Co to ergonomia, każdy z czytających te słowa wie. Albo przynajmniej powinien wiedzieć. Niemniej jednak, ergonomia w budowie interfejsu użytkownika systemu informatycznego nie jest czymś oczywistym. A przecież nieergonomiczny interfejs katastrofalnie obniża użyteczność każdego systemu, powodując pogorszenie sprawności użytkownika w podstawowych działaniach i zwiększając czestotliwość popełnianych przez niego błędów. Jeżeli można powiedzieć, że poziom użyteczności jest miarą przydatności systemu do przewidywanych jego zastosowań, to ergonomia decyduje o tej części owej (nie)przydatności, która niezależna jest od funkcjonalności systemu.
Innymi słowy, nawet najlepiej zaprojektowany sposób korzystania z usług systemu (funkcjonalność) można udostępniać użytkownikowi tak, aby był on wygodny – lub nie, dawał komfort pracy lub powodował przyśpieszone zmęczenie użytkownika, zmniejszał albo zwiększał szanse popełnienia przez niego błędu.
Użyteczność i ergonomia interfejsu na ogół są oceniane z punktu widzenie typowych, stale wykonywanych operacji. Nietypowa operacja zdarza się rzadko, więc wysiłek włożony w poprawne jej przeprowadzenie i ewentualne skorygowanie popełnionego błędu mają mały udział w nakładzie pracy użytkownika (no, chyba, że błąd mógłby pozostać niezauważony i spowodować znaczne szkody). W konsekwencji autorzy projektując interfejs biorą pod uwagę przede wszystkim najczęściej wykonywane działania, bo użytkownicy gros czasu spędzają wykonując niewielką część repertuaru operacji. Dla tych części projektanci starają się zapewnić łatwy dostęp (każde dodatkowe kliknięcie czy uderzenie w klawisz w wielopiętrowym menu, powtarzane dziesiątki razy jest stratą czasu), zminimalizować czynności zbędne w większości przypadków (dobry dobór wartości domyślnych pozwala pomijać większość typowych działań typu ustawianie parametru) i ograniczyć do minimum korzystanie z funkcji systemu, jeśli ten sam efekt daje się uzyskać w inny sposób (np. stosowanie filtra w aplikacji webowej jest mniej skuteczne, niż korzystanie z wbudowanej w przeglądarkę funkcji wyszukiwania tekstu na stronie).
Projektanci zatem, skupiając szczególnie uwagę na najważniejszych dla użytkownika operacjach, są w stanie zbudować wygodny, ergonomiczny interfejs relatywnie niewielkim nakładem pracy. Pod warunkiem, że wiedzą po pierwsze, która część funkcji systemu i w jaki sposób jest używana najwięcej, i po drugie, że potrafią tę wiedzę wykorzystać.
Innym sposobem poprawy użyteczności interfejsu jest wbudowanie w niego rozmaitych – drugorzędnych z punktu widzenia zasadniczej funkcji – udogodnień opcjonalnych, przydatnych do uczynienia wygodnym interfejsu przy założeniu indywidualnego sposobu działania użytkownika (a więc decydujących o ergonomii przy pewnym – niekoniecznie powszechnie stosowanym – sposobie korzystania z funkcji systemu).
Przykładowo, wpływ użytkownika na sposób posortowania danych według wartości pewnej kolumny (gdy dane prezentowane są tabelarycznie) bywa przydatny, o ile posortowanie możemy zmienić jednym kliknięciem; jeśli zmiana ta nie narusza uporządkowania wprowadzonego wcześniej według innej kolumny, a jeszcze w dodatku domyślny początkowy sposób posortowania system ustala na podstawie wcześniejszych działań użytkownika, to – mimo, iż nie jest to sprawa pierwszorzędnej wagi – użytkownik oceni to pozytywnie, bo będzie mógł sprawniej korzystać z tak prezentowanych danych. Podobny efekt ma możliwość stosowania filtrów ukrywających część wierszy (które w dodatku mogą niekiedy być zaimplementowane bez odwoływania się do funkcji systemu), pod warunkiem, że są to prawdziwe filtry, a nie prymitywna funkcja wyszukiwania pojedynczej pozycji.
Zastanówmy się, jak używa systemu Dziekanat.XP przeciętny dydaktyk. Po pierwsze rozkład częstotliwości korzystania z rozmaitych funkcji jest wybitnie nierównomierny – dydaktyk zajmuje się prawie wyłącznie rejestrowaniem postępów studentów, wystawiając oceny, zaznaczając zaliczone elementy programu, albo przeciwnie – nieobecności studenta itp. Te działania każdy dydaktyk prowadzi w sposób z jednej strony związany z charakterystyką zajęć, z drugiej zaś – dla niego najwygodniejszy, wynikający z przyzwyczajeń i nawyków, nie poddający się standaryzacji i z całą pewnością nie dający się sprowadzić do prostych ocen punktowych, które – mechanicznie uśrednione – dawałyby ocenę końcową.
Po drugie, obowiązek wystawienia oceny na koniec zajęć (zwykle semestralnie) jasno precyzuje sposób oceniania, skalę dopuszczalnych ocen i sposób rejestrowania wyniku. Tu nie ma żadnej swobody, jeśli idzie o formę – oceny, daty, liczba terminów zaliczeń czy egzaminów jest ustalona regulaminem [nie, żeby była niezmienna: w mojej wieloletniej karierze wykładowcy widziałem tyle zmian w tym zakresie, że jak dobrze pójdzie, wkrótce chyba zostaną wyczerpane wszystkie kombinacje :-) ].
Zatem wystawianie oceny końcowej z określonych zajęć (jak również oceny końcowej z przedmiotu, łączącej wszystkie oceny zajęć składowych) nie jest działaniem mechanicznym, lecz zawiera krok podsumowania ocen cząstkowych, uzyskanych przez studenta w ciągu ocenianego okresu, i krok przetworzenia go w jedną ocenę, zapisywaną wg zasad regulaminu studiów w odpowiedniej rubryce (indeksu, karty postępów studenta, i protokołu egzaminacyjnego – czy jest on papierowy, czy elektroniczny).
Oczywiście, możliwe jest (i do tej pory było jedynie dostępne) prowadzenie rejestracji bieżących postępów studentów we własnym notesie albo w prywatnym arkuszu kalkulacyjnym [chyba powinienem napisać "wciąż jeszcze możliwe jest", jako że "inwencja" administracji jest nieskończona, więc może się w przyszłości okazać, iż tego nam nie będzie wolno]. Ja na przykład korzystam z takiego arkusza do obliczania wyników egzaminów i tworzenia jednej wspólnej listy wyników, a moi koledzy mają świetne arkusze do rejestracji postępów studentów podczas zajęć projektowych (pozwalają odnotowywać osobno oceny rozmaitych aspektów działania studentów – o różnym wpływie na końcowy wynik, i dzięki temu obiektywizować jego wartość). W efekcie tylko ustalone, końcowe oceny z przedmiotu muszą być przeniesione do oryginalnych dokumentów, uznawanych przez dziekanat (lub do systemu).
W takim przypadku podstawowe znaczenie ma łatwość przenoszenia wyników do systemu. Jeżeli daty uzyskania zaliczeń są jednakowe wystarczy, aby domyślna data wystawienia zaliczenia została wstępnie ustawiona, i wysiłek dydaktyka spada o więcej niż połowę (wpisywanie czy nawet tylko wybieranie daty z formantu kalendarza jest parę razy bardziej pracochłonne niż wprowadzenie oceny). Jeśli nawet niektórzy studenci uzyskali zaliczenie w innej dacie, poprawienie dla nich domyślnej daty zaledwie przywraca normalny, typowy nakład pracy. Zatem Dziekanat.XP daje tu wyraźną oszczędność.
Niemniej jednak, dydaktyk za każdą przepisywaną oceną musi sprawdzić zgodność nazwisk. Tu dla “ułatwienia” Dziekanat.XP wyświetla nazwiska studentów na tle ciemniejszym niż w położonych obok rubrykach, mających białe tło – wbrew elementarnym zasadom ergonomii, nakazującym przyciemnianie pasywnego tła (wszak ono zajmuje większość powierzchni ekranu) i wyświetlanie z dużym kontrastem między napisem i tłem tylko rubryk zawierających istotne dane. Podobnego rodzaju absurd znajduje się w formularzach do wystawiania ocen końcowych: tam data zaliczenia przedmiotów składowych, niezbędna do określenia daty wpisywanej oceny końcowej, jest ukryta, choć miejsca na nią jest aż za dużo:

Rysunek (choć przeskalowany przez WordPressa) ujawnia, że data dla każdego z wpisów mogłaby być umieszczona pod oceną, zaś zmniejszając szerokość pola na datę dla nowowprowadzanych danych można byłoby uzyskać układ formularza protokołu używanego od wielu lat, co niewątpliwie ograniczyłoby pomyłki.
Jak jednak przeprowadzić wpisywanie zaliczeń, gdy kolejność nazwisk w naszym prywatnym zestawieniu ocen jest inna niż kolejność w systemie? Jeśli tabela ocen zawiera wszystkich studentów, to wykorzystanie przeglądarkowej funkcji wyszukiwania tekstu na stronie pozwala natychmiast odnaleźć pożądaną pozycję – bez interakcji z systemem – i zakoczyć cały proces przy jednym jedynym odwołaniu się do systemowej operacji zapisywania danych – na samym końcu. Gorzej, gdy lista studentów jest postronicowana albo podzielona na grupy: w pierwszym przypadku trzeba spowodować wyświetlenie właściwiej strony (co w dobrze zrobionym systemie trwa parę, a “naszym” dziekanatowym paręnaście i więcej sekund), w drugim pracy jest znacznie więcej – na przykład w naszym systemie trzeba zapisać wprowadzone dotąd wyniki bieżąco obrabianej grupy (kilkanaście do parudziesięciu sekund), wybrać z menu funkcję uzupełniania ocen i ponownie wybrać przedmiot wskazując inną, potrzebną nam grupę (kolejne kilkanaście sekund). Po tym – sięgającym minuty – czasie możemy już (o ile mamy szczęście i wybraliśmy właściwą grupę studencką) wpisać ocenę.
Alternatywnie, możemy korzystać z wyszukiwania studenta po nazwisku (musi być wprowadzone całe i dokładnie w takiej pisowni jak w systemie) albo po numerze albumu (kto w swoich notatkach identyfikuje studenta numerem albumu…). Ten sposób działania załatwia sprawę grup postronicowanych. Jednak za każdym razem wymaga wprowadzenia daty ręcznie, gdyż po każdym zapisie danych system przestawia domyślne daty terminów na datę bieżącą, a ponadto każde wprowadzenie jednej oceny wymaga wykonania zapisu (kilkanaście sekund). W efekcie warto tak działać, gdy mamy do dopisania parę ocen – przy masowym wpisywaniu proces zwalnia parokrotnie.
Cóż zatem robić? Sprytny dydaktyk przygotowuje sobie notatki w wersji elektronicznej, układając listę studentów w wygodnej postaci – tj. ułożoną np. zespołami projektowymi, a przed wpisywaniem zaliczeń sortuje ją alfabetycznie (tak, jak to jest wymagane w systemie Dziekanat.XP). I wtedy wprowadzanie wymaga tylko synchronicznego przepisywania ocen i dat.
Że to kłopotliwe? No pewnie… Że można byłoby zrobić półautomatyczny import danych z pliku? Jasne! Że w ogóle opóźnienia w reakcjach systemu nie dają się wytłumaczyć jego obciążeniem, a co najwyżej niewłaściwie dobraną technologią i kiepską implementacją? Pewnie i to prawda.
Ale to wszytko nie musi być dobre, bo nie jest potrzebne administracji, tylko nam, dydaktykom, więc pewnie nie będzie zrobione, bo przecież wiadomo, że nos dla tabakiery a nie odwrotnie :-)
Trawestując w tytule hasło Clintona, miałem na myśli to, że być może kiedyś ktoś na naszej uczelni będzie pamiętał o podstawowych cechach wdrażanych do praktyki produktów, procedur i regulaminów – to jest o tych cechach, które decydują o warunkach pracy deklarowanych beneficjentów zmian, którymi powinni być (nie tylko w słowach) dydaktycy.