy Jagiellońskiej) Niemcy ustawili działo przeciwpancerne; obok stały drewniane pojemniki z amunicją. Kilku żołnierzy paląc papierosy oczekiwało bitwy. Biegnąc w ostatniej chwili przez zaorane pole z domu do bezpiecznego szpitala,  widzieliśmy przed budynkiem kilka bliskich - wyczekujących nas niecierpliwie - osób: Ciocię, Witka i znajome siostry zakonne.

            Nazajutrz rano, po nocy pełnej grozy i napływających do schronu informacji (o zabitych, rannych, o pożarze, o Niemcach ), jako ślad po niemieckim stanowisku został tylko jeden pojemnik z niewystrzelonymi nabojami; widocznie obrona była krótka a odwrót pospieszny. Za to na polach koło Gawrońca (lasek 2 km od Miechowa) został wrak niemieckiego czołgu.

            Rosjanie nie potwierdzili w Miechowie złej famy, którą zdobyli na Kresach, a potem ugruntowali na Śląsku. Na wschodzie - jak opowiadali uchodźcy - Polak czasem ginął, bo rosyjski sołdat chciał mieć jego „czasy” (zegarek). W budynku gimnazjum, gdzie mieszkaliśmy pod koniec 1945 roku, stacjonował przez kilka miesięcy duży oddział rosyjski. Co rano śpiewali hymn („Sojuz nieruszimyj riespublik swobodnych…”), albo pieśń o Moskwie i Kremlu: „...utro krasit raznym cwietłom... Kipuczaja, maguczaja, nikiem nie pabiedimaja, strana maja, Maskwa maja, ty samaja liubimaja !”. Panowała tam dyscyplina, która czasem wydawała się bezlitosną. Jest prawdopodobne, że jednym z dowódców był Aleksander Fadiejew - autor książki „Młoda gwardia” (która przez wiele lat była obowiązkową lekturą szkolną). Z żołnierzem imieniem  Sasza  bardzo się nawet zaprzyjaźniłem – w domu czekał na niego syn w moim wieku.

            Patrząc z perspektywy pięćdziesięciu kilku lat uważam, że dzięki mojej Mamie i Cioci Heli przeszedłem przez wojnę bez poważnych urazów. Piętno wojennego dzieciństwa i nawyki jednak pozostały. Do dziś sypiam, podkładając pod głowę zgiętą rękę  (choćby poduszka była puchowa) - pozostałość nocy na kilkuosobowych pryczach i siennikach. Gdy niedługo po wojnie byłem na Wawelu , gdzie zgromadzono stosy worków cementu, z zazdrością powiedziałem do Mamy: „ci królowie to byli bogaci - tyle mąki mieli...!”. Pozostało zagrożenie płuc, jak u wielu „wojennych” dzieci. I tu warto przypomnieć natychmiastową pomoc „Zachodu”: amerykańska UNRRA przysyłała paczki żywnościowe  i DDT - które pozwoliło zwalczyć insekty (dziś nb. wiemy, że coś jeszcze ..., ale o tym oni sami wtedy nie wiedzieli), Szwedzi przysłali ekipy Czerwonego Krzyża, które szczepiły ludzi przeciw gruźlicy, dostawaliśmy w szkole skandynawski tran (witaminy A i D), zaś dostarczona - świeżo wynaleziona - penicylina uratowała wielu chorym i rannym życie; mnie – uratowała nogę.



[1] Rękopis znajduje się w czytelni manuskryptów Biblioteki Jagiellońskiej (sygn. Przyb. 58/08).

 Autor poczuwa się do miłego obowiązku podziękowania za uwagi, korekty i uzupełnienia Panom:

prof. Zbigniewowi Sitkowi, prof. Adamowi Chrzanowskiemu (z Kanady), dr Andrzejowi Jarzymowskiemu,

dr Robertowi Kaczmarkowi (z Francji)  i dr Henrykowi Brancewiczowi.

[2] Jak wspomina dr A. Jarzymowski, w akademiku AGH przy Reymonta powstał komitet werbujący studentów do wyjazdu z pomocą Budapesztowi; broń „pozyskali” ze Studium Wojskowego AGH

[3]  Biuletyn Informacyjny AGH. Nr 25. 28.02.1996

[4] Jak wspominają Panowie: prof. Sitek i dr Jarzymowski, nieco wcześniej odszedł z Zakładu p. J. Wójcik (który przed wojną studiował na Politechnice Lwowskiej); był On nie tylko utalentowanym muzykiem, ale też wybitnym specjalistą od wyceny diamentów i brylantów. W któreś wakacje wyjechał do RFN i został tam zamordowany.

[5] Powojenne losy a potem przyjęcie do pracy p. Jarzymowskiego to dramatyczna historia. W 1946, po roku studiów, odbywał służbę wojskową w Eskadrze Łączności Lotniczej w Warszawie. Tuż przed odejściem do cywila trafił do aresztu NKWD z podejrzeniem o szpiegostwo (ktoś o tym samym nazwisku i imieniu, urodzony w RPA ... ?). Udało Mu się uciec, ale polska prokuratura odesłała Go Rosjanom. Zanim Go zwolniono, było nocne kopanie grobu, pluton egzekucyjny i „ostatnie pytanie”: czy jesteś szpiegiem ? Potem było więzienie za nie ujawnienie przynależności do Armii Krajowej. A gdy w 1955 roku miał już podjąć pracę w AGH, to „rozpoznał” Go jako znajomego z wojska AGH-wski kadrowiec (który oczywiście znał też dokumenty Andrzeja). Ten – znany w AGH jako „lotnik” – kadrowiec  musiał odejść ze służby w Eskadrze Łączności, po niefortunnym oblaniu egzaminu lotniczego – bo zniszczył przy tym samolot PO-2. Ostatecznie obaj Panowie uzgodnili że to co wiedzą o sobie zachowają dla siebie.

 

[6] Jak wspomina dr Jarzymowski, gdy na otwarcie pawilonu C-4 przybył Rektor AGH prof. Feliks Olszak, to stanął przed p. Piątkowskim i zameldował: „major Olszak melduje się Panu Pułkownikowi” – obaj bowiem walczyli w Polskiej Armii na Zachodzie; pierwszy „pod” gen. Maczkiem, drugi u gen. Andersa. Prof. Olszak przed wojną (dyrektor huty) słynął z siły fizycznej – gdy kiedyś brakło lewarka do wymiany koła samochodu, to uniósł go własnoręcznie. Płk. Piątkowski w czasie I wojny światowej służył w wojskowej komendanturze w Bochni.

[7] 10 lat później „bohater” tej afery pociągał za sznurki innej niecnej intrygi, którą przypomniałem na posiedzeniu Rady Wydziału gdy omawiano wniosek o doktorat h. c. dla prof. Chrzanowskiego; dr Adam Bałut dopowiedział wtedy zakończenie historii. Gdy bowiem w latach 60-tych doktorzy Sitek i Chrzanowski przysłali z Kanady wnioski o półroczne przedłużenie staży naukowych, tylko pierwszy z Nich uzyskał zgodą władz. W tej sytuacji dr Chrzanowski pozostał w Kanadzie „samowolnie”, tracąc na wiele lat możliwość powrotu do Polski. Gdy jednak w 1975 roku otrzymał wizę na wjazd do Polski, w ostatniej chwili wizę Mu cofnięto. Dopiero po nagłośnieniu sprawy w rozgłośni „Wolna Europa”, sprzeciw wycofano tłumacząc się pomyłką („chodziło o innego Chrzanowskiego”). Ale zażenowany i szczery konsul, wziąwszy Adama do osobnego pokoju powiedział Mu: „ niech Pan nie wierzy w pomyłkę, to doniósł na Pana jeden s...syn z AGH”.

[8] Dziś wiadomo o sposobie zwerbowania jednego z wydziałowych współpracowników SB: gdy jego żonę (pracownicę handlu) złapano na malwersacji, to obojgu zaproponowano współpracę z SB w zamian za odstąpienie od postępowania prokuratorskiego ...

[9] Mój aneks do przygotowanych na konkurs „Moje wojenne dzieciństwo” wspomnień Wandy Ganczarskiej: „Przez zieloną granicę” ( III nagroda). Warszawa 1999.

[10] Pół wieku później moja „mądra” wnuczka – choć głodu nie znała – też tej metody pozyskiwania jajek spróbowała i po zapewnieniu Rodziców że obejdzie się bez kary, pokazała łóżeczko ze zgniecionym jajkiem – które chciała rozmnożyć ... Och te geny !